galeria sztukpuk | wydarzenia | galerie | forum-teksty | recenzje | archiwum | linki | kontakt

 

Roman Wysogląd Pogrzeby na których nie byłem
część II
część I >>>

 

LII.

 

Pogrzeb dwudziesty szósty, krótki ponieważ nie ma nad czym się rozwodzić. Wszystko przygotowanie było perfekcyjnie. Rodzina trzeźwa, kochankowie odsunięci na przepisową odległość dziesięciu kilometrów, ścieżki dojazdowe do grobowca świeciły się jak przysłowiowe psu jaja.
Brakowało tylko jednego, entuzjazmu z którym orszak mógłby ruszyć. Nie było w tym jednak nic dziwnego, ponieważ ojciec dziewczyny mające za kilka chwil przywitać się z wiecznością nie za bardzo miał ochotę w taką pogodę plątać się po nieosłoniętych alejach narażając na przeziębienie.
- Nie po to wychowałem ją prawie na człowieka, by teraz dostać grypy z hon-kongu, na dodatek pewnie z powikłaniami - biadolił.
- Ależ z ciebie debil, przecież po porodzie widziałeś ją nie więcej jak cztery ra-zy, a i to po pijanemu - matka dziewczyny nie zważając na tak zwaną sytuację rodzinną mówiła co myślała.
- Że też ojczym podkusił mnie taką wywłoką, w tych czasach tak zwanej wolnej miłości mogłem przebierać...
....w celach, bez ograniczeń.
Na chwilę zapadło kłopotliwe milczenie przerwane jednak po chwili propozy-cją dalekiego kuzyna, czy może jednak nie strzelić by po jednym ?
Jak postanowili tak uczynili. Ojciec chowanej nie zważając na okoliczności wyjął papierosa, zapalił i rozejrzał po najbliżej stojących.
- Prawie nikogo nie znam - powiedział jakby z rozbawieniem. Że nie znam żony i teraz już nieżyjącej córki to w pewien sposób zrozumiałe, ale żeby nie znać ich przyjaciół ?
Usiłował powstać, ale szybko z tego pomysłu zrezygnował. W zamian posłał po księdza.
Kiedy ten nachylił się nad jego uchem skruszony ojciec zapytał : jaka ona była ?
Ksiądz wyraźnie się zmieszał, raz, że nie znał jej zbyt dobrze, dwa iż pieniądze które wczoraj wpłynęły na jego konta za uroczystości pogrzebowe już zdążył przegrać w kasynie.
- Całkiem przyzwoita, religijna i subtelna młoda dama - burknął.
- Pieprzy ksiądz, w takim przypadku nie mogła być moją córką. Nie ma takiej możliwości.
- Ależ proszę pana ! - zaprotestował ksiądz - przeze mnie przemawiają słowa Stwórcy, jak może je pan w tak ordynarny sposób kwestionować ?
Mężczyzna zastanawiał się przez chwilę. W końcu zapytał :
- Czy jak zgaszę papierosa w doniczce tej pięknej paproci popełnię grzech ?
- W pewnym sensie - odpowiedział zmieszany ksiądz, który akurat w tego ro-dzaju spekulacjach nie był najlepszy.
- Zgoda, chociaż słowo w pewnym sensie nic w przypadku moje córki nie zna-czy, ale przyjmuję je za dobrą monetę. Następne pytanie brzmi : dlaczego moja córka odeszła z tego świata i czy musimy chować ją w taką pogodę ?
Ksiądz na chwilę przeprosił zebranych, odwiedził zakrystię, napił się mszalne-go wina prosto z butelki, przeżegnał i wrócił do rodziny pogrążonej w niewi-docznym gołym okiem smutku.
I tak już miało pozostać na wieki, chociaż nic to nie znaczy.

 

LIII.

 

Wszystko nie układało się jak powinno. Najpierw puszczono film Pasja , potem jakiś western. Gorzej być nie mogło, ponieważ widownia w większości składała się z mało wyrobionej filmowo publiczności, przez co tupotanie rozległo się zanim pierwsze klatki filmu przeleciały przez ekran.

Najgorsze jednak miało dopiero nadejść. Pod postacią rozpasanego wielmoży w mycce przypominającej portrety dawno zapomnianych przodków.

Ale najpierw pojawił się wiatr. I przestraszył większość, ponieważ najbardziej boimy się przyrody, czyli śmierci.

O niczym innym się nie mówi, jak tylko o Niej. W szkołach dzieci pytały nauczycieli z jakiej litery mają pisać jej imię : dużej czy małej ?

Niektórzy nie wiedzieli co mają opowiedzieć. Telefonowali do swoich przełożonych, rodziców, czasami do współmałżonków, pytali o radę, rzadko ją dostawali, ale i tak nie wiedzieli co mają odpowiedzieć.

Bali się popełnić błąd, bali o swoje miejsce pracy. W nieprzewidywalnym świecie czasami nawet małe pomyłki nabierają szczególnego znaczenia.

W jakiejś klasie podobno pewien ośmioletni chłopiec za nic nie chciał napisać słowa śmierć , więc nauczyciel wyrzucił go z klasy. I zabronił pokazywania w szkole bez rodziców.

Ale to plotki, prawda jest zupełnie inna, chociaż nie za bardzo sprawdzalna. Brzmi trywialnie, prosto, nawet aż za bardzo.

Zgłupieliśmy. I ani słowa więcej.

Tak więc, kiedy ten facet w mycce zszedł ze ściany, nikt nie zwrócił na to uwagi. A w kilka chwil później było już o wiele za późno.

I tak pozostało prawie do dzisiaj. Patrzymy na ludzi którzy zeszli ze ścian, słuchamy co mają do powiedzenia, zaczynam żyć według ich reguł. To jeszcze nie jest najgorsze, dopiero kiedy zaczynają nas pouczać jak mamy postępować z dziećmi, kobietami, kościołem nagle zdajemy sobie sprawę, jak bardzo jesteśmy od nich uzależnieni.

Niby nic wielkiego, przecież wiek który właśnie minął składał się wyłącznie z ludzi od kogoś uzależnionych, ale wmawiamy sobie że powinniśmy być inni, chociaż nie za bardzo wiemy na czym ta inność ma polegać.

Piszemy podobne wiersze, rozglądamy się za tymi samymi kobietami, dotykamy przewodów elektrycznych znajdujących się pod takim samym napięciem.

Taki już los urodzonych za późno. Tak właśnie powinniśmy się nazywać, urodzeni za późno , ponieważ czas na indywidualności skończył się. I nie ma na to rady ani przyzwoitego wytłumaczenia dlaczego, chociaż tak naprawdę zbytnio nam na nim nie zależy. Wystarczy to co mamy, czyli Nic, gdyż jak inaczej można nazwać tych kilka ubrań zamkniętych w zjedzonej przez mola szafie ?

Podobnie ma się sprawa z dostępem do morza, fantazjami seksualnymi, wrakami zepsutych samochodów. Nic poza pustkę wypełnioną płaczem znudzonych dzieci, wrzaskami niewyżytej erotycznie żony czy perspektywą ulicy z której nie wyłania się nadzieja na chociaż w kilku procentach inne jutro.

Stepujemy, ślizgamy się po nie zamarzniętym lodowisku, z zardzewiałych garnków układamy kruche barykady wzniesione przeciw samemu sobie.

Dosłownie wszystko toczy się jakby w letargu. Podchodzimy do okna, przyglądamy się wypłowiałej ulicy na której filmowy polscy kręcą kolejny film o niczym. Jakaś kobieta udaje nie wiadomo kogo, obok niej pan reżyser biczami z piasku próbuje zmusić rzeczywistość do płaczu.

Przypomina to zarośnięte złomowisku na które boją się wejść nawet zwierzęta. Z oddali wygląda to jednak na miejsce szczęśliwe, ponieważ nie ma nic gorszego jak brak wiary w cokolwiek. Tylko jak wmówić to społeczeństwu ?

Trudzi się nad tym wielu ludzi. Zatrudnieni przez różnorakie instytucje państwowe, fundacje, godzinami wpatrują się w pustką kartkę papieru, która pod wpływem ich wzroku zaczyna się kurczyć, wyginać, pokrywać niezrozumiałymi hielogryfami.

I tak od wielu lat przyroda wygrywa z życiem doczesnym. Jaka przyroda, a tym bardziej jakie życie, nikt nie mówi. Bo i po co.

 

LIV. Pogrzeb dwudziesty siódmy, taneczny, pozbawiony jakichkolwiek wątków moralizatorskich ( jeżeli naturalnie pogrzeb da się w jakikolwiek sposób z moralizatorstwem połączyć ).

 

Szarzało. Puste czoła pozbawione nawet jednej zmarszczki pochylały się nad wyblakłą, tanią, ledwie trzymającą się dnia codziennego trumną.

Po deszczowej nocy świt wyraźnie nie pragnął nowych wiader wody wylewanych na bogu ducha winne owieczki.

A tych przyszło sporo do rozlatującej się kaplicy na obrzeżach nie największego miasta położonego nawet nie za bardzo centralnie na mapie kraju. Można powiedzieć, iż bardziej z boku, na prawo od głównej rzeki, wiele kilometrów od tak zwanej cywilizacji.

Ale ona zupełnie nie interesowała zebranych w kaplicy. Mieli inne zmartwienia. Przecież zmuszeni zostali do wstania jeszcze przed świtem, opłukania się w lodowatej wodzie, włożenia na siebie co lepszych rzeczy, oraz spojrzenia w nienawistne oczy od lat skłóconej ze sobą rodziny.

To, że ktoś tam umarł nie miało większego znaczenia, ot co, zdarza się, czasami nawet w bardziej od ich poważanych rodzinach.

Nagle jakiś zabłąkany ptak wzbił się do lotu przez co kilka dusz uleciało w stronę raju, ale jak to przeważnie bywa jeszcze wcześniej wróciły.

Trumna leżała na czymś w rodzaju katafalku strasząc swoją bliskością, jak i niezrozumiałością odchodzenia.

Zaspane dzieci próbowały dowiedzieć się od rodziców dlaczego nie muszą iść do szkoły, ale zamiast odpowiedzi dostawały nie zapalonymi jeszcze świeczkami w głowę, popychano je, odmawiano picia i jedzenia, chociaż zbliżała się pora rozpoczęcia dnia w jakiś bardziej cywilizowany sposób.

W zamian dyskretnie rozglądano się wokół siebie, starano się unikać niepożądanego wzroku, chociaż z tym akurat było ciężko ponieważ w tej rodzinie wszyscy byli skłóceni ze wszystkimi.

Już dawno zapomniano o co poszło, pewnie jak zwykle w naszej ukochanej ojczyźnie o głupstwo, które celebrowane latami urosło do niebotycznych rozmiarów tragedii.

- Kogo chowamy ? - zapytał nagle wyblakły młodzieniec stojący w przedostatnim, złamanym niby to pod kątem prostym, rzędzie.

Odpowiedział mu złowrogi pomruk, szuranie nogami, przesuwanie nieistniejących mebli.

- Niby skąd mam wiedzieć ? - szept rozległ się gdzieś z oddali - obudzono mnie nad ranem, dano do wypicia jakieś świństwo i kazano zgłosić się tutaj. Więc jestem, a miałem zameldować się w pośrednictwie pracy.

Podobnych głosów odezwało się kilka, ale natychmiast przykryto je czapkami milczenia. Oraz obłożono ekskomuniką.

Po jakiejś godzinie stojący najbliżej trumny zaczęli się niepokoić. Nie mogli wyjść na papierosa, a co najgorsze nie wiedzieli z której strony może nadejść niebezpieczeństwo. Lata życia w niepewności nauczyły ich chuchania na nienarodzone.

- Chyba wrócimy do domu, przecież nie wypada aż tak się wygłupiać stoją na nie wiadomo czyim pogrzebie, na dodatek w kierunku odwrotnym do wiejącego wiatru. A już dawno temu przodkowie wiedzieli iż należy starć się żyć w zgodzie z przyrodą.

Mężczyzna który wypowiedział tych kilka zupełnie nikomu niepotrzebnych słów skłonił się ledwo widocznemu ołtarzowi, poprawił baranicę i próbował wycofać się w kierunku unoszącego się na zewnątrz świtu.

Nie przepuszczono go jednak. Stojący za nim ścieśnili się i biedaczek ugrzązł jak śliwka na wierzbie.

- Zachciewa mu się zmian kiedy najważniejsze jeszcze przed nim - usłyszał czyjś zniecierpliwiony głos.

- Czyli trumna ? - zapytał z niedowierzaniem.

- A masz jakieś inne wyjście ?

Wtedy zrozumiał. Zgromadzony tłum zebrał się jakby na jego pogrzebie. Z niedowierzaniem rozejrzał się we wszystkie możliwe kierunki. Wszyscy potakująco kiwali głowami, więc nie pozostało mu nic innego jak podnieść wieko obskurnej trumny, przeżegnać się i wślizgnąć do środka.

Kiedy to uczynił szmer zadowolenia przemieścił się przez kaplicę, uchylił drzwi i wydostał się na zewnątrz.

W tej samej chwili także pojawił się ksiądz.

- Dobrze, że tak szybko doszliście do porozumienia kto tym razem ma być pochowanym, w zeszłym roku zmarnowałem całe trzy dni czekając aż się zdecydujecie.

Rodzina chowanego nawet się nie zmartwiła. Jeden więcej, czy jeden mniej, pochylony nad misą kapuśniaku lub ostatniego wydania Wyborczej nie stanowił dla niej różnicy.

Dalej wszystko poleciało jak z płatka. Msza, cmentarz, pokropienie trumny i tak dalej. Gorzej jak zwykle było na stypie. Rodzina znad jeziora nie chciała partycypować w jej kosztach, ale po trzecim kieliszku jej głowa wyciągnęła z tylniej kieszeni spodni kilka wymiętych obligacji Orlenu i z nonszalancją rzuciła na stół.

- Bierzcie, dzielcie się, a jak zostanie zapłaćcie za picie i żarcie.

Popatrzono na niego z niesmakiem. Po pierwsze nie wiedziano komu te obligacje ukradło, po drugie ostentacyjne wykazywanie się bogactwem nie leżało w ich naturze.

- Znalazłem na śmietniku - facet jakby rozumiał co w tej bajce jest najważniejsze - były jeszcze innych firm ale przekazałem je na rzecz głodujących dzieci w Afryce i na Aids w Azji.

Szybko napełniono mu szklankę samogonem by nie gadał głupstw. Wypił, krople jak okruszki strząsnął na podłogę i niespodziewanie zapytał :

- A dlaczego dzisiaj kolej przyszła na wujka Zenona ? Przecież ani nie był najstarszy, ani nie należał do żadnej partii prawicowej ?

W sekundzie w krużgankach gdzie się znajdowali zapanowała złowroga cisza. Nie dość iż bije w oczy obligacjami Orlenu to jeszcze zadaje niedorzeczne pytania.

- Tak wynikało z zaplanowanego kalendarza. Nic dodać nic ująć.

Tych kilka niesympatycznych słów nie wypowiedział nikt bezpośrednio. Puszczono je z taśmy magnetofonowej, a tembr głosu wskazywał na dawno nieobecnego w tym gronie młodego człowieka który wyemigrował w głąb siebie.

- Piekielne stypy - powiedziała jakaś kobieta cała w bieli - nie dość iż za każdym razem zachodzę od nich w ciążę, to jeszcze na dodatek dostaję kataru.

- Prawie jak Marquez - uśmiechnął się i skomentował ktoś na końcu wykrzywionego stołu na którym butelki mieszały się z nadgryzionymi kurczakami i roślinami halugennymi - ten co prawda nie zachodzi w ciążę, ale na co drugiej stronie swoich książek narzeka na przeziębienie. Nie wiem jak mogą go czytać ludzie niezwiązani w żaden sposób ze służbą zdrowia ?

W podobny sposób przekomarzali się przez kilka godzin. Cały smutek związany ze wcześniejszym pogrzebem poszedł w zapomnienie. Przecież to nie była ich wina, że ktoś tam zmuszony był położyć się do trumny. Przecież w przyszłym roku może być ich kolej.

Pili więc, rozkoszowali się zimnymi resztkami kurczaka i gadali. Przeważnie o niczym. Fragment o Marquezie był wyjątkiem nie z tego rozdziału. Przecież na zabitej deskami wsi gdzieś w Polsce C, chociaż podobno od roku należącej do Europy, nikogo nie interesuje zamorski pisarz. Ich nie interesuje żaden pisarz.

Kiedy w butelkach pokazało się symboliczne dno, dzieci obudziły się z popołudniowej drzemki a kobiety wyczerpały wszystkie możliwości porozumienia się, zatrąbiono odwrót.

Z niechęcią podnoszono się z wymiętych legowisk, przenoszono do podstawionych lektyk i kazano się nieść do domów.

Posłuszni niewolnicy odganiali muchy, sadowili damy w taksówkach a kiedy te odjechały zabrali się za sprzątanie pobojowiska.

- Jak co roku zabrakło im alkoholu. A co gorsza także pomyślunku jak z tego wszystkiego się wyplątać. Przecież to zupełnie bez sensu co dwanaście miesięcy spotykać się w tej samej pralni brudów. I jeszcze na dodatek skazywać niewinnego na śmierć.

Mężczyzna który wypowiedział tych kilka słów stał tyłem do mówiących, więc nie byli w stanie rozpoznać jego twarzy. Przysięgliby jednak iż był to ktoś bardzo podobny do księdza. Ale to tylko plotki.

Nagle powiał wiatr i resztki ze stołów uniosły się w przestrzeń tworząc coś na kształt samonaprowadzającego się steru. Którego nikt nie trzyma w dłoniach.

 

LV.

 

W drodze do lasu zawsze musi przydarzyć się nieszczęście. Nie inaczej było i tym razem. Kilka skąpo odzianych kobiet zabawiało się przypadkowo napotkanym włóczęgą. Szarpały go za przerzedzoną brodę, szczypały w pogniecione ciało, próbowały namówić do zapalenia papierosa.

- Zniknijcie przeklęte - ni to krzyczał, ni bronił się - gdybym miał ze dwadzieścia lat mniej.

- To co wtedy ? - zapytała najbardziej wyglądająca na wyemancypowaną, ruda wywłoka z pobliskiej, zrujnowanej, nie odwiedzanej przez nikogo agencji niby to towarzyskiej.

Były mężczyzna udawał że się zastanawia.

- Zagrałbym w totolotka, wtedy jeszcze wierzyłem w możliwość odmiany przeznaczenia.

Kobiety zatrzymały się jakby w pół kroku, może aparat filmowy uległ nagłemu zawilgoceniu i taśma nie nadawała się do eksploatacji ?

- W totolotka ? - powtórzyły wszystkie jakby nie rozumiejąc wypowiadanych słów.

Mężczyzna nie słuchał co mówiły. W myślach stał przy poszarpanej desce służącej za ladę i kładł na niej szesnaście kuponów wypełnionych nerwowymi krzyżykami za którymi kryło się aż tak wielkie oczekiwanie.

- Proszę pokazać książeczkę ubezpieczeniową - rozkazał przyjmujący kupony - nowe rozporządzenie ministra któremu podlegamy nie pozostawia nam możliwości przymknięcia oka na tego rodzaju nieprawidłowości.

- Chyba pan zwariował !

- O tak ! Wiele lat temu dlatego dzisiaj zamiast wygrzewać się na greckich plażach użeram się z emerytami o gówniane pieniądze.

- Nie gówniane, wielkie.

Zamyśliłem się.

- Chyba nie.

- Więc jesteśmy w domu.

Mężczyzna rozglądnął się. Rzeczywiście był w domu. Kilka półnagich kobiet otaczających go w miarę ciasnym kołem, las w którym pewnie czaiły się niedobitki oddziałów partyzanckich, oraz przemożna chęć napicia się czegokolwiek dopełniały obrazu sytuacji w której tak nagle się znalazł.

- Nie podobamy się panu ? - zapytała nagle najmniej umalowana.

- W moim wieku żadna kobieta nie może się nie podobać. Kiedy przekroczy się Rubikon, niechcący czy też z rozkazu bożego, każda podarowana przez los kobieta jest piękna. Nawet ta najbardziej szkaradna.

Kobiety odsunęły się na kilka kroków i z niedowierzaniem popatrzyły na siebie.

- Którą z nas ma pan na myśli ?

Mężczyzna uśmiechnął się, usiadł na trawie, zapalił wytrzebionego przez czas i historię papierosa.
- Żadnej. W miarę jak niknę w sobie nic co ma związek z rzeczywistością coraz mniej mnie interesuje. Rozgrywki piłki nożnej, wybory do Sejmu, żółtaczka - wszystko to już dawno za mną. Jak i rozrywki na nartach, w zaślinionych barach, ranne wstawania do płaczących dzieci czy strzelanie do uciekających dzików.

- Po co więc żyć ? - zapytała ta najbardziej nieśmiała przez co zawsze miała najwięcej klientów, naturalnie do momentu kiedy mężczyźnie miewali jeszcze jakieś pieniądze.

- Większość żyje z przyzwyczajenia, część na złość najbliższym, reszta przez przeoczenie lub przypadek. Sam siebie zaliczam do - na szczęście wymarłego już gatunku - żyjących z rozpędu, to znaczy - dodał po chwili zastanowienia - wegetujących ponieważ nie mają innego wyjścia.

Niektóre dziewczyny chciały coś powiedzieć ale rozległ się przeraźliwy, krótki gwizdek na który otrząsnęły się jak z koszmarnego snu, krzyknęły manewry i biegiem ruszyły w stronę pobliskich zabudowań.

Pozostał siedzący na trawie mężczyzna, czas z którym nie wiadomo co począć oraz zapalony papieros, który pewnie wypali się szybciej niż życie, ale tego - na szczęście - nikt nie może być w stu procentach pewien.

Po drugiej stronie lasu, także na ścieżce do niego prowadzącej dwóch chłopców wyrywało motylom skrzydła.

- Tak robił mój dziadek, ojciec, więc chyba naturalną koleją rzeczy jest że także ja niszczę te wstrętne, poszarpane...

- Na zdjęciach które mi pokazywałeś dziadek i ojciec wyrywali coś ludziom, nie motylom - okrąglutki chłopczyk o twarzy zgasłego anioła z niechęcią przypatrywał się systematycznej pracy kolegi.

- Od czegoś przecież trzeba zacząć ! Nieszczęście ludzkości polega - moim zdaniem - na zaczynaniu wszystkiego w nieodpowiednim momencie. Na przykład, czy zejście z drzewa naszego pradziadka było do końca przemyślane ? Mam poważne wątpliwości. Także lot w kosmos, przyznanie niepodległości narodom bałkańskim, tarzanie się w rozpuście, zapuszczenie się Aleksandra, później zwanego Wielkim, do Azji - przykładów pomyłek można mnożyć. Tylko po co ? Ja chcę ich uniknąć, więc trenuję od najmłodszych lat.

Zaskoczony kolega popatrzył na niego przerażony. Już dawno rodzice zabronili mu się z nim bawić, ale w okolicy był jedynym, który tak interesująco opowiadał, poza naturalnie Alicją, ale ta pokazywała wszystkim, i każdemu z osobna, swoje wypolerowane ciało, na co każdorazowo ostro reagował ksiądz proboszcz.

- Boję się - powiedział nagle, jakby do siebie ale usłyszał to cały wszechświat. Takie przynajmniej miał wrażenie.

- I dobrze - przyznał wyrywacz skrzydeł - odczuwanie strachu jest pierwszym krokiem do zrozumienia siebie. Jeżeli nadal będziesz reagował w tak przemyślany sposób wyrośnie z ciebie nowy...

...nadczłowiek.

Chłopczyk odłożył niedokończonego, to znaczy motyla z jednym skrzydłem, z plecaka wyciągnął jakąś postrzępioną książkę i podsunął koledze pod nos.

- Napisał ją w więzieniu, poza Karolem Mayem najbardziej znana książka napisana za murami.

- Ale dzisiaj zakazana...

Chłopczyk nie zdążył odpowiedzieć, zobaczył nową ofiarę czyli wielkiego, kolorowego motyla i pobiegł za nim jak szalony.

Jego kolega dyskretnie przeżegnał się, rozpalił ognisko i włożył do niego postrzępioną książkę. Wiedział że postępuje źle, przecież w takich miejscach nie wolno palić ognia, ale postanowił zaryzykować.

W niewielkiej odległości od nich smutny, ale ubrany z rzucającą się w oczy elegancją mężczyzna w średnim wieku z tępotą graniczącą z szaleństwem wpatrywał się a małe, kwadratowe zdjęcie przedstawiające fragment zardzewiałego muru, a za nim wodospad. Był to naiwny fotomontaż nie przedstawiający większej wartości artystycznej, ale dla wpatrującego się w niego mężczyznę stanowił najcenniejszy dar jaki mogła dać mu kobieta.

Jego była żona z rzeczy niematerialnych najbardziej lubiła fotografować - i naturalnie przypatrywać się - mury i wodospady.

- Wykończyła mnie tymi swoimi fanaberiami - burknął pod nosem, podarł zdjęcie i rzucił za siebie, ale natychmiast podniósł te kilkanaście okruchów minionej przeszłości, z którą tak naprawdę nie potrafił skończyć.

Jakieś dziecko na zbyt za dużym jak na nie rowerze ochlapało go odpryskami dnia dzisiejszego, ale nie zwrócił to najmniejszej uwagi. Cały pochłonięty był wspomnieniem kobiety, która nie tak znowu odległego ranka wstała z łóżka, spakowała najcenniejsze dla niej kosmetyki i nie mówiąc ani jednego słowa położyła klucze od mieszkania na stole.

- Nie rób tego - krzyknął - w Skandynawii klucze na stole oznaczają nieszczęście.

Kobieta jakby się uśmiechnęła, ale dzisiaj nie był tego jej uśmiechu pewien. To, że tej nocy kochali się dwa razy, rano nie miało już jakiegokolwiek znaczenia.

Zapalił, przez chwilę poczuł głód, rozejrzał się, ale nigdzie nie zauważył nic godnego uwagi.

- Zaczynam popadać w obłęd - pomyślał - ubrany jak na pogrzeb albo chrzciny włóczę się głodny po lesie, wpatruję w kawałek ogłupiałego muru i wodospadu, tęsknię za kobieta, która pewnie teraz unieszczęśliwia kogoś innego. Za dużo jak na jedno sumienie.

Zgasił papierosa, fragmenty zdjęcia włożył do kieszeni i ruszył przed siebie jak niemowle poszukujące rodziców.

Nie zauważył, iż nad lasem pojawiła się wielka, czarna chmura zapowiadająca deszcz. Kiedy mijał starszego mężczyznę otoczonego przez na wpół rozebrane kobiety przystanął, chwilę mu pozazdrościł, ale odwrócił wzrok kiedy usłyszał krzyki rozpasanego dziecka próbującego złapać motyla.

W lesie - jak w życiu - natura przerastała rzeczywistość - albo odwrotnie.

 

LVI. Pogrzeb dwudziesty ósmy - limeryczny, bez podtekstów erotycznych, chociaż...

 

Nie wiadomo dlaczego pachniało sianem. Do tego nie zwiezionym z pól. Bardzo przyjemny zapach, ale czy akurat w kościele ?

Większość zebranych w remontowanym ze zbiórek na mszach przybytku zastanawiała się nad zapachem nie wiadomo skąd dochodzącym, a nie nad faktem, iż zebrali się by kogoś tam pochować. To było oczywiste, zapach siana nie.

Nawet ksiądz który pojawił się w najmniej oczekiwanym momencie, przez moment zawahał się czy wejść, ale wrodzone przez lata nauki i terminowania poczucie obowiązku zwyciężyło nad uprzedzeniami. Przecież nie godzi się prowadzić mszę pochówkową kiedy pachnie sianem. Do tego nie zwiezionym z pół.

Tylko rodzina zmarłego/zmarłej nie za bardzo zdawała sobie sprawę, co się wokół niej

rozgrywa. Przywiązana do posłuszeństwa rzeczom i zdarzeniom wyższym nie zastanawiała się dlaczego ludzie zebrani w kościele kręcą się, psioczą, plotkują.

W kącie kościoła dzieci przybyłe na pogrzeb bawiły się resztkami po wypalonych świecach, kośćmi pozostawionymi przez roztargnionych archeologów jak i nowymi książeczkami do nabożeństwa, jeszcze nie rozpakowanymi, ale przez wścibskie, młode istoty wyrwane z paczek walających się w sieni.

Nikt jednak nie zwracał na nie uwagi. W czasach, kiedy śmierć bywa zwiastunem nowej, dobrej wiadomości, dzieci nie są na świeczniku.

Podobnie miała się sprawa ze zmarłym/zmarłą. To coś leżało sobie spokojnie w trumnie, czekało na kolej rzeczy która na pewno nastąpi i nie martwiło się już doczesnością, jaka tym razem dopadła żyjących pod postacią zapachu siana.

Przypadek ? Nikt nie potrafił na to pytanie odpowiedzieć. Podobno w kościele nie ma przypadków, więc co poniektórzy skłaniali się ku... No właśnie, czemu ?

Nagle zabrzmiały organy, ludzie jakby otrząsnęli się z jednych mrzonek by popaść w inne. Nie wiadomo czy bardziej dające się wytłumaczyć. Człowiek niestety już tak jest zaprogramowany że bez przerwy musi o czymś myśleć. Bark myślenia oznacza sen, chorobę lub śmierć. Nie w każdym przypadku, ale w zdecydowanej większości.

Kiedy organy ucichły do działania przystąpił ksiądz i przez najbliższe minuty zapach siana ustąpił miejsca rzeczom wzniosłym. Aż do momentu spuszczenia trumny do grobu. Wtedy uczestnicy ceremonii jakby otrząsnęli się z letargu, nałożyli nakrycia głowy, przeżegnali się, niektórzy jakby westchnęli i znowu powrócił niewytłumaczalny zapach siana.

- W środku zimy, w miasteczku oddalonym o kilometry od terenów rolnych taka niegodziwość socjalistyczna niegodziwość ? - ni to pytał ni stwierdzał pozbawiony dostępu do internetu jegomość o twarzy własnego ojca.

- Dlaczego socjalistyczna ? - natychmiast zaprotestował starszawy przedstawiciel partii skazanej na wymarcie.

- Ponieważ macie na rękach krew - odkrzyknął teraz już zdenerwowany jegomość o twarzy własnego ojca, odwrócił się na pięcie i majestatycznie odszedł w niebyt. Specjalnie nikt mu w tym nie przeszkadzał.

- Z prawicowcami tak jest zawsze, rzucą kalumnie i uciekają. Przecież...

Nie zdążył dokończyć co miał na myśli ponieważ poproszono na stypę, niezbyt ochoczo, wiadomo, koszty, ale jak każe zwyczaj należy nakarmić i napoić darmozjadów. Nawet tych najbardziej nie lubianych.

Także w knajpie do której ich spędzono zapach nie zwiezionego siana dało się wyraźnie odczuć. Pachniały nim talerze, sztućce, kieliszki, zapalniczki a nawet dwie świeżo myte kelnerki.

Po trzeciej kolejce jeden z miejscowych mędrców zwanych dla niepoznaki oszołomami powiedział, ( czym zaskoczył nawet siebie ) :

- W Hikmat al.- Iszraq Suhrawardi opisał własne oświecenie ( za Historia Boga Karen Armstrong ).

Na kilka minut zapanowało przerażające milczenie. Ludzie nie wiedzieli jak mają zareagować, bali się wychylić z szeregu, więc czekali jak zachowa się ksiądz. A ten o dziwo przyglądał się swojemu nie wiadomo dlaczego ropiejącemu palcu, aż w końcu widząc napięcie malujące się na twarzach niby to biesiadników roześmiał się.

- Nie czytałem - powiedział, chociaż biskup polecał. Jednak nawał zajęć w parafii nie pozwala na dosłowność.

Do dzisiaj nie wiadomo dlaczego akurat użył słowa dosłowność. Przecież łamało ono reguły gramatyki polskiej, jak i poprawnego wysławiania. Nikt jednak nie zapytał go o to, tak spragnieni byli niezależności, jedzenia, picia, swobodnej rozmowy, a ksiądz jakby lekko ich krępował. Więc kiedy szybko się pożegnał nikt nie protestował. Wyszedł jakby w nicość nie niepokojony, a razem z nim jego dosłowność.

Za to pozostał zapach siana, nawet jakby wzmogła się jego intensywność. Jednak biesiadnicy jakby przestali na to zwracać uwagę. Przecież na stypach nie takie rzeczy się działy, więc jedzono, pito, plotkowano i czekano kiedy zapach siana przebije inna niespodzianka. Nic takiego jednak się nie stało.

W kilka dni później jeden z bardziej rozgarniętych uczestników stypy zapytał sąsiada kogo właściwie chowano, na czyim pogrzebie byli.

- Niby skąd mam wiedzieć ? - odpowiedział urażony właściciel trzech morgów - dali znać że pachnie sianem więc polecieliśmy. I tyle.

Doprawdy niewiele potrzeba człowiekowi by egzystował. Zepsuty rower, nadmuchana kobieta, wędka do łowienia wiadomości. I może jeszcze dostęp do jakiegoś morza, ale o tym już gdzieś pisano, więc nie będziemy się powtarzać.

Jak zwykle pozostał niezapłacony do końca rachunek za stypę, zawiedzione kelnerki którym kolejny raz nikt z podpitych gości nie zaproponował małżeństwa, jak i klucz od wieczności nierozsądnie zgubiony przez bliżej nieznanego świętego.

To wszystko. Co do nieboszczyka/nieboszczki zdania pozostają podzielone, ponieważ w okolicy nie ubył nikt kogo by znano. Pewnie znowu - jak zdarzało się już wielokrotnie - zakpiono sobie z dobre imienia parafii.

Ksiądz jednak nie zareagował. Bardziej interesował się ropiejącym palcem, nie przeczytaną książką Karen Armstrong, ciążą gospodyni niż parafianinem, który przecież jednak nie zniknął z rejestrów.

Co do samego zapachu siana zdania pozostają podzielne. Jedni wierzą w ponadmaterialną moc przyrody, inni skłaniają się przy nie włażeniu w butach we wszystko czego nie da się wytłumaczyć. Jak na przykład od lat nieuregulowanej rzeki San. Albo...

 

LVII.

 

Ponad czterdziestoletnia, lekko wypłowiała kobieta z niedowierzaniem przypatrywała się własnemu biustowi. Przez jedną noc odrósł jej do rozmiarów, który miała jako dwudziestolatka, czyli do czasów, kiedy imponowała wszystkim mężczyzną w dzielnicy.

Stawała wtedy na pierwszym z rzędu rogu ulicy, nabierała powietrza w płuca i nieliczne wtedy samochody wpadały na rowerzystów, dzieci gubiły spinki do włosów a dorośli biegiem oddalali się z miejsca przestępstwa.

Później wszystko w jej życiu potoczyło się jak w złych bajkach dla partyjnych, miłość, ciąża, ślub cywilny, sześć lat orki na ugorze, raz wakacje w Szklarskiej Porębie, rozwód, zanik biustu, aż tutaj nagle taka niespodzianka.

Podbiegła do lustra, które od ciosu obcasem pękło wzdłuż, i zgłupiała znowu. Biust miała jak marzenia, chociaż wijąca się zygzakami w lustrze, trochę jakby nad nim twarz jakoś do siebie nie pasowały.

- Lepiej coś jednak posiadać - westchnęła przez łzy - mieć biust a wstydzić się twarzy jest przecież wyborem z gatunku...

Zadzwonił telefon ale nie odebrała go, ponieważ abonament był niezapłacony, a jako kobieta przestrzegająca zasad współżycia nigdy nie pozwalała sobie na korzystanie z rzeczy do których nie miała prawa.

- Pewnie znowu chcą namówić mnie na skorzystanie z darmowej promocji garnków za które zapłacę w przyszłym miesiącu - stwierdziła, wyszła na balkon, usiadła na krześle i wystawiał właśnie co odzyskany biust na działanie promieni słonecznych. Bała się raka, to prawda, ale jeszcze bardziej żartów z nieopalonych cycków.

W jakąś godzinę później postanowiła zaryzykować i wyjść na zakupy, otworzyła szafę i zbaraniała. Żaden z sześciu staników, które czaiły się jakby do skoku na półce we wewnątrz mrocznego wnętrza nie pasował na nią. Zrozpaczona zapaliła papierosa chociaż bardzo odradzała jej to sąsiadka sama kopcąca jak komin z powieści Hrabala pod tytułem...zapomniała jak brzmiał, usiadła na małym krzesełku i tak po prostu rozpłakała się.

Nie dość że pełnymi krokami wchodziła w okres klimakteryczny, to jeszcze przedmioty dawno uważane za martwe zaczynały z niej kpić. Najpierw biust, później staniki a teraz papierosy.

Zrozpaczona otworzyła ołtarzyk. Tak po odejściu męża nazywała część kredensu w której jej byłe szczęście trzymało klucz do swojego szczęścia, czyli kilka nie napoczętych butelek z alkoholem.

Nie znającym się na nim otworzyła pierwszą lepszą i już po chwili mdławy zapach zgniłych śliwek przesmyknął się przez jej gardło.

- I dla czegoś tak ulotnego ten wypomadowany idiota poświęcił żonę, dziecko, rodzinę, ogródek i niedzielne obiady u teściowej ? - zdziwiła się, nie po raz pierwszy tego poranka.

Jednak drugi kieliszek smakował już lepiej, a trzeci wiarygodnie. W sekundzie ubrała się, nie pomalowała ponieważ doszła do słusznego wniosku, iż brak stanika i wymalowana facjata to za dużo jak na tę samą kobietę.

Nie zamknęła za sobą na klucz drzwi, gdyż postanowiła od tego ranka nie zajmować się drobiazgami. Fakt, iż jakby odrósł jej biust był wystarczającym powodem do podjęcia kilku ważnych życiowo decyzji.

U fryzjera nic nie zauważyli, w sklepie mięsnym także. Z rosnącym zdziwieniem ale i zdenerwowaniem z coraz większym zniecierpliwieniem obchodziła coraz to nowe miejsca w miasteczku. Nic się nie wydarzyło, to znaczy nikt nie zauważył zmian w jej sylwetce.

Roztrzęsiona i wkurwiona wróciła do domu, zaglądnęła do ołtarzyka i bogatsza o kilka kieliszków usiadła na łóżku, wróciły wspomnienia bezsennych nocy kiedy spał tylko mąż, popatrzyła na aparat telefoniczny i zdecydowała się w sekundzie.

Pan Andrzej był przyjacielem rodziny który po swoim rozwodzie składał jej niedwuznaczne propozycje. Nigdy wcześniej.

Zatelefonowała do niego nie zważając na niezapłacony abonament, łamiąc przy tym sztywne zasady postępowania którym była wierna przez lata i poprosiła go by jak najszybciej się u niej pojawił.

Zajęło mu to ze trzy pacierze. Kiedy zasapany rozglądał się co się znowu w mieszkaniu zepsuło nie mówiąc ani słowa zdjęła bluzkę i stanęła na środku pokoju w pełnym świetle, nie krępując się dość przecież niezręczną sytuacją.

Także teraz nic się nie wydarzyło tylko pan Andrzej jakby lekko zbladł. Przeszła więc do kuchni, przyniosła butelkę i dwa kieliszki, napełniła i dopiero po wypiciu panu Andrzejowi jakby wrócił głos.

- Naoglądałaś się filmów erotycznych, czy coś ? - nie było to ani stwierdzenie ani pytanie. Ot taki sobie głupi żart.

Rzuciła w niego obcasem z nieistniejącego buta, ale chybiła.

- Pokazuję ci idioto najcenniejszą rzecz jaką posiadam, która na dodatek w nocy jakby mi się odnowiła, a ty wzywasz na pomoc erotyzm.

- Wszystko zmierza ku niemu, przecież bez tego nie da się żyć. Nawet Rosjanie i starożytni Rzymianie, nie mówiąc już ani słowa o...

- Odrósł mi biust.

Przez kilka minut mężczyzna stał z otwartymi ustami, z kieliszkiem w ręku, nie mogąc wymówić ani słowa. W końcu wydukał :

- Napiszę do Mariana do więzienia, pewnie sakramencko się ucieszy.

- Co ma z tym wspólnego Marian ? Pokazuję tobie.

- Ale to przecież, jakby nie było, twój mąż. Gdy się proboszcz dowie...

- Niby dlaczego ma się dowiedzieć ? Po drugie po co wrzucasz do jednego worka byłego męża i księdza ? Patrz jeżeli ci się podoba, nawet możesz dotknąć, ale nie mów niczego czego później możesz żałować.

Mył ręce kilka minut, następnie uklęknął, pomodlił się, wstał, podszedł do okna i szczelnie zasunął zasłony. Następnie dotknął jej biustu. Poczuła lodowate ukłucie węża.

- Taki sam jak dwadzieścia osiem lat temu. Pamiętasz spacer nad rzeką, grę w truskawki i nagrodę w postaci dotknięcia twoich piersi ?

Niestety pamiętała, oraz późniejsze lanie za spóźnienie się na rekolekcje.

- Więc twierdzisz, że nic się nie zmieniło ?

- Zmieniło się wszystko oprócz twojego biustu. To niesamowite, Rosja już nie jest sobą, Grzesiek z komunisty nawrócił się na katolicyzm, stary Grędula wrócił z Ameryki tak samo biedny jak wyjechał, a ty masz cycki jak ...

Zamknęła mu usta pocałunkiem, czego przez kilka następnych lat - zanim przywykła - żałowała, ponieważ nie minęło pięć minut a już był do niej sprowadzony. Matce z którą mieszkał powiedział że wyjeżdża do stolicy, kilka rzeczy które posiadał zapakował do plastykowej torby i ...już nie mieszkała sama.

Miała w domu chłopa, nowy biust i jak poprzednio, żadnych perspektyw. Ale przecież nie te są najważniejsze, wystarczy by dobrze się czuć.

Którejś, kolejnej nocy kiedy nie mogła zasnąć dotknęła swoich piersi i zbaraniała. Znowu były małe, sflaczałe i jakby poddając się prawu grawitacji ciągnęły ku ziemi.

Tym razem jednak nie zrobiła z tego faktu sensacji. Jest rzeczą ziemską iż w końcu wszystko wraca do pierwotnego kształtu. Nawet rzeczy tak przyziemne jak kobiecy biust.

 

LVIII. Pogrzeb dwudziesty dziewiąty - patologiczny.

 

Czas wpisany jest w koło. Albo odwrotnie. Podobnie mają się sprawy z : chorobami wenerycznymi, zbrodnią i karą, posiadaniem a ubóstwem, kochaniem a zdradzaniem, popijaniem w domu lub w knajpie.

Mężczyzna który leżał w trumnie nie miał już jednak tego rodzaju myśli. Był, ale jakby nie istniał. Dylemat z pogranicza wiary, filozofii, materii i kilku innych dziedzin tak materialnych jak i metafizycznych.

Trumna była dębowa, przystrojona w jakieś wstążki, kokardy, dzwonki, kotyliony. Nie wiadomo, co jeszcze zdesperowana rodzina potrafi wymyślić, lub dać sobie wmówić, szczególnie kiedy posiada się pieniądze.

A tych zmarły miał w nadmiarze. Więc, kiedy poczuł się na tyle źle, iż przeczuł zbliżający się koniec pobytu na tym padole łez odwiedził zakład specjalizujący się w spełnianiu różnych dziwnych zachcianek zblazowanych obywateli, i spędził w nim kilka godzin.

Później zdążył odwiedzić jeszcze pewien kolorowy budynek pełen przeźroczystych panienek mówiących z wyraźnym wschodni akcentem, i jako honorowy gość dopuszczony został do malutkiego otworu w ścianie, będącego przez ostatnie kilka lat jego jedynym łącznikiem ze światem.

Wydziedziczył jeszcze domowego lekarza, kota wysłał na dach, żonę do kochanka i spokojnie położywszy się do łóżka w kilka minut później miał wszystkich z głowy.

Teraz zbierano się nad jego trumną, lamentowano, co bardziej zdesperowani na pokaz próbowali nawet wyrywać sobie włosy z głowy, ale ich powstrzymano. Istnieją przecież podobno granice kretynizmu, których nawet na pogrzebach nie wypada przekraczać.

Kiedy zabrzmiała muzyka wszyscy wstali. Wdowa, synowie, córka, współpracownicy. Następnie ksiądz zrobił swoje i gdzieś po niespełna godzinie, kiedy wszyscy gotowali się do opuszczenia kościoła i udania się na pobliski cmentarz, nagle rozległ się głos umarłego wbijając wszystkich bez wyjątku w posadzkę.

Chłopcy z zakładu spełniającego dziwne zachcianki zblazowanych obywateli spisali się na medal. Rozmieścili kilka głośników w taki sposób, iż nawet najsłabiej słyszące ciotki nie musiał dopytywać się o co w tym wszystkim chodzi.

Przez mniej więcej piętnaście minut monotonnym, ale zdesperowanym i pewnym swego głosem, wyliczył wszystkim ich gorszące uczynki. Żonie comiesięczne zdrady już w tydzień po ślubie, dzieciom pijaństwo, pazerność, bujanie w obłokach i nie interesowanie się życiem codziennym, współpracownikom okradanie go. Wszystko z nazwiskami, przykładami. A na końcu powiedział

- Jestem wami zmęczony, jak tylko człowiek potrafi, więc postanawiam ...- i tutaj skrupulatnie wyliczył kogo czego pozbawia, a na końcu dodał - naturalnie moja wola zostaje także spisana by przypadkiem nie przyszło wam do głowy włóczyć się po sądach. Pozostaje powiedzieć mi ostatnie słowo : pocałujcie się w dupę.

Kiedy wyłączono magnetofon zapanowała przeraźliwa cisza przerywana jedynie odgłosami nerwowo przełykanej śliny.

- To jakiś smutny żart - po chwili powiedziała szanowna wdowa.

- Chyba nie mamo, w większości nazwiska twoich kochanków zgadzają się, jeżeli naturalnie nie myli mnie pamięć - córka nie lubiła matki, więc nawet w kościele mściła się, naturalnie najbardziej delikatnie jak tylko potrafiła.

Mama popatrzyła na nią z odrazą, odwróciła głowę i wyszła z kościoła. Za nią uczyniła to większość, tak że po kilku minutach przy trumnie pozostał jedynie ksiądz i kilka nie znających się osób, ale nie należących do rodziny.

- Jakie miłe zgromadzenie. Rozsądni ludzie na wpływowych stanowiskach. Do tego wprost przeżarci miłosierdziem bliźniego.

Mężczyzna który wypowiedział te słowa podszedł do trumny, dotknął jej, następnie przeżegnał się i także opuścił kościół.

- Co robimy ? - zapytał księdza wikary.

Ten popatrzył na niego z niedowierzaniem i w kilku chwil później skromny kondukt ruszył w stronę cmentarza.

Z oddali przyglądała mu się młoda, ubrana w zielony kostium kobieta. Kiedy zauważyła trumnę spuszczaną do ziemi rozpłakała się i wyszeptała :

- Mogłeś jeszcze tak długo żyć, ale nie chciałeś. Co ja teraz bez ciebie pocznę ?

Odpowiedział jej wrzask ptaków, jakby odgłos rozpadającego się od starości roweru i przeświadczenie iż na tym najsmutniejszym ze światów nawet bycie bogatym nie upoważnia do niczego.

W jakąś godzinę później siedziała samotnie wśród tłumu ubranych w nieskazitelną biel kelnerów i z zażenowaniem przypatrywała się jak kilogramy jedzenia psują się na suto zastawionych stołach.

Poza nią i wieloletnim kierowcą pana R. nikt na stypę się nie pofatygował. Z roztargnieniem sięgnęła po kieliszek, który natychmiast usłużny kelner napełnił, zapaliła długiego papierosa chociaż zdawała sobie sprawę z absurdu tego gestu i znudzona zastanowiła się jak długo jeszcze powinna wytrwać na tej przerażającej ją pustyni.

- Pewnie jest pani kobietą do której zawoziłem pana R. we wtorki i czwartki.

- Po osiemnastej - odpowiedziała nie patrząc na niego.

- I u której zostawał zawsze nie dłużej jak godzinę i czterdzieści minut.

- Seks zajmował mu około dziesięciu minut, dwadzieścia mycie się i ubieranie. Resztę czasu poświęcał na przypatrywaniu się mnie nagiej leżącej na łóżku. Co prawda kilka razy polecił mi bym wstała i przeszła się po pokoju, ale większość z tych czternastu lat przeleżałam na łóżku. Nawet kiedy było w mieszkaniu zimno nie pozwalał mi się ubrać ani przykryć.

- I nie nudziło się pani ?

Dopiero teraz podniosła na niego wzrok. Przystojny mężczyzna bez większej dozy skrępowania czy zakłopotania.

- Okropnie, ale wolałam to od na przykład pracy w fabryce, przy chorych dzieciach czy bezdusznych starcach. Płacił nad wyraz dobrze, niczego nie wymagał, poza naturalnie dwoma szybkimi, nie wyrafinowanymi i w gruncie rzeczy bezuczuciowymi stosunkami w tygodniu, plus naturalnie około godziny leżenia nago na łóżku.

Upiła łyk wina, zgasiła papierosa w śnieżnobiałej popielniczce i z niechęcią rozejrzała się po sali. Miała do siebie żal że się tutaj znalazła.

•  Czyli pan R. także nie był bez winy.

- O jakiej winie pan mówi ? Podupczyć sobie niezobowiązująco raz na tydzień nie jest przecież jakimś wielkim grzechem. Naturalnie, jeżeli ta druga osoba, czyli ja, nie ma nic przeciwko temu.

Na chwilę zapadło kłopotliwe milczenie, więc by je przerwać wskazała mężczyźnie krzesło obok siebie. Poczęstowała go także papierosem.

- Jestem, byłam - natychmiast się poprawiła - zupełnie czymś innym niż reszta jego rodziny, wiem o wszystkim, gdyż kiedy dwa razy w tygodniu leżałam na łóżku naga opowiadał mi o swoich kłopotach, tak w domu jak i w fabryce.

- Nie miał żadnych kłopotów, tylko same nieprzyjemności.

- Co za różnica ? - zapytała z zaczepką w głosie.

- Wyłącznie w nazwie.

Przez chwilę popijali w milczeniu. Szeregi śnieżnobiałych kelnerów krążyły po sali jakby w oczekiwaniu na lepsze czasy. Kiedyś pewnie się ich doczekają.

- Co teraz będzie pani robiła ?

Zastanowiła się i przez chwilę poczuła ból w bliżej nieokreślonym miejscu w ciele.

- We wtorki i czwartki będę się rozbierała, kładła na łóżku i patrzyła w sufit. W pozostałe dni tygodnia postaram się żyć jakby się nic nie stało. Przecież, właściwie, nic takiego się nie wydarzyło. Ziemia przyjęła kolejną ofiarę.

Długo przełykał ślinę zanim się przemógł i zapytał :

- Mogę przyjść popatrzeć ?

Cała odwróciła się w jego kierunku i szybko oszacowała go wzrokiem.

- Właściwie dlaczego nie ? Leżenie nago na łóżku bez publiczności jest swojego rodzaju zboczeniem, taką sztuką dla sztuki.

Skinęła na kelnera i zażądała szampana. Kiedy go pili nagle na sali pojawiło się kilka zamaskowanych postaci.

- Widzi pan to samo co ja ?

- Pewnie tak, kilogramy jedzenia, mnóstwo zakorkowanych butelek...

Zniecierpliwiona przerwała mu w połowie zdania.

- Myślę o postaciach w maskach na twarzach.

Poparzył na nią zdumiony i delikatnie odłożył kieliszek.

- Tak, w maskach - napierała.

- Oczywiście - przyznał, chociaż już nie był taki pewien iż w najbliższy czwartek przysunie do łóżka krzesło by usiąść na nim i przez mniej więcej godzinę przyglądać się nagiej kobiecie.

- Kim one mogą być ? Chyba nie przedstawicielami tego, podobno lepszego, ze światów.

Nie odpowiedział jej, pożegnał się i wyszedł na rozkojarzony świat pełen małych myszek goniących za doskonałością. Wsiadł do samochodu i pojechał pod zakład fryzjerski odebrać żonę pana R. Ta stała już na krawężniku i ze złością co sekundę spoglądała w kierunku świtu.

- Gdzie się tak długo podziewałeś ? - zapytała jak tylko usadowiła się na tylnim siedzeniu.

- Załatwiałem ostatnie sprawy pana R.

- Przyziemne ? - w jej głosie czaiła się złość, nienawiść i wszystko, co tylko kobieta potrafi z siebie wykrzesać kiedy nienawidzi.

- Aż za bardzo. Krzesło, łóżko, brak perspektyw i...

- Bądź tak uprzejmy i oszczędź mi szczegóły. Tan szubrawiec...

Nie słuchał co mówiła. Wiózł ją gdzie kazała, ale myślami był już przy krześle, które przysuwał w kierunku łóżka.

Poza tym wszystko było w należytym porządku. Ludzie rodzili się, dostawali gorączki, wspinali się w górach. Niektórzy powtarzali to samo, tylko w odwrotnym kierunku. Nic jednak z tego nie wynikało.

 

LIX.

 

Czasami strasznie trudno zrozumieć samego siebie. Jest to truizm, ale prawdziwy. Wchodzimy do sklepu i kupujemy kapelusz którego nigdy nie założymy, na targowisku kilogram grzybów, które w domu wyrzucamy do śmieci, mówimy żonie że ją kochamy, kiedy tak naprawdę utopilibyśmy ją w łyżce śmietany, którą z taką zażartością pożera.

Ale to drobiazgi. Bardziej poważne jest przeżywanie rzeczy i sytuacji, które nigdy nie miały miejsca, jako prawdziwe. Lub prawdopodobne. Jest to o tyle niebezpieczne, iż zagraża doraźnej egzystencji, oraz zdrowiu.

Nie ma jednak tego złego co by na dobre nie wyszło - jak mawiała pewna kobieta wspinając się na mężczyznę - oderwanie się na stałe od rzeczywistości powoduje powrót do raju lat dziecinnych, lat wypełnionych łapaniem motyli i podglądaniem służącej w kąpieli, chociaż ta nie przepadała za czystością.

I jeszcze ten w żaden sposób nie dający się wymazać z pamięci wypadek. Zdarzyło się to pod wieczór, w październiku, miesiącu złym, smutnym i ponurym. Nie miałeś wtedy więcej jak czternaście lat, wracałeś ze szkoły kiedy niespodziewanie ta kobieta zaszła ci drogę, wzięła za rękę i powiedziała, że jest twoją matką.

- Nie mam matki - broniłeś się - a tym bardziej nie chcę mię teraz, kiedy zrozumiałem, iż bez niej także można całkiem dobrze żyć.

Uderzyła cię w twarz rękawiczką, zaprowadziła do przeraźliwie brudnej kawiarni i wmusiła w ciebie puchar roztopionych lodów.

- Powiedz mi - zapytała nagle, kiedy już byłeś przekonany że nie odezwie się już nigdy - czy ojciec...

- Proszę nie mieszać do tego mojego ojca ! - krzyknąłeś, kelnerce z rąk wypadło pudełko zapałek i bez życia potoczyło się pod zamglone okno po drodze rozsypując się na sześćdziesiąt cztery części.

- Przepraszam - wymamrotała kobieta - ale przecież to ON jest przyczyną tego wszystkiego. Gdyby wtedy nie zaciągnął mnie do...

Odwróciłeś się od niej i przyglądałeś się jak kelnerka niezdarnie zbiera zapałki, a jej spódnica niebezpiecznie podnosi się odsłaniając białe majtki i jeszcze bielsze ciało.

- Pani też tak wyglądała ? - zapytałeś nagle i kobieta zarumieniła się.

- Nie wiem, przecież kiedy twój ojciec rozdziewiczał mnie nie patrzyłam na siebie z góry, ale można teoretycznie przyjąć, iż tak mogłam wyglądać, naturalnie byłam o wiele od niej przystojniejsza.

Odsunąłeś wtedy puchar z nie tchniętymi lodami na odległość ramienia i pożałowałeś że nie znajdujesz się w Zakopanym.

- Po co pani to wszystko robi ? Przecież jest zupełnie bez sensu starać się wrócić przeszłość, kiedy...

- Sama nie wiem - kobieta zdumiała się słysząc własne słowa - odebrano mi cię zaraz po porodzie, co prawda wcześniej podpisałam jakieś dokumenty, ale...

Kelnerka pozbierała wszystkie zapałki, dla pewności wiejskim uporem przeliczyła je jeszcze raz i teraz stała z pudełkiem w ręku nie wiedząc co z nim zrobić.

- Proszę włożyć je do szerokiego pojemnika i przykryć książką do historii - poradziłeś jej, co też z ochotą zrobiła.

W tym czasie kobieta siedząca z tobą przy stoliku, a podająca się za twoją matkę, zapaliła papierosa, spojrzała przez okno na kałużę wypełniającą pół ulicy i w końcu z niechęcią zapytała :

- Ma jakąś kobietą ? Bo jak nie to wracam do domu.

Zdumiony nie wiedziałeś co masz odpowiedzieć. Perspektywa mieszkania znowu pod jednym dachem z obcą kobietą wydawała ci się nie do zaakceptowania.

- Tak - skłamałeś - i wygląda na to, że nieźle się im układa.

- Bogu dzięki - westchnienie ulgi jakoś niezręcznie wydobyło się z kobiecych, zdecydowanie za bardzo umalowanych ust - tak się bałam iż znowu będę musiała prasować mu koszule, gotować te jego przeklęte zupy i codziennie rano brać do buzi...

- Mój ojciec nie jada zup, pewnie pomyliła pani adresy.

Kobieta nerwowym ruchem wyjęła z torebki świstek papieru, szybko przebiegła po nim wzrokiem i nie płacąc rachunku, ani nie mówiąc słowa na pożegnanie, wybiegła z kawiarni.

Kelnerka nie pozwoliła mi zapłacić, twierdząc iż uratowałem jej życie doradzając jak ma postąpić z pudełkiem dopiero co pozbieranych zapałek.

Minęło kilkanaście lat, znowu byłem z kobietą w kawiarni i znowu kelnerka upuściła pudełko z zapałkami, tym razem było ich jednak czterdzieści osiem ( w pięć lat później upadała jej zapalniczka ).

Kobieta z którą siedziałem przy stoliku kompletnie nie była mną zainteresowana, chociaż, jak twierdziła, kochała mnie. Oglądała sobie postrzępione paznokcie, dogadywała siedzącym obok przy stoliku idiotom kłócącym się czy Matrix czy Gwiezdne Wojny były najlepszym filmem w historii.

Nie wiadomo dlaczego akurat w tym momencie przypomniała mi się kobieta, która wiele lat temu pomyliła sobie mnie z kimś innym uważając za swojego syna. Chociaż była to prawda, skonsultowałem to w wieku maturalnym z ojcem, nigdy się z tym nie pogodziłem. Nie miałem matki i koniec.

Teraz przeprosiłem kobietę, która podobno mnie kochała, ale nudziła się w moim towarzystwie, poszedłem do toalety i tam przez małe okienko wydostałem się na obsikane przez pijaków podwórze. Nie wiem dlaczego nie wyszedłem jak normalny człowiek, drzwiami ? Pewnie wstydziłem się samego siebie. Kiedy tak stałem na tym ohydnym podwórku otoczony przez głodne koty zrozumiałem jaką krzywdę wyrządziłem kobiecie, której wmówiłem iż pomyliła adresy.

Chociaż nie palę schyliłem się po całkiem sporego peta widać oczekującego lepszych czasów. I te właśnie dla niego nastały. Ale jeszcze potrzebowałem zapałek. Wślizgnąłem się do o dziwo pustej kuchni i postanowiłem chwilę poczekać.

Pomieszczenie to przypominało mi pewien film grozy. Pajęczyny, brud, nie umyte garnki i talerze walały się po całej podłodze. Tylko nad obślizgłym zlewozmywakiem wisiał wypielęgnowany obrazek przypominający Morskie Oko spowite śniegiem.

- Rzeczywiście, matka nie pomyliła się mówiąc na łożu śmierci iż moim przeznaczeniem będzie mężczyzna który poprosi mnie o zapałki.

Młoda, prawie mojego wzrostu kelnerka patrzyła na mnie pełnymi pożądania oczami.

- O której kończy pani pracę ?

Podała mi zapałki, zdjęła fartuszek i powiedziała :

- Właśnie skończyłam.

- Pierwsze dziecko panie doktorze urodziło się nam w dwa lata później, potem drugie i trzecie, ale do dzisiaj nie słyszałem by jakaś kobieta wypytywała jej o ojca. Czy to normalne ?

Siedzieliśmy u mnie w gabinecie na trzecim piętrze niepozornego budynku i od prawie godziny bez większego zainteresowania wpatrywali się w siebie.

- Oczywiście - powiedziałem bez przekonania - przecież kiedy matka dziecka czeka na niego w domu jak inna kobieta może podawać się za nią ?

- Rzeczywiście - burknął mój pacjent - nie pomyślałem o tym - ale jeżeli moja żona, a matka dla trojga naszych dzieci, wyjdzie z domu ? Co wtedy ?

Miałem go dość, więc szybko przepisałem mu jakieś pastylki uspokajające i poprosiłem by zgłosił się za miesiąc. Razem z żoną.

Później umyłem ręce, otworzyłem drzwi od drugiego pokoju i zapytałem :

- Słyszałaś wszystko wyraźnie ?

Kobieta, która weszła do pokoju także kiedyś była moją pacjentką, ale odkąd niechcący przespałem się z nią rościła sobie prawo do brania aktywnego udziału w moich terapiach. W przypadku odmowy straszyła mnie powiadomieniem żony, izby lekarskiej, rzecznika zaufania społecznego.

- To ja byłam tą kobietą - powiedziała nagle - albo przynajmniej tak mi się wydaje. W sekundzie stała się blada, ręce opadły jej wzdłuż ciała jak aktorowi który zapomniał roli.

W pierwszej chwili nie zrozumiałem o czym mówi, ale kiedy zaczęła opisywać jak chłopczyk był ubrany i jak wyglądała kawiarnia w której rozmawiali, zrozumiałem co miała na myśli.

Bez chwili zastanowienia pozbierałem jej rzeczy i wyrzuciłem za okno. Pewnie nie był to gest godny lekarza, ale już powyżej uszu miałem jej seksu zawsze kręcącego się wokół jednej tylko pozycji, a jeszcze bardziej jej wtrącania się w moją praktykę lekarską.

- Koło się zamknęło - powiedziałem cicho i zupełnie bez sensu.

- Jakie koło idioto! Moje życie.

Wyszła cicho, prawie tak samo jak się pojawiła. Pozostały po niej nie zamknięte drzwi do drugiego pokoju, oraz setki stron zapisanych niezrozumiałym charakterem pisma.

Kiedy wróciłem do domu żona czekała na mnie z kolacją. Usiadłem przy stole skazaniec z oczekiwaniu na ogłoszenie wyroku.

- Dokąd w tym roku pojedziemy na wakacje ? - zapytała żona jak to kobiety bez większych problemów życiowych i zmartwień mają w zwyczaju.

- Do posępnej kawiarni w której kelnerki rozsypują pudełka z zapałkami. Najpierw sześćdziesiąt cztery, później czterdzieści osiem a na końcu upuszczają zapalniczki.

Popatrzyła na mnie z niedowierzaniem, a ja nagle zdałem sobie sprawę, iż w tej historii nie pojawiła się jeszcze kelnera, która upuszcza zapalniczkę.

- Tobie urlop potrzebny jest od jutra. Nie można tyle pracować - mówiąc to nalewała mi zupy której nienawidziłem. Wiedziała o tym od lat, ale zupełnie się mną nie przejmowała. A już najmniej co lubiłem zjeść.

- Znalazłam tanią wycieczkę w katalogu, możemy wyjechać...

Nie słuchałem co mówiła, zastanawiałem się czy przypadkiem to nie ona była kobietą zaczepiającą małych chłopców i wmawiających im iż jest ich matką. Zapytałem ją o to. Zmieszana wzięła do ręki zapalniczkę, która niemal w tej samej sekundzie wypadła jej z ręki i wolno potoczyła się po podłodze.

 

LX.Pogrzeb trzydziesty. Lewoskrętny, chociaż nic konkretnego to nie oznacz. Gdyż niby jak?

 

Śnieg padał całe przedpołudnie. Z przyległościami. Pewnie niechcący oblepił wszystkie domy w okolicy białym kołnierzem, na parkingach unieruchomił samochody, a z chodników zrobił ślizgawki.

Jak w takich warunkach dostać się na cmentarz ? Na szczęście działały telefony, więc najpierw przesunięto porę rozpoczęcia uroczystości najpierw o godzinę, potem o następną, a kiedy zapadła ciemność zdecydowano się na przełożenie pogrzebu na następny dzień.

Hotel w którym się zatrzymał przypominał najgorsze strony opowieści Marka Twaina, ale przynajmniej z kranu płynęła ciepła woda, a radio, chociaż trzeszczało jak niemowlę, dostarczało chwilę ukojenia bezbarwną muzyką.

Kiedy telefon dał o sobie znać po raz trzydziesty nie podniósł słuchawki. Za chwilę ponownie, więc z trudnością odsunął jakiś zardzewiały mebel i wyłączył aparat z gniazdka. Od razu poczuł się lepiej. Nalał szklankę wody z karafki stojącej na stole, wypił, usiadł na łóżku i kolejny raz zastanowił się, po co do tej dziury przyjechał. Pogrzeb nie był wystarczającym powodem, równie dobrze mógł ojca pochować w stolicy, to znaczy w godzinę pogrzebu znaleźć się w kościele i pomodlić w jego imieniu. Podróż do tej dziury uważał teraz za błąd, a fakt iż musiał spędzić tutaj jeszcze noc i połowę jutrzejszego przedpołudnia uważał za stratę czasu.

Miał o to do siebie pretensje. Zapragnął napić się czegoś mocniejszego, ale przewidując o tej poprze stypę nie stał się posiadaczem jakiejś butelki. Teraz postanowił ten błąd nadrobić. Wcześniej jednak podniósł słuchawkę by zatelefonować do kobiety używającej jego nazwiska i ręczników, i zakomunikować jej o zmianie terminu pogrzebu, ale telefon był głuchy.

Zły odrzucił z niechęcią słuchawkę na widełki zapominając, iż przed chwilą sam wyłączył go z gniazdka. Kobieta podająca się za jego drugą połowę nienawidziła, kiedy telefonował do niej i bełkotał. Prawdę mówiąc nienawidziła prawie wszystkiego co dotyczyło jego, ale od kilku lat trzymała się go jak na pełnym morzu rozbitek szalupy, ponieważ tak po prostu nie miała dokąd odejść. Im bardziej zdawała sobie z tego sprawę, tym bardziej go nienawidziła.

Na szczęście nie miała ochoty z nim pojechać, nie znała teścia a bardzo dobrze pamiętała co powiedział do niej kiedy zatelefonowała z wiadomością iż wychodzi za jego syna za mąż.

- Gdybym miał bywać na każde wezwanie kobiety, którą mój syn zaciągnął do łóżka, prawie całe dorosłe życie spędziłbym w podróży.

A teraz leżał w jakiejś zapomnianej przez Boga, ale nie przez robactwo, chłodni i coś co z niego pozostało czekało aż śnieg przestanie padać.

Jeszcze raz popatrzył na telefon, wyciągnął rękę by go dotknąć ale rozmyślił się, nałożył marynarkę i zszedł tych kilka skrzypiących schodów na dół do hotelowej, pustawej restauracji, ale w której wreszcie mógł się napić. I pomyśleć o macosze której nie widział osiem długich lat. Dokładnie od pogrzebu mamy.]

Kelner który podszedł do stolika miał ze dwa metry wzrostu i nadawał się do wszystkiego, tylko nie do tego zawodu. Na tacy miał kieliszek, wodę mineralną i dwie butelki. Koniak i czysta.

- Od lat rozpoznaję klienta po wyglądzie, dlatego jeszcze nie wyrzucili mnie z pracy. Przyznaję, że na pierwszy rzut oka nie pasuję do tego zawodu.

Szybko nalał mu kieliszek czystej, po chwili drugi. I postawił na stoliku butelkę wody mineralnej.

- Kiedy ona przyjdzie ?

Wysoki kelner zamyślił się, chociaż doskonale znał odpowiedź.

- Zawsze zjawia się kilka minut przed siódmą, więc nie widzę powodu by dzisiaj miało być inaczej. Drobiazg w postaci przełożenia najpierw godziny, a później daty pogrzebu jej męża nie powinien w żaden sposób wpłynąć na jej przyzwyczajenie.

Z rozkoszą przełknął pierwszy od dawna łyk alkoholu. Chociaż nie palił rozejrzał się za papierosami. Kilka stolików od miejsca w którym siedział zauważył widać zapomnianą przez kogoś paczkę, ale nie chciało mu się wstać.

Popatrzył przez okno i zdumiał się. Przecież jeszcze kilka minut temu śnieg wręcz paraliżował życie miasteczka w którym znalazł się wyłącznie dzięki - jeżeli można tak powiedzieć - pogrzebowi ojca, a teraz girlanda świateł zachodzącego radośnie słońca, oraz tony kwitnących jak na zawołanie kwiatów zmieniły świat nie do poznania. Przynajmniej pewną jego część.

Jeszcze raz skinął na kelnera.

- Kilka dni temu - odezwał nie patrząc na niego - znalazłem się kilka kilometrów za miastem, na nie skoszonej łące na której zebrało się kilku mężczyzn zawzięcie kłócącym się. Bardziej z nudów niż z ciekawości podszedłem do nich. Jeden z nich, mężczyzna o sylwetce zdychającego od nadmiaru wrażeń pingwina, wskazał mi mały palik niechlujnie wbity w ziemię i jakby od niechcenia powiedział :

- Dla wierzących ten kawałek drewna jest dowodem na cierpienie za wiarę. Podobno kiedy wyrwie się go z ziemi wypływa krew. Natomiast dla lewicowców to nic innego jak pozostałość po walce o równouprawnienie. Jak mogę doszukiwać się aż tak szczytnych idei w kawałku drewna ? Nie rozumiem. Zaś dla wszystkich innych - kontynuował jak maszynka do liczenia pieniędzy - to tylko, i nic innego, jak kawałek drewna wbity w ziemię. I bądź tutaj człowieku mądrym i pisz wiersze. Przecież to nic innego jak obrazek naszego kraju w piguł-

- ce. Kawałek brudnego patyka i od razu takie kłótnie. Jak w takich warunkach budować zgodę narodową ? Nie ma na nią najmniejszych szans.

Skinął na kelnera i ten natychmiast napełnił kieliszek.

- Wróciłem na to przeklęte ściernisko wieczorem, wyrwałem z ziemi kawałek drewna, naturalnie nie wypłynęła spod niego żadna krew i przyjrzałem mu się. Był dość niechlujne zastruganym, pewnie przez dziecko, kawałkiem...

Nie dokończył ponieważ do pustawej sali restauracyjnej weszła elegancka, młoda kobieta w letniej sukience, rozglądnęła się jakby szukając znajomych, i powoli, prowokującym krokiem pseudo modelki podeszła do jego stolika, odsunęła krzesło, usiadła, popatrzyła na kelnera nic nie wyrażającym wzrokiem a ten natychmiast pobiegł na zaplecze i po chwili butelka szampana pojawiła się na stoliku.

- Dlaczego założyłaś letnią sukienkę ? Jest przecież środek zimy.

Kobieta uśmiechnęła się, ale jakby z wymuszonym wysiłkiem.

- Mówisz jak twój ojciec. Zawsze mnie krytykował, nawet kiedy...

- Nie interesuje mnie wasze życie intymne. Dość mam swojego, nudnego kawałka nie zaoranego ugoru.

- Aż tak źle ? - kobieta dotknęła jego ręki. Poczuł ukłucie jakby niezręczna pielęgniarka złamała igłę robiąc zupełnie niepotrzebny zastrzyk.

Nie wiedząc co odpowiedzieć popatrzył za okno. Znikło radośnie zachodzące słońce jak i tony kwitnących kwiatów, wróciła zima.

- Jak umarł ? - w chwili, kiedy wypowiadał to pytanie już tego żałowała. Ale zostało zadane i zaczęło żyć własnym życiem.

Popatrzyła jak na przedmiot, którym pewnie w jej oczach był.

- Normalnie, cokolwiek to znaczy. Przyszedł ze swojego ukochanego burdelu gdzie od lata podglądał pieprzące się pary, napił się kawy, położył do łóżka i już więcej nie wstał. Nawet do toalety. Nic bardziej banalnego nie mogło się przytrafić, chociaż - zawahała się - mógł przecież przyjść do mojego pokoju, kazać mi się rozebrać i - jak to miał w zwyczaju - namawiać mnie bym przytyła. Nie lubił kościotrupów, którym jego zdaniem jestem.

- Nic przez te osiem lat nie przytyłaś ?

- Ani grama.

- Zadziwiające.

Przez dłuższą chwilę siedzieli w milczeniu, każde pogrążone we własnych myślach. On zastanawiał się, czy jak to bywało w przeszłość z jej ust padnie propozycja, by udali się do jego pokoju, ona zaś zastanawiała się dlaczego wyszła za jego ojca, przecież równie dobrze mogła ze tego dupka siedzącego naprzeciwko niej. To same nazwisko, podobne problemy.

- Mam problemy z ciśnieniem - powiedziała nagle zupełnie bez sensu.

- Byłaś u lekarza ?

- A po co ?

Do restauracji wbiegło dwoje dzieci ciągnąc za sobą napis : nie ma przebaczenia , trochę pokręcili się po sali aż w końcu znikli w hallu.

- Idziemy do ciebie ?

Chociaż przygotowany był na to pytanie zaskoczyło go. Zapragnął papierosa więc wstał, podszedł do stolika na którym kilka minut temu zauważył zapomnianą paczkę i wziął ją do ręki. Była pusta.

- Mogłeś poprosić mnie, wiesz przecież iż czasami podpalam.

Nie wiadomo dlaczego zdenerwował się.

- Nie chcę niczego od ciebie, nawet seksu. Jest tak prymitywny...

Nagle przerwał ponieważ zdał sobie sprawę z bezsensu tego wszystkiego. Kilka godzin temu miano pochować jego ojca, jaki by nie był, a on prowadzi idiotyczne rozmowy z nie mniej pozbawioną rozumu kobietą, której jedyną zaletą było ciało, uroda i przemożna chęć bycia kimś w życiu.

- Nie jest to dla ciebie najlepszy dzień. Napij się - podsunęła mu kieliszek.

Kiedy się obudził poczuł pragnienie nie dające się porównać z niczym. Próbując wstać dotknął czyjegoś ciała. Nie musiał świecić światła by wiedzieć kto leżał obok niego.

Jakoś doczłapał do łazienki, napił się obrzydliwej, letniej wody i spostrzegł iż na półce nad wanną leży paczka papierosów. Wyjął jednego, chwilę się zastanawiał, ale w końcu zapalił. Błogie uczucie ulgi już po chwili spływało we wszystkie zakamarki ciało.

- Naprawdę chcesz ze mną zamieszkać ?

Stała w drzwiach i z uśmiechem przyglądała się jak pali.

- Tak powiedziałem ?

- Nie tylko mnie. W środku nocy zatelefonowałeś do żony i opowiedziałeś jej jak przez kilka letnich miesięcy przed śmiercią mamy, a później przed ślubem ojca sypiałeś ze mną.

- Przecież wychodzą z pokoju wyłączyłem telefon z kontaktu - przypomniał sobie jak przez mgłę trudność z jaką przesuwał szafkę za którą znajdowało się gniazdko.

- Jakoś wybrnęliśmy i z tego problemu.

Podeszła do niego i pocałowała w policzek. Poczuł zapach śmierci. Pewnie - pomyślał - ojciec czuł to samo.

- Do którego burdelu chodził ? - zapytał nagle, jakby już zamieszkał w tej dziurze na stałe i odwiedziny w tym przypadku miały stać się jego jedyną rozrywką.

- W tej dziurze jest tylko jeden, ale zapomnij o nim. Dziurkę w ścianie możesz przewiercić w pokoju przylegającym do mojej sypialni i godzinami patrzeć na mnie. Nie mam nic przeciwko temu.

Tym razem uroczystości pogrzebowe przebiegły spokojnie. Nie padał śnieg, nikt zbyt głośno nie wyrażał żalu po zmarłym. Stał obok macochy ( młodszej nawet od niego ), trzymał ją za rękę i zastanawia się, czy to nie sen.

Pogrzeb może nim był, ale kiedy znowu znalazł się w pokoju hotelowym nie uwierzył własnym oczom. Cały zapchany był jego rzeczami. A na stole leżał rachunek za ich transport.

Kiedy wieczorem zszedł do restauracji już na niego czekała. Jak przypuszczał miała na sobie, jak zwykle, letnią sukienkę.

- Wysprzątałam twój pokój, możesz wprowadzić się kiedy zechcesz.

- A kwarantanna ?

- Co masz na myśli ? - zdziwiła się - przecież ojciec nie zmarł na jakąś chorobę zakaźną, tylko zwyczajnie nie chciało mu się już dalej żyć. Był znudzony dokładnie wszystkim, nawet odwiedziny w burdelu i podglądanie kochających się par traktował jako swego rodzaju dopust boży, ale czymś przecież czasami musiał się zajmować.

- Skończę podobnie ?

Odwróciła od niego głowę i popatrzyła przez okno. Znowu nagle nastało lato i tony kwiatów przelewały się przez czas.

LXI. Pogrzeb trzydziesty. Lewoskrętny, chociaż nic konkretnego to nie oznacz. Gdyż niby jak?

 

Śnieg padał całe przedpołudnie. Z przyległościami. Pewnie niechcący oblepił wszystkie domy w okolicy białym kołnierzem, na parkingach unieruchomił samochody, a z chodników zrobił ślizgawki.

Jak w takich warunkach dostać się na cmentarz ? Na szczęście działały telefony, więc najpierw przesunięto porę rozpoczęcia uroczystości najpierw o godzinę, potem o następną, a kiedy zapadła ciemność zdecydowano się na przełożenie pogrzebu na następny dzień.

Hotel w którym się zatrzymał przypominał najgorsze strony opowieści Marka Twaina, ale przynajmniej z kranu płynęła ciepła woda, a radio, chociaż trzeszczało jak niemowlę, dostarczało chwilę ukojenia bezbarwną muzyką.

Kiedy telefon dał o sobie znać po raz trzydziesty nie podniósł słuchawki. Za chwilę ponownie, więc z trudnością odsunął jakiś zardzewiały mebel i wyłączył aparat z gniazdka. Od razu poczuł się lepiej. Nalał szklankę wody z karafki stojącej na stole, wypił, usiadł na łóżku i kolejny raz zastanowił się, po co do tej dziury przyjechał. Pogrzeb nie był wystarczającym powodem, równie dobrze mógł ojca pochować w stolicy, to znaczy w godzinę pogrzebu znaleźć się w kościele i pomodlić w jego imieniu. Podróż do tej dziury uważał teraz za błąd, a fakt iż musiał spędzić tutaj jeszcze noc i połowę jutrzejszego przedpołudnia uważał za stratę czasu.

Miał o to do siebie pretensje. Zapragnął napić się czegoś mocniejszego, ale przewidując o tej poprze stypę nie stał się posiadaczem jakiejś butelki. Teraz postanowił ten błąd nadrobić. Wcześniej jednak podniósł słuchawkę by zatelefonować do kobiety używającej jego nazwiska i ręczników, i zakomunikować jej o zmianie terminu pogrzebu, ale telefon był głuchy.

Zły odrzucił z niechęcią słuchawkę na widełki zapominając, iż przed chwilą sam wyłączył go z gniazdka. Kobieta podająca się za jego drugą połowę nienawidziła, kiedy telefonował do niej i bełkotał. Prawdę mówiąc nienawidziła prawie wszystkiego co dotyczyło jego, ale od kilku lat trzymała się go jak na pełnym morzu rozbitek szalupy, ponieważ tak po prostu nie miała dokąd odejść. Im bardziej zdawała sobie z tego sprawę, tym bardziej go nienawidziła.

Na szczęście nie miała ochoty z nim pojechać, nie znała teścia a bardzo dobrze pamiętała co powiedział do niej kiedy zatelefonowała z wiadomością iż wychodzi za jego syna za mąż.

- Gdybym miał bywać na każde wezwanie kobiety, którą mój syn zaciągnął do łóżka, prawie całe dorosłe życie spędziłbym w podróży.

A teraz leżał w jakiejś zapomnianej przez Boga, ale nie przez robactwo, chłodni i coś co z niego pozostało czekało aż śnieg przestanie padać.

Jeszcze raz popatrzył na telefon, wyciągnął rękę by go dotknąć ale rozmyślił się, nałożył marynarkę i zszedł tych kilka skrzypiących schodów na dół do hotelowej, pustawej restauracji, ale w której wreszcie mógł się napić. I pomyśleć o macosze której nie widział osiem długich lat. Dokładnie od pogrzebu mamy.]

Kelner który podszedł do stolika miał ze dwa metry wzrostu i nadawał się do wszystkiego, tylko nie do tego zawodu. Na tacy miał kieliszek, wodę mineralną i dwie butelki. Koniak i czysta.

- Od lat rozpoznaję klienta po wyglądzie, dlatego jeszcze nie wyrzucili mnie z pracy. Przyznaję, że na pierwszy rzut oka nie pasuję do tego zawodu.

Szybko nalał mu kieliszek czystej, po chwili drugi. I postawił na stoliku butelkę wody mineralnej.

- Kiedy ona przyjdzie ?

Wysoki kelner zamyślił się, chociaż doskonale znał odpowiedź.

- Zawsze zjawia się kilka minut przed siódmą, więc nie widzę powodu by dzisiaj miało być inaczej. Drobiazg w postaci przełożenia najpierw godziny, a później daty pogrzebu jej męża nie powinien w żaden sposób wpłynąć na jej przyzwyczajenie.

Z rozkoszą przełknął pierwszy od dawna łyk alkoholu. Chociaż nie palił rozejrzał się za papierosami. Kilka stolików od miejsca w którym siedział zauważył widać zapomnianą przez kogoś paczkę, ale nie chciało mu się wstać.

Popatrzył przez okno i zdumiał się. Przecież jeszcze kilka minut temu śnieg wręcz paraliżował życie miasteczka w którym znalazł się wyłącznie dzięki - jeżeli można tak powiedzieć - pogrzebowi ojca, a teraz girlanda świateł zachodzącego radośnie słońca, oraz tony kwitnących jak na zawołanie kwiatów zmieniły świat nie do poznania. Przynajmniej pewną jego część.

Jeszcze raz skinął na kelnera.

- Kilka dni temu - odezwał nie patrząc na niego - znalazłem się kilka kilometrów za miastem, na nie skoszonej łące na której zebrało się kilku mężczyzn zawzięcie kłócącym się. Bardziej z nudów niż z ciekawości podszedłem do nich. Jeden z nich, mężczyzna o sylwetce zdychającego od nadmiaru wrażeń pingwina, wskazał mi mały palik niechlujnie wbity w ziemię i jakby od niechcenia powiedział :

- Dla wierzących ten kawałek drewna jest dowodem na cierpienie za wiarę. Podobno kiedy wyrwie się go z ziemi wypływa krew. Natomiast dla lewicowców to nic innego jak pozostałość po walce o równouprawnienie. Jak mogę doszukiwać się aż tak szczytnych idei w kawałku drewna ? Nie rozumiem. Zaś dla wszystkich innych - kontynuował jak maszynka do liczenia pieniędzy - to tylko, i nic innego, jak kawałek drewna wbity w ziemię. I bądź tutaj człowieku mądrym i pisz wiersze. Przecież to nic innego jak obrazek naszego kraju w pigułce. Kawałek brudnego patyka i od razu takie kłótnie. Jak w takich warunkach budować zgodę narodową ? Nie ma na nią najmniejszych szans.

Skinął na kelnera i ten natychmiast napełnił kieliszek.

- Wróciłem na to przeklęte ściernisko wieczorem, wyrwałem z ziemi kawałek drewna, naturalnie nie wypłynęła spod niego żadna krew i przyjrzałem mu się. Był dość niechlujne zastruganym, pewnie przez dziecko, kawałkiem...

Nie dokończył ponieważ do pustawej sali restauracyjnej weszła elegancka, młoda kobieta w letniej sukience, rozglądnęła się jakby szukając znajomych, i powoli, prowokującym krokiem pseudo modelki podeszła do jego stolika, odsunęła krzesło, usiadła, popatrzyła na kelnera nic nie wyrażającym wzrokiem a ten natychmiast pobiegł na zaplecze i po chwili butelka szampana pojawiła się na stoliku.

- Dlaczego założyłaś letnią sukienkę ? Jest przecież środek zimy.

Kobieta uśmiechnęła się, ale jakby z wymuszonym wysiłkiem.

- Mówisz jak twój ojciec. Zawsze mnie krytykował, nawet kiedy...

- Nie interesuje mnie wasze życie intymne. Dość mam swojego, nudnego kawałka nie zaoranego ugoru.

- Aż tak źle ? - kobieta dotknęła jego ręki. Poczuł ukłucie jakby niezręczna pielęgniarka złamała igłę robiąc zupełnie niepotrzebny zastrzyk.

Nie wiedząc co odpowiedzieć popatrzył za okno. Znikło radośnie zachodzące słońce jak i tony kwitnących kwiatów, wróciła zima.

- Jak umarł ? - w chwili, kiedy wypowiadał to pytanie już tego żałowała. Ale zostało zadane i zaczęło żyć własnym życiem.

Popatrzyła jak na przedmiot, którym pewnie w jej oczach był.

- Normalnie, cokolwiek to znaczy. Przyszedł ze swojego ukochanego burdelu gdzie od lata podglądał pieprzące się pary, napił się kawy, położył do łóżka i już więcej nie wstał. Nawet do toalety. Nic bardziej banalnego nie mogło się przytrafić, chociaż - zawahała się - mógł przecież przyjść do mojego pokoju, kazać mi się rozebrać i - jak to miał w zwyczaju - namawiać mnie bym przytyła. Nie lubił kościotrupów, którym jego zdaniem jestem.

- Nic przez te osiem lat nie przytyłaś ?

- Ani grama.

- Zadziwiające.

Przez dłuższą chwilę siedzieli w milczeniu, każde pogrążone we własnych myślach. On zastanawiał się, czy jak to bywało w przeszłość z jej ust padnie propozycja, by udali się do jego pokoju, ona zaś zastanawiała się dlaczego wyszła za jego ojca, przecież równie dobrze mogła ze tego dupka siedzącego naprzeciwko niej. To same nazwisko, podobne problemy.

- Mam problemy z ciśnieniem - powiedziała nagle zupełnie bez sensu.

- Byłaś u lekarza ?

- A po co ?

Do restauracji wbiegło dwoje dzieci ciągnąc za sobą napis : nie ma przebaczenia , trochę pokręcili się po sali aż w końcu znikli w hallu.

- Idziemy do ciebie ?

Chociaż przygotowany był na to pytanie zaskoczyło go. Zapragnął papierosa więc wstał, podszedł do stolika na którym kilka minut temu zauważył zapomnianą paczkę i wziął ją do ręki. Była pusta.

- Mogłeś poprosić mnie, wiesz przecież iż czasami podpalam.

Nie wiadomo dlaczego zdenerwował się.

- Nie chcę niczego od ciebie, nawet seksu. Jest tak prymitywny...

Nagle przerwał ponieważ zdał sobie sprawę z bezsensu tego wszystkiego. Kilka godzin temu miano pochować jego ojca, jaki by nie był, a on prowadzi idiotyczne rozmowy z nie mniej pozbawioną rozumu kobietą, której jedyną zaletą było ciało, uroda i przemożna chęć bycia kimś w życiu.

- Nie jest to dla ciebie najlepszy dzień. Napij się - podsunęła mu kieliszek.

Kiedy się obudził poczuł pragnienie nie dające się porównać z niczym. Próbując wstać dotknął czyjegoś ciała. Nie musiał świecić światła by wiedzieć kto leżał obok niego.

Jakoś doczłapał do łazienki, napił się obrzydliwej, letniej wody i spostrzegł iż na półce nad wanną leży paczka papierosów. Wyjął jednego, chwilę się zastanawiał, ale w końcu zapalił. Błogie uczucie ulgi już po chwili spływało we wszystkie zakamarki ciało.

- Naprawdę chcesz ze mną zamieszkać ?

Stała w drzwiach i z uśmiechem przyglądała się jak pali.

- Tak powiedziałem ?

- Nie tylko mnie. W środku nocy zatelefonowałeś do żony i opowiedziałeś jej jak przez kilka letnich miesięcy przed śmiercią mamy, a później przed ślubem ojca sypiałeś ze mną.

- Przecież wychodzą z pokoju wyłączyłem telefon z kontaktu - przypomniał sobie jak przez mgłę trudność z jaką przesuwał szafkę za którą znajdowało się gniazdko.

- Jakoś wybrnęliśmy i z tego problemu.

Podeszła do niego i pocałowała w policzek. Poczuł zapach śmierci. Pewnie - pomyślał - ojciec czuł to samo.

- Do którego burdelu chodził ? - zapytał nagle, jakby już zamieszkał w tej dziurze na stałe i odwiedziny w tym przypadku miały stać się jego jedyną rozrywką.

- W tej dziurze jest tylko jeden, ale zapomnij o nim. Dziurkę w ścianie możesz przewiercić w pokoju przylegającym do mojej sypialni i godzinami patrzeć na mnie. Nie mam nic przeciwko temu.

Tym razem uroczystości pogrzebowe przebiegły spokojnie. Nie padał śnieg, nikt zbyt głośno nie wyrażał żalu po zmarłym. Stał obok macochy ( młodszej nawet od niego ), trzymał ją za rękę i zastanawia się, czy to nie sen.

Pogrzeb może nim był, ale kiedy znowu znalazł się w pokoju hotelowym nie uwierzył własnym oczom. Cały zapchany był jego rzeczami. A na stole leżał rachunek za ich transport.

Kiedy wieczorem zszedł do restauracji już na niego czekała. Jak przypuszczał miała na sobie, jak zwykle, letnią sukienkę.

- Wysprzątałam twój pokój, możesz wprowadzić się kiedy zechcesz.

- A kwarantanna ?

- Co masz na myśli ? - zdziwiła się - przecież ojciec nie zmarł na jakąś chorobę zakaźną, tylko zwyczajnie nie chciało mu się już dalej żyć. Był znudzony dokładnie wszystkim, nawet odwiedziny w burdelu i podglądanie kochających się par traktował jako swego rodzaju dopust boży, ale czymś przecież czasami musiał się zajmować.

- Skończę podobnie ?

Odwróciła od niego głowę i popatrzyła przez okno. Znowu nagle nastało lato i tony kwiatów przelewały się przez czas.

 

LXII.

 

W dalszym ciągu nie rozumiała, dlaczego nie weszła do muzeum. Przecież nic ją to nie miało kosztować. A zawsze mogła kogoś poznać. Nie znała w tym mieście nikogo, a mieszkała już tutaj ponad trzy miesiące.

Pierwszy miesiąc przesiedziała w wynajętym pokoju godzinami patrząc przez okno, czasami tylko wychodząc coś zjeść, lub kupić jakieś picie.

Uciekła od męża ponieważ nie dawał jej żadnego poczucia bezpieczeństwa, wprost przeciwnie, czuła się jakby to ona miała dbać o jego dobre samopoczucie, rozrywkę, sen.

Pieniądze które miała na koncie o dziwo nie kończyły się, przeciwnie, raz na dwa tygodnie suma pozwalająca na spokojną egzystencję pojawiła się w rubryce ma jak za dotknięciem czarodziejskiej różki. Przypuszczała że to facet który w czasie stosunku z nią wykrzykiwał imię własnej matki próbuje w ten sposób zmusić ją do powrotu, ale nie reagowała.

Siedziała przy oknie, bezmyślnie przyglądała się przeważnie pustej ulicy, spała. A teraz nie weszła do muzeum.

Było prawie południe, jakieś uzbrojone po zęby dzieciaki bawiły się w Indian, zepsuty samochód nie dał się w żaden sposób naprawić.

Oparła się o mur i zapaliła papierosa. Smakował żywicą, ale nie poddawała się. Paliła i nie wiedziała co ma dalej z sobą począć.

115.

- Pani jest bardzo piękna - słysząc tych kilka słów skierowanych w jej kierunku zdumiała się z dwóch powodów. Po pierwsze od ponad miesiąca nikt się do niej nie zwracał, po drugie zapomniała co to komplement.

By przedłużyć tę chwilę, a może zostać w niej na zawsze, odwracała się w kierunku mówiącego wieki. Nie przypuszczała, że może wypowiedzieć je ktoś tak młody.

- Ile masz lat ?

- Wystarczająco - odpowiedział chłopiec ubrany jak na majówkę.

- Wystarczająco na co ?

Zaczepność w jej głosie nie zniechęciła go. Wprost przeciwnie.

- Podobno mam bardzo sympatycznego członka - powiedział patrząc jej prosto w oczy i nawet się nie rumieniąc - tak przynajmniej twierdzą dziewczyny w szkole, gdy podczas przerw oglądamy się w toalecie.

- Męskiej czy damskiej ?

W pierwszej chwili nie zrozumiał o co pytała. Zaskoczył dopiero po chwili.

- U nas nawet toalety są koedukacyjne. Nauczyciele także.

Zgasiła papierosa o mur, odwróciła się i przeszła kilka kroków, kiedy dopadło ją pytanie :

- Więc naprawdę nie chce pani się ze mną przespać ?

Odwróciła się, dała chłopcu kilka groszy i powiedziała :

- Jeszcze nie czas bawić się w dzięcioła.

Zdumienie pojawiło się na jego jakże jeszcze dziecinnej twarzy.

- Nie wiem co to znaczy.

- Zapytaj koleżanek w toalecie. Może będą wiedziały.

Kawiarnia do której weszła już kilka razy pojawiała się w jej snach. Zdała sobie z tego sprawę dopiero po kilku minutach. W tym czasie zdążyła już wypić kawę i wypalić ze dwa papierosy.

- Śni mi się to miejsce, dość często - powiedziała do stojącego za barem właściciela.

- A mnie pani - odpowiedział szybko rwanym głosem spoglądając nerwowo za siebie, czy przypadkiem kobieta podająca się za jego żonę nie słyszy.

- Czy w takim razie zapłacę mniej za kawę ? - zażartowała.

- Bynajmniej - wyraźnie się przestraszył - niestety to tu - wskazał palcem - to interes rodzinny, a sny nie mając z nim nic wspólnego.

- Czyżby ?

- A jak to sobie pani wyobraża ? Ja śnię a cierpi na tym współwłaścicielka ?

Położyła na ladzie monetę i znowu znalazła się na ulicy. Dzieci przebrane za Indian znikły, ale na ich miejsce pojawili się marynarze.

Nie wiedziała co ma z sobą począć. Perspektywa powrotu do mężczyzny wykrzykującego w szczytowych momentach imię własnej matki nie nęciła jej. Jednakże perspektywa następnych miesięcy spędzonych w oknie na bezmyślnym gapieniu się na ulicę także nie nastrajała optymistycznie.

- Chyba za chwilę zwariuję - powiedziała do siebie, ale jak to kobieta trochę przesadziła. Nie namyślając się weszła do najbliższego sklepu i kupiła skórzane rękawiczki, zupełnie nie przydane jak na tę porę roku. Później dokonała jeszcze kilka podobnych zakupów.

Kiedy w końcu znalazła się w pokoju, który wynajęła na trzy miesiące płacąc za wszystko z góry na stole znalazła list. Nie był adresowany do niej, ale mimo wszystko otworzyła go. Jakiś facet proponował spotkanie, uciechy, sielskie życie. Wyrzuciła list do kosza, ale po chwili spojrzała na zegarek. Do spotkania pozostało dwadzieścia minut.

Rzeczywiście, facet czekał na czwartej ławce licząc od wejścia do parku. Przez kilka sekund chciała odwrócić się i odejść, ale zauważywszy ją wstał i podbiegł.

- Nareszcie - powiedział biorąc jej rękę w swoją - a już straciłem nadzieję.

- Nie jestem tą, o której pan myśli - zdenerwowana nie wyrażała się zbyt logicznie.

- Zawsze tak się mówi, nawet w kilka lat po ślubie.

W myślach przyznała mu rację i ociągając się dała się jednak zaprowadzić na ławkę na której na nią ( ? ) czekał. Po chwili sytuacja zaczęła się jej nawet podobać, wciągać, fascynować.

- Dlaczego tak długo nie odpowiadałaś na moje listy ? Przecież wiedziałaś, że wróciłem do miasta ?

Coś tam skłamała, zapaliła papierosa i stwierdziła, że przecież nawet własnego męża nie zna lepiej niż tego człowieka. Nie patrzył na nią cały pochłonięty obserwowaniem mężczyzny nie potrafiącego utrzymać się na rowerze.

- Co za niezdara - odezwał się nagle, bardziej chyba do swoich myśli niż do siebie - o podobnym pisałem ci w jednym z poprzednich listów. Dalej pracujesz w klinice ?

Nagle miała dość tej mistyfikacji, ale nie chciała urazić bogu ducha winnego mężczyznę, który pewnie przykładał jakąś wagę do tego spotkania.

- Tak, ale w przyszłym tygodniu kończę.

- To świetnie, w końcu wyjedziemy na wycieczkę. Pamiętasz dokąd ?

O dziwo pamiętała. I wymieniła nazwę dość popularnej, nadmorskiej dziury z dwoma deptakami, rożnem kręcącym się tylko w jedną stronę oraz stateczkami wypływającymi tylko w kierunku z którego żaden nie wraca.

- Masz jeszcze tę sukienkę ?

Miała, miała wszystko. I powiedziała to na głos.

- Nie musisz tak krzyczeć. Rozumiem, że możesz być podniecona, ale panuj nad sobą. Tak przecież się umawialiśmy.

Przeprosiła, zapaliła papierosa.

- Znowu palisz ? - popatrzył na nią z powątpiewaniem - i pewnie czasami odkorkowujesz butelkę czerwonego wina ?

Miała go dość, jak co rano samej siebie.

- Oczywiście, staję także na parapecie i ...

Poderwał się z ławki, zamachał rękami i przez kilka chwil nie mógł złapać powietrza.

- Wszystko, tylko nie to - krzyknął na tyle głośno iż mężczyzna który w pobliżu uczył się jeździć na rowerze znowu z niego spadł.

- Cóż, człowiek bywa istotą ułomną i...

Wpadł jej w słowo, ale tym razem brzmiało to groźnie. Na tyle, że się przestraszyła.

- Człowiek bywa, ale TY jesteś !

Nie pozostawało jej nic innego jak się przyznać. Przed nieznanym mężczyzną że składa się z samych wad i niedociągnięć.

Trochę go to uspokoiło, na tyle że poprosił ją by się z ławki nie ruszała a on pobiegnie do sklepu i kupi butelkę piwa. Muszą przecież oblać wiadomość że już za kilka dni wyjeżdżają nad morze.

Kiedy zniknął za po bliskim nie pielęgnowanymi od stuleci krzakami skorzystała z okazji i uciekła. Oprzytomniała dopiero w pokoju, który od miesiąca był jej schronieniem. Zamyśliła się, sięgnęła do kosza i wydobyła list nie do niej adresowany. Jednak charakter pisma nie był jej obcy. Zdziwiło ją to na tyle że postanowiła natychmiast zatelefonować do domu.

Pierwszy automat był zepsuty, drugi także. W końcu wykręciła tych kilka jakże znajomych cyfr i jakże się zdziwiła, kiedy po drugiej stronie usłyszała swój głos mówiący : słucham?

Ze wstrętem odrzuciła słuchawkę, która zwisała teraz jak stryczek z którego o dziwo nikt nie chce skorzystać.

- Jak to możliwe ? - zastanowiła się - przecież znajduję się tutaj, jak więc mogłam odebrać telefon po tamtej stronie ?

Nie znała odpowiedzi, nie wiedziała jak ma się zachować, co robić, czego się trzymać. Podeszła do bawiącego się w pobliżu chłopca w granatowej, całej umazanej szpinakiem marynarce i zapytała go, czy wygląda na nienormalną.

- Według mego ojca, dentysty, wszyscy jesteś nienormalni. Gdybyśmy byli inni mylibyśmy zęby co sześć minut.

Uśmiechnęła się, on także.

- Na szczęście moja matka jest konceptualistką, więc jakoś wiążemy koniec z końce, ale strasznie trudno jest żyć pod jednym dachem z perfekcjonistom. Adie - powiedział nagle i zniknął.

Zdziwiona uszczypała się czy przypadkiem nie zwariowała, ale siniak który pojawił się na jej ramieniu przekonał ją, że pewnie jeszcze nie.

Rano obudziła się zmęczona, nie chciała przyjąć lekarstwa i zdenerwowana pielęgniarka zawołała na pomoc lekarza. Bardzo był podobny do mężczyzny z parku, który pobiegł po butelkę piwa a z którym miała pojechać nad morze.

- Jak się spało ? - zapytał zupełnie bez sensu i podobną otrzymał odpowiedź.

- Bardzo samotnie.

Usiadł na brzegu jej nie pościelonego łóżka i wziął ją za rękę.

- Może czas zacząć z powrotem sypiać z mężem ?

Na samą myśl o nieznanym jej mężczyźnie, który dotyka jej ciała przeszły ją dreszcze.

- Jeżeli mam prawo wyboru, to jeszcze nie teraz.

- Jak pani sobie życzy - pełen udawanej galanterii lekarz przepisał jej jakieś nowe lekarstwa, które pielęgniarka natychmiast zaaplikowała, i odszedł do następnego nieszczęśnika, któremu strony świata mieszały się z kątem prostym.

Miała pozostać sama do popołudnia i postanowiła ten czas wykorzystać na spacer po mieście. Wstała, ochlapała się wodą, zjadła śniadanie które ktoś widać nierozsądny postawił przed jej drzwiami, ubrała i wyszła na zalaną słońcem ulicę. W najbliższym banku skontrolowała stan swego konta, a że akurat była środa jej aktywa powiększyły się o kilkaset złotych. Jak co dwa tygodnie.

Urzędniczka w banku nie wyglądała na zadowoloną, więc zapytała ją co ją gryzie.

- Przypuszcza pani że należy do przyjemności wmawianie chorym iż ich stan konta za każdym razem kiedy o to pytają ulega powiększeniu ? Nawet, kiedy za tego rodzaju informacje płacą mam poczucie oszukiwania niewinnych ludzi ?

- Ale mnie pani nie oszukała ?

- Naturalnie że nie, tylko żartowałam. Praca w banku jest przecież tak monotonna, więc czasami zabawiam się opowiadając klientom niestworzone historie.

Podziękowała jej najuprzejmiej jak potrafiła, schowała wszystkie potrzebne w banku dokumenty do torebki i postanowiła odszukać kawiarnię, która co jakiś czas śniła się jej. Ale tym razem nie natrafiła na nią. Zawiedziona już chciała wrócić do domu, kiedy jej wzrok zatrzymał się na kobiecie nie mogącej sobie poradzić z wielką lalką, która tłukła ją po bezwstydnie, przy wszystkich przechodniach, po głowie.

Podbiegła i po chwili jakoś uporały się z przeznaczeniem. W kilka minut później siedziały razem nad pustymi kieliszkami w barze którego okna były szczelnie zasłonięte, obsługujący bez twarzy a przyszłość która się przed nimi rysowała sprowadzała się do kilku niewypowiedzianych jeszcze słów.

- Czym się zajmujesz ?

- Rozmyślam o pogrzebach na których nie byłem.

- O czym ?

Nie zdążyła opowiedzieć co miała na myśli, ponieważ pojawiło się czterech sanitariuszy i już po chwili znowu znajdowały się w swoich salach, tym razem przywiązane do łóżka a cały świat, który jakby pozostał poza nimi, był niezrozumiałym wybrykiem przypadkowych zdarzeń.

 

LXIII. Pogrzeb trzydziesty pierwszy. I nic poza to.

 

W autobusie, który wiózł ich w kierunku cmentarza pachniało lawendą, i wielu z podróżujących zastanawiało się kto z nich wpadł na pomysł w tak właśnie chwili wysmarowania sobie włosów podobnym świństwem.

Rodzina chowanego zajmowała kilka siedzeń z przodu i zaprzątała sobie myśli zupełnie innym problemem. Kto mianowicie zapłaci za pogrzeb ze wszystkimi przyległościami, kiedy na kilka minut przed pochówkiem z towarzystwa ubezpieczeniowego przyszła wiadomość, iż denatka na kilka dni przed śmiercią wycofała wszystkie pieniądze, tak że teraz rodzina pozostała na lodzie.

Najmniej przejmował się wdowiec, starszy mężczyzna złożony przez wiek jak scyzoryk, który od lat przebywał w innym świecie, a teraz był przekonany iż w końcu wiozą go na wytęsknione wakacje, dlaczego tylko aż w tak licznym towarzystwie ? Czy stać ich na fundowanie takiej dużej zgrai nieznajomych dwutygodniowego pobytu nad morzem ? Bez przerwy pytał o to siedzącego obok młodego człowieka, ubranego na czarno, któremu co chwilę z lewego oka kapała łza.

- Niech pan nie płacze - pocieszał go - jakoś poradzimy sobie z zapłatą za turnus i na pewno za dwa tygodnie wrócimy do domu. Gwarantuję ci to.

Syn spoglądał wtedy na ojca z niedowierzaniem, sięgał po butelkę schowaną na piersiach, ale w ostatniej chwili się powstrzymywał. Aż do tego momentu. Poprosił wtedy kierowcę by się zatrzymał. Na okrzyki rodziny że przecież spóźnią się na cmentarz odpowiedział :

- Matce już przecież wszystko jedno, a chcecie bym zabrudził spodnie pożyczone w wypożyczalni ubiorów ślubnych ?

Stał teraz za jakimś kawałkiem deski, popijał i żałował że nie zabrał ze sobą drugiej piersiówki.

- Człowiek niczego nie może być pewien, kiedy kupowałem tę butelczynę byłem pewien że wystarczy, podobnie ma się sprawa z Ireną. W noc poślubną byłem przekonany że nie ma liczby na świecie wyrażającej ile razy będę ją posuwał, a nie minęły nie całe dwa lata jak zupełnie w jej kierunku mi nie staje. Wybacz mamo! - popatrzył w kierunku zamglonego nieba, jakby tam miał się znajdować urząd kontrolujący jego myśli i uczynki.

Upił ostatni łyk, wysikał się, pomyślał o rozebranej żonie, westchnął i z niechęcią wrócił do autokaru. Zapach lawendy nie zniknął.

Jechali jeszcze z godzinę, ponieważ zmarła jako kobieta nie ochrzczona nie mogła zostać pochowana na cmentarzu znajdującym się w miejscowości w której mieszkali. Znaczy spokojnie mogła, ale uparli się i nie zapłacili księdzu żądanej przez niego kwoty. Co prawda dwa razy tyle kosztowało wynajęcie autobusu, ale uparli się. Nie byli przesadnie religijni, to prawda, ale bezczelne żądanie księdza wyprowadziło ich z równowagi.

Teraz tłukli się poboczami życia, by inne życie znalazło swój koniec.

- Obrzydliwość - powiedział ktoś nagle półgłosem. Nie wiadomo tylko do czego te słowa się odnosiły, zapachu lawendy czy przedłużającej się podróży ?

W końcu jednak dojechali. Zapuszczony jak przeznaczenie cmentarz znajdował się pod lasem, ledwie widoczny z miejsca gdzie zatrzymał się autobus.

- Nie może pan podjechać bliżej ? - zapytano zniecierpliwionego kierowcę.

- Naturalnie że mogę, ale wtedy razem z szanowną mamusią pochowamy i tego grata.

Brnęli więc pieszo przez nie dające opisać się błoto, gubili obuwie, kwiaty, resztki godności i człowieczeństwa.

Najbardziej jednak zaskoczyło ich - kiedy w końcu dotarli na sympatyczny cmentarzyk - że trumna spokojnie i majestatycznie spoczywała na kilku palikach jakby unoszących się w powietrzu.

- Kto ją tutaj zdołał dotaszczyć ? - zapytała jedna z ciotek, zawsze wyjątkowo dociekliwa przez co nie lubiana w rodzinie - I po co ? - dodała już ciszej, ale i tak najbliżej stojący usłyszeli.

Minęło kilka minut a uroczystość jeszcze się nie rozpoczynała. Zdziwieni popatrzyli na siebie na co właściwie czekają ? Okazało się, że przeszkodą w rozpoczęciu ceremonii jest brak księdza. Dopiero teraz wyszło na jaw, iż jako nie zbyt obeznani w sprawach kościelno - przyziemnych nie zawiadomili tego w nowej parafii kiedy odbędzie się pochówek. Wykupili tylko miejsce na niego.

- Przeklęte miejsce - denerwował się wdowiec przypuszczając iż zrobiono mu psikusa zabierając na wakacje w tak nieatrakcyjną okolicę, w dodatku pozbawioną dostępu do morza. Awanturował się dopóki nie usłyszał wiarygodnego zapewnienia że to tylko nieplanowana przerwa w podróży.

Kiedy wracali, a trumna razem z nimi, znowu pachniało lawendą. Ale tym razem nikt na ten drobiazg nie zwracał uwagi, wszyscy chcieli jak najszybciej wysiąść z tego przeklętego autobusu, przebrać się i jak najszybciej wrócić do życia zwanego normalnym, chociaż naprawdę nic to nie oznacza.

Pozostał problem co począć z trumną, a przede wszystkim z jej zawartością, ale i z tym sobie poradzono. Przecież Polak podobno potrafi.

 

LXIV.

 

Kilka osób stało na skrzyżowaniu jednej ulicy z drugą, z pozoru nic wielkiego, i zastanawiało się, dlaczego jedna z nich nazywa się Przystankowa a druga Przesiadkowa. Jakby nie mieli większych zmartwień. Przecież tyle spraw jest nierozwiązanych, kilka pierwiastków nie wykrytych, parę kobiet niezaspokojonych a oni łamali sobie głowę nad takimi głupstwami.

- Pewnie wojna wisi w powietrzu, dziadek opowiadał, że w pamiętnym wrześniu...

Przejechała kolorowa polewaczka reklamująca zalety yogurtu i obsikała ich jak psy przydrożne krzaki.

- I to wszystko za nasze pieniądze - cicho odezwał się zdegustowany, trochę pogięty przez czas i rodzinę mężczyzna - nie wiadomo na co idą nasze podatki.

- Naturalnie, że na utrzymywanie nierobów. Wyleci taki z jednej partii to podwinie ogon i przenosi się do następnej, mając całą gębę wypchaną frazesami jaka ta nowa partia jest wspaniała. Taki Rokita zaliczył już chyba wszystkie możliwe na umownej prawicy, ale i tak mu mało. Chce pewnie trafić go księgi Guinessa.

- Święte słowa - przytaknęło niedosłyszące monstrum w przykrótkich spodniach - ja także niechcący wylałem matkę z kąpielą. Było to...

Odsunięto się od niego na przepisową odległość sześciu metrów, rozłożono kawałek gazety i dopiero wtedy termos z herbatą pojawił się w szybkim obiegu.

Pili małymi łyczkami nie patrząc na siebie, zdenerwowani upływającym czasem. Tyle jeszcze mieli tego dnia do załatwienia, a tutaj ugrzęźli na wydawało się prostej sprawie.

- Nie wiem, czy zdążymy dzisiaj policzyć ryby w stawie - zdegustowany przewodniczący komisji ostentacyjnie odsunął od siebie protokół dotyczący ulic na skrzyżowaniu których stali.

- Musimy. Koło wędkarskie wysłało już co najmniej trzy ponaglenia. Nie mogą łowić dopóki nie dostaną naszego pozwolenia. Po drugie mój zięć...

Byli społeczną komisją zaufania społecznego wybraną w kościele, a zaproponowaną przez zbzikowaną Radę Miasta, która jak tylko mogła podlizywała się tak burmistrzowi, jak i miejscowemu biskupowi, którym naturalnie bardzo leżało na sercu dobro regionu.

- A co z kolorem majtek noszonym przez dziewczynki w miejscowej szkole ?

- Niestety kolejny raz nie dostarczono gumowych rękawiczek, więc pewnie Sanepid znowu nie zgodzi się na obmacywania, jak to nazywają, naszych pociech.

- Węszę w tym sabotaż - przewodniczący komisji, wierzący idiota do dziesiątej potęgi podkręcił wąsa którego od lat już nie posiadał, ponieważ wyleniał mu jak zresztą i on sam

- więc zaraz po zakończeniu dzisiejszych zajęć lecę do prokuratury złożyć zameldowanie o popełnieniu przestępstwa przez - zaglądnął do notatek - firmę gumową pana Mazurka.

- Pewnie z lewicy.

- Naturalnie ! Czy normalny, praktykujący, miłujący boga człowiek zajmowałby się takim świństwem ? - i sam sobie odpowiedział - jasne że nie, nie ma takiej możliwości.

- Idź prosto do samego Siobra, żaden inny prokurator nie gwarantuje bezstronności w dochodzeniu do jedynie słusznej prawdy.

- Jak długo należy do nas ?

W pobliżu miejsca gdzie stali nagle wylądował talerz z niedojedzoną zupą mleczną. Ktoś bardzo się starał, ale niestety nie trafił. Zupełnie nie przejmując się tym zdarzeniem sekretarz tego jedynego w sobie sabatu czarownic zaglądnął w notatki.

- Od urodzenia.

- Niemożliwe!

- Tak mam zapisane, pewni znowu w centrali poprzestawiali statystki.

Nagle zaczął siąpić lekki deszczyk, ale byli przygotowani na każdą niedogodność. Sięgnęli do plecaków w które zaopatrzyło je miejscowe kółko przyjaciół Radia Maryja i po chwili gustowne, nieprzemakalne kurtki z logo LP II pojawiły się na ich spracowanych grzbietach.

- Ponieważ znowu odpadły nam majtki w szkole w zamian zajmiemy się drażniącą wszystkich sprawą pana Sity, który jak wynika z donosów - chrząknął - chciałem powiedzieć informacji od zdegustowanej społeczności kocha się z żoną zawsze w godzinach popołudniowych nie zasłaniając w okna, do tego nie przestrzegając świętości dnia niedzielnego, jak i innych, nakazanych przez prawo...

- Usiłuję zaznaczyć - niegrzeczne przerwał mu jakiś dziwny typ, który po raz pierwszy wędrował z nimi - religia nie jest jeszcze w naszym kraju prawem...

Przewodniczący popatrzył na niego wzrokiem który zabija.

- Dla nas jest! A pan skąd się tutaj wziął ?

- Odrzut z exportu, czyli ...

Przewodniczący nie słuchał co ten mówił. Nie był jednym z nich. To było widać nawet gołym okiem. Postanowił zająć się nim po powrocie do bazy, czyli udostępnionego przez proboszcza nie ogrzewanego pomieszczenie na zapleczu plebani.

- Wracając do delikwenta Sity. Jak już musi powinien kochać się z żoną wyłącznie późno w nocy, kiedy wszystkie dzieci już śpią, także te najstarsze, do tego przy wyłączonym świetle, po cichu broń boże nie bezczeszcząc dnia świętego. Ten powinien spędzać wyłącznie na modlitwie, a nie opieraniu żony o framugę okna, otwieraniu okna i głośnym krzyczeniu co ta ma mu zrobić.

- Ona jemu ? - zdziwił się sekretarz - przecież to wbrew naturze.

- Właśnie, i dlatego pojedzie na długie...

Nie dosłyszeli dokąd. O wiele za blisko nich przejechał ogromny samochód wyładowany dobrymi wiadomościami i zagłuszył tak przyjemny dialog.

- Co robimy z Przystankową i Przesiadkową ? - jedyna kobieta w tym towarzystwie, niespełna osiemdziesięcioletnia dziewica z odzysku chciała już wracać do zabawek i lalek.

- Rzeczywiście, w naszym cywilizowanym mieście także nie mogą nazywać się jedna z kilku głównych ulic. Nazwy te, jakbym żywcem przeniesione z futuryzmu, czyli minionej epoki, której imienia nie chcę nawet wspominać, nie przechodzi mi przez usta, proponują zastąpić imieniem Jana Pawła II.

- Mamy już sześć ulic jego imienia, listonosze pomału zaczynają wariować nie wiedząc na którą z nich adresowana jest dana przesyłka.

- Przywykną - przewodniczący lekko z aprobatą skinął głową - przywykli do Dzierżyńskich, Leninów, Marksów, Jaruzelskich, Fiszbachów, przywyknął i do świętego Jana Pawła. Ale widzę inny problem, jeżeli ulicę Przystankową, lub Przesiadkową zamienimy na Jana Pawła II to niestety nasz ukochany papież będzie się z kimś krzyżował, a to przecież zupełnie niedopuszczalne. Co proponujecie ?

Z zainteresowaniem popatrzył na zbitą w jedną kupę gromadkę wylęknionych, zmarzniętych wielbicieli praworządności.

- Naturalnie, papież nie może się z nikim krzyżować, najwyżej z samym sobą - nie zauważył który z nich wypowiedział te prorocze słowa.

- Więc jednogłośnie przedstawiamy Radzie Miejskiej propozycję zamiany nazwy ulicy Przystankowej na Jana Pawła II, a Przesiadkowej na Karola Wojtyły.

Siedem suchych rąk natychmiast podniosło się w jednoznacznym geście. Siedem rąk, które zmieniały bieg dziejów. I to nieodwracalnie.

Niestety gorzej poszło im z państwem Sito. Najpierw nie chcieli wpuścić ich do domu, ale drzwi do ich mieszkania pod wpływem wprawnych uderzeń siekierą wezwanej milicji rozstąpiły się jak kanna Galilejska i inkwizycja mogła przystąpić do działania.

- Dokładnie w którym miejscu opiera pan żonę dopuszczając się przestępstwa przeciw społeczności ? - zapytał pan Ulga, czołowy bojówkarz LPR, ale już niestety na emeryturze.

Pan Sito, rusycysta na wieloletnim zwolnieniu lekarskim, niewysoki człowieczek zawsze z podkrążonymi oczami, nie wiedział czego od niego chcą.

By zyskać na czasie wyciągnął z zabytkowego biureczka ostatnie zaświadczenie o szczepieniu psa, dowód zapłaty za grób na miejskim cmentarzu, broszkę podarowaną jego babce przez samego Piłsudskiego.

- Dopuszcza się pan aktów seksualnych przed godziną dwudziestą trzecią, do tego przy otwartym oknie.

- Od lat cierpię na ataki astmy, już w czasach pierwszej Solidarności...

Przewodniczący skinął na policjanta i ten szybko i sprawnie uciszył go służbową pałką.

- Nie będziesz niepotrzebnie kalał świętości narodowych - odczytał z kartki, kiedy tylko wytarł pałkę i z namaszczeniem schował do pokrowca.

- Więc jak ? Przyzna się pan dobrowolnie, czy może kolegium ?

- Żona jest moja, okno także. Nie widzę więc powodów...

Do tego momentu przewodniczący trzymał się z daleka, bolała go głowa i dawał o sobie znać reumatyzm, ale teraz nie wytrzymał.

- Nic nie jest idioto twoje. Może tak było do 1989 roku, ale na szczęście te czasy minęły, stąpił Duch Święty i odmienił oblicze tej ziemi, więc powinien i ciebie. Jeszcze jedno zawiadomienie i oboje wylądujecie na długie lata w więzieniu, idziemy !

Kiedy ten coraz mniej - dla mieszkańców naszej, jakże umęczonej Ojczyzny - dziwny orszak zniknął na schodach w drodze na ostatnie pole dzisiejszej bitwy, czyli do podmiejskiej hodowli kurczaków pozbawionych obowiązkowego kapelana, kobieta podeszła do męża, rozmasowała mu posiniaczone plecy i zapytała dlaczego nie pokazał tej wstrętnej bandzie zaświadczenia o impotencji.

- Zwariowałaś ? Natychmiast wsadziliby cię na dziesięć lat za zdradę, a twojego kochasia wygnali z kraju, naturalnie po obowiązkowej chłoście trzystu batów.

Uśmiechnął się, podszedł do lodówki, wydobył dwie butelki piwa, otworzył i jedną z nich, tę większą podał żonie.

- Nawet te najkoszmarniejsze sny się spełniają. Kilka dni temu śnił mi się...

Kobieta szybko zamknęła drzwi, okno, włączyła radio i dopiero wtedy jej mąż mógł dokończyć opowiadać swój sen.

Niestety podmiejskiemu hodowcy kurczaków jego sen miał się dopiero przyśnić. Jak mówi młodzież był właśnie w drodze.

 

LXV. Pogrzeb trzydziesty drugi, tym razem wyłącznie rozgrywający się w mieście. Przepraszam.

 

Nie padało już od prawie trzech miesięcy, ziemia stwardniała, serce wyschło więc grabarze nie byli w stanie wykopać grobu. Próbowano przekupić ich w każdy znany i dostępny sposób, ale bez rezultatu.

Próbowano postraszyć ich nawet mękami na sądzie ostatecznym, lecz zdecydowana większość z nich, czyli trzech, okazała się niewierząca.

- Jak to możliwe ? - zastanawiał się właściciel zakładu pogrzebowego - niewierzący garbarz ? To już lekka przesada.

Ale nawet on nie mógł nic zdziałać, ponieważ grabarze przynależeli do dyrekcji cmentarza. Nie do niego.

- Cmentarz jest państwowy, więc wszystko toczy się jak w kraju. Powoli, beznadziejnie, w złym kierunku, a na dodatek ludzie którzy odeszli nie mogą liczyć na godziwy pochówek. W kij to wszystko dmuchał.

Zamknął biurko, zapalił papierosa, popatrzył na zdjęcie nieznanej mu bliżej kobiety wiszące na ścianie i niezadowolony sięgnął po telefon.

Kiedy przejmował ten zakład, niejako w umowie wiązanej w zamian za zgodę na małżeństwo z córką pewnego dość ekscentrycznego faceta, który nie znosił żadnego sprzeciwu, zdjęcie tej kobiety już wisiało na ścianie. Spodobała mu się, więc pozostawił go.

Kobiety, z którą się ożenił w ogóle nie znał. Co prawda dawno temu raz z nią zatańczył na jakiejś prywatce, ale był wtedy nieźle pijany i zupełnie tego zdarzenia nie pamiętał. Jak i faktu, iż podobno zrobił jej dziecko.

Teraz nie dość, że miał rodzinę, to jeszcze zajmował się trupami. Nienawidził tego zajęcia, ale powrót na uczelnię, gdzie podszczypywał otyłe sekretarki, nie wchodził w rachubę. Przynajmniej do momentu kiedy jego teść jeszcze miał coś do powiedzenia. A w najbliższym czasie nie zanosiło się żeby nie miał.

Z niechęcią wykręcił kilka cyfr, które składały się na jego domowy numer, i nie czekając aż ktoś się odezwie wyseplenił :

- Naturalnie, że cię kocham, ale trochę spóźnię się na obiad. Jak wiesz panuje susza i grabarze nie chcą kopać grobów, a niestety mamy takiego jednego któremu sakramencko spieszy się do robaków. Jeżeli moje spóźnienie będzie się przedłużać naturalnie zatelefonuję. Pa.

Nie był pewien, czy jego ukochana zrozumiała chociaż słowo z tego co powiedział, ale zupełnie go to nie interesowało. Jak od lat miał w zwyczaju wyszedł przed zakład i poprzestawiał stojące na podwórku postacie z ukochanej powieści Vargasa Liossy. Dokładnie nie pamiętał już jej tytułu, ostatni raz czytał ją na pierwszym roku studiów, była o wiele ciekawsza od skryptów pełnych niezrozumiałych równań, czy zdjęć rozebranych koleżanek zapraszających na popołudniowe herbatki, ale w dalszy ciągu doskonale wiedział jak jej główni bohaterowie mieli na imię.

- Panie Kaziu - krzyknął do złotej rączki przedsiębiorstwa próbującego naprawić jedną z liter w co tydzień psującym się neonie - pomoże mi pan przesunąć pana Huberta w pobliże jego narzeczonej ? Od wtorku za bardzo się od niej oddalił.

- Naturalnie szefie, tylko dokręcę dwie muterki. W tym czasie może pan zagnać psa do budy.

W powieści Vargasa Liossy pies nie występował, ale nie chcąc zrażać do siebie personelu wziął do ręki kawałek jakiejś zepsutej trumny i pogroził dużemu, leniwemu kundlowi wypatrującemu nadejścia wojsk radzieckich. To przynajmniej można było wyczytać z jego pyska.

- Pana boi się najbardziej - powiedział niski mężczyzna schodząc powoli z drabiny - ten neon pewnie musimy zastąpić innym, bardziej nowoczesnym.

- Akurat teść się na to zgodzi - pomyślał, ale nic nie powiedział zajęty przesuwaniem nieznośnego pana Huberta w kierunku ogrodzenia.

- Jakby ostatnio przytył - złota rączka ocierała pot z czoła zardzewiałą od starości szmatą.

- Albo pan za dużo pije.

- Panie inżynierze ! Na miły bóg, co też pan mówi ? Ostatni kieliszek miałem w ręku na chrzcinach pańskiej córki.

Nie przypominał sobie, by miał jakąś córkę.

- Może pije pan prosto z butelki ?

Mężczyzna uśmiechnął się, ale jakoś bez wyrazu. Już dawno współpracownicy ostrzegali go, iż z szefem dzieje się coś niedobrego.

- Słyszałem dobry kawał, przychodzi kobieta do laryngologa, rozkłada nogi i...

Nie dokończył ponieważ na podjeździe pojawił się listonosz z wypchaną po brzegi możliwości torbą.

- W czasach internetu, e-maili, telefonów komórkowych i społeczeństw, które nie potrafią zbudować poprawie jednego zdania zadziwiający jest wzrost zawartości tej torby - powiedział cicho, jakby się wstydził że jest listonoszem, a nie na przykład fryzjerem - chociaż większość listów zawiera reklamy, wezwania do komornika i żądania zwrotu nadpłaconej o trzydzieści groszy renty. Wiem, gdyż przed wyruszeniem w teren prześwietlam promieniami rentgena każdą przesyłkę. Ostrzegali przed wąglikiem, więc można powiedzieć że dmucham na zimne.

Położył na stole w sekretariacie - tak nazywali pokoik w którym przyjmowano interesantów i w którym czasami królowała pani Kasia, zwłaszcza w kilka minut po zamknięciu zakładu, spuścizna po poprzednim właścicielu, piękność z pobliskiej dzielnicy slamsów, brała niewiele a robiła wszystko poza wiatrakiem - maleńką kopertę zaadresowaną nerwowym, ukośnym charakterem pisma.

- Pewnie miłosny ponieważ nie chycił go nawet rentgen. Pan będzie łaska otworzyć, ponieważ zżera mnie ciekawość, a i żona będzie chciała wiedzieć co zawiera, naturalnie moja, nie pańska. Ona pewnie nie jest aż tak zachłanna na ciekawostki z wielkiego świata.

- Nie zna pan kobiet panie Michale - powiedział biorąc do ręki intrygujący list.

- Na szczęście, inaczej skończyłbym w przytułku dla obłąkanych. Za bardzo im wierzę, a tego podobno nie wolno rozgłaszać, ponieważ...

Nie dokończył, gdyż z otwartego listu wypadł klucz yalle, oraz kartka papieru z adresem oraz numerem telefonu.

- Susza - nawet kobiety dostają pomieszania zmysłów - powiedział do zdumionego listonosza, podszedł do telefonu i wykręcił kombinację cyfr znajdujących się na kartce.

- Czekam od szóstej, i koniecznie przynieść ze sobą butelkę wina. Taką jak lubię. - głos do żadnego znanego niepodobny, chociaż przecież mógł się mylić.

Odłożył słuchawkę i zdumiony bezmyślnie wpatrywał się w przestrzeń.

- Znajoma ?

- Ależ skąd ! Od dnia ślubu nie mam żadnych znajomych. Naturalnie poza postaciami z prozy Vargasa Liossy. Ale jak można rzeczywistość wypełniać urojeniami ? I to przez tyle lat !

Otworzył apteczkę pierwszej pomocy, nerwowym ruchem wyłuskał z jej butelkę spirytusu, nalał trochę do dwóch szklanek a po chwili namysłu napełnił je wodą ze staromodnego syfonu stojącego na biurku jako relikt wspaniałej przeszłości firmy.

- Zdrowie panie Michale - podniósł do ust szklankę nie przejmując się czy listonosz idzie w jego ślady.

- Próbuje pan upić państwowego pracownika na służbie. Grozi za to...

- Guzik mnie to interesuje - przerwał mu w połowie zdania - sam jestem na służbie, i to wiecznej, jeżeli mogę tak powiedzieć. Co ja tutaj właściwie robię ? - rozglądnął się po dość schludnym pomieszczeniu, w którym jednak jakby brakowało duszy. A jak może czegoś takiego brakować w zakładzie pogrzebowym ?

W niecałą godzinę później siedział przy stole mając przed sobą kawałek wysuszonej ryby i przypatrywał się kobiecie siedzącej naprzeciwko niego. Nie znał jej nawet z -widzenia.

- Podobno jak wychodziłaś za mnie za mąż byłaś w ciąży, więc co stało się z dzieckiem ? Jakoś nie słychać jego krzyków - rozejrzał się po mieszkaniu jakby szukając potwierdzenia własnych słów.

Kobieta nie przerywając dokładnego żucia posiłku, a jednocześnie zerkając na brazylijski serial w telewizji zapytała jak przez mgłę :

- Kto naopowiadał ci takich głupstw ?

- Twój własny ojciec.

- Nie mam ojca odkąd rozwiódł się z mamą a związał z tą ohydną, przechodzoną wywłoką.

- Ktoś jednak cię spłodził, jak twoje dziecko.

Kobieta wstała od stołu, nie zjedzony posiłek razem z talerzem wrzuciła do zlewozmywaka, usiadła przed telewizorem, włączyła głos i oddała się marzeniom.

Popatrzył na suchą rybę i pomyślał, iż przez tą francowatą suszę już wszystko w jego życiu będzie wysuszone : ziemia, posiłki, kobiety.

Nie zwracając najmniejszej uwagi na wegetującą przed telewizorem kobietę zostawił talerz z niedokończonym jedzeniem na stole, przeszedł do łazienki i obficie skropił się wodą kolońską, jakby w ten sposób chciał się oddzielić od nieznanej mu kobiety kręcącej się po mieszkaniu.

Po chwili namysłu założył nowe skarpetki, krzyknął na kanarka, który miał w zwyczaju przelatywać tuż nad jego głową, nie wiadomo po co wyłączył telefon z kontaktu i wyszedł. Do szóstej brakowało pół godziny, więc pojechał do firmy i do butelki spirytusu z której jakiś czas temu odlał trochę alkoholu nalał wody mineralnej, nie gazowanej. Zresztą nie wiadomo po co, przecież do apteczki poza nim nie zaglądał nikt. Nawet sporadyczne, groteskowe kontrole z różnych dziwnych instytucji, o których istnieniu dowiadywał się dopiero, kiedy jej przedstawiciele zgłaszali się do niego po zwyczajową łapówkę. Czasami bywał jednak aż przesadnie skrupulatny i dokładny, więc we własnym mniemaniu nie było nic złego w fakcie, iż nadłożył drogi i dolał do butelki wody.

Przy okazji popatrzył na postacie z ukochanej powieści. Jak na tyle lat stania na powietrzu miały się wyjątkowo dobrze. Jedynym tylko z nimi zmartwieniem była od dłuższego czasu pojawiająca się myśl, co się z nimi stanie gdy przypadkiem autor napisze drugi tom i na przykład uśmierci jedną z nich ?

Nie potrafił się z taką myślą pogodzić więc znowu wybawieniem pozostała butelka, do której po wypiciu sporego łyka znowu dolał wody.

- Jeżeli tak często będę z niej korzystał zostanie w niej sama woda - przyznał sam sobie nie bez racji.

Nagle popatrzył na aparat telefoniczny i w przypływie nagłego impulsu znowu zatelefonował pod numer, który zawarty był w liście.

- Mam przynieść kwiaty ? - zapytał, kiedy tylko usłyszał sakramentalne hallo.

Kobieta nie zdziwiła się.

- Pozostawiam to twojemu intelektowi. Jak i pozycję w której będziesz mnie rypał.

- To dojdzie aż do czegoś takiego ? - zapytał zdumiony.

- A dlaczego nie ? - kobieta roześmiała się - Jeżeli zapraszam cię do siebie, posyłam ci klucz od mieszkania, pozwalał kupić kwiaty to chyba rzeczą naturalną jest że w końcu wszystko sprowadza się do seksu.

- Nie byłbym taki pewien. Moja żona, jak i teść...

- Daj mi z nimi spokój, już dość nabruździli w moim życiu bym znowu musiała o nich słyszeć - kobieta jakby lekko westchnęła, ale nie był tego w stu procentach pewien.

- Popijam spirytus z zakładowej apteczki, w ogrodzie hoduję postacie z powieści Vargasa Liossy, a w wolne dni...

-...chodzisz do pustej filharmonii, siadasz w siódmym rzędzie na trzecim miejscu po lewej stronie i zastanawiasz się dlaczego świat rozwinął się akurat w ten sposób.

Nie zdążył zapytać jej skąd tak wiele o nim wie ponieważ odłożyła słuchawkę. Zdumiony wszystko mógł zrozumieć, tylko nie wyprawy do filharmonii. Przecież nikt nie mógł o nich wiedzieć.

Nagle ciche łaskotanie dobiegło go od strony drzwi. Może spóźniony klient - pomyślał z niechęcią. Przez chwilę zastanawiał się, czy na drzwiach firmy nie wywiesić informacji, że przestają przyjmować zamówienia na pochówki aż do czasu skończenia się suszy, ale kiedy otworzył drzwi na progu stała piękność z dzielnicy slamsów, czyli pani Kasia.

- Dasz zarobić na lekarstwo dla dziecka ?

Była to jej stara śpiewka oznaczająca, że potrzebuje kilka złotych na butelkę dla odwiecznie zdolnego narzeczonego, który jednak coraz bardziej pogrążał się w letargu.

- A tak kiedyś pięknie podrabiał Matejkę - zdziwił się słysząc własny głos.

- Oczywiście szefie. Na Akademii Sztuk Pięknych przepowiadali mu piękną karierę, ale biedak zakochał się, dostał suchoty i wyrzucono go z akademika. A to już prosta droga ku nędzy. W tamtych, jakże pięknych czasach wczesnego Gierka najbardziej liczyło się miejsce w akademiku. Nie talent, nie koneksje, ale właśnie akademik. Bez niego byłeś niczym, przecież wkrótce wszystkie ważniejsze stanowiska w Komitecie obsadzili chłopcy z akademików. A mój jaki wyrzucony za suchoty nie miał najmniejszych szans. Więc stoczył się, chociaż uczciwie chodzi głosować za każdym razem jak tylko są wybory, ale ostatnio jakby mniej orientuje się w polityce.

- Tyle nowych partii co gatunków alkoholu na półkach. Kiedyś królowała jedna partia i jeden rodzaj wódy : czysta z czerwoną kartką, więc człowiek nie miał problemów z wyborem. Co prawda dla niepoznaki wymyślono Stronnictwo Demokratyczne, Ludowe co natychmiast odbiło się na rynku alkoholowym : żubrówka, winak. A dzisiaj co ? Trzysta jak nie więcej partii i prawie tyle samo gatunków alkoholi. Dla pijaka starej daty pójście po alkohol wiąże się ze stresem nie do zniesienia. Co wybrać ? Którą ? Jaką ? Za ile ?

Ucichła i zaczęła się rozbierać.

- Co pani robi ? - krzyknął przerażony spoglądając na zegarek. Już był kilka minut spóźniony.

- Zawsze uczciwie zarabiam na życie. Nikt nie może mi zarzucić że nie dbam o klienta. Jeżeli pan taki spocony to może wystarczy tylko obciągnąć ?

Wepchnął jej w dłoń kilka banknotów i prawie że siłą wypchnął za drzwi. Opierała się krzyczącą że i jej przecież należy się jakaś przyjemność.

- Przyjdź pojutrze po południu. Jednemu z kierowców jeżdżących karawanami urodziło się dziecko, więc niejako w nagrodę od firmy zafundujemy mu ciągnięcie.

- Przy wszystkich ? Eksibicjonizm kosztuje ekstra, gdyż podobno źle wpływa na porost włosów.

- Kogo ? Obsługiwanego, czy...

Nie dosłyszał co odpowiedziała ponieważ rozdzieliły ich dzwiękoszczelne drzwi, pozostałość z czasów kiedy, zakładem rządził teść, a ten nie lubił gdy jęki personelu pełne zachwytu dla umiejętności pani Kasi wydostawały się na zewnątrz.

Znowu napił się łyk z nieśmiertelnej butelki, i po raz kolejny w miejsce wypitego alkoholu nalał wody.

- Może odkryłem perpetum mobile ? - pomyślał wsiadając do samochodu - jeżeli tak zostawiam żonę i wyprowadzam się ...

Zamilkł zdumiony własną głupotą, przecież na żonę - dzięki teściowi - skazany był dopóki on żył, jechał w przeciwnym kierunku niż powinien.

Nagle zrobiło się ciemno, szare, płaczące niebo nie za bardzo chciało stać się przychylniejsze dla ludzi.

- Po co wybieram się do nieznanej kobiety ? - pomyślał, ale perspektywa oglądania kolejnego serialu w towarzystwie milczącej kobiety nie nastrajała go optymistycznie.

Zatrzymał się przed poszarzałą, ukrytą w mroku jak się czego wstydziła kwiaciarnią, ale nie wysiadł z samochodu. Pojawienie się w domu nieznajomej z bukietem nie wydawała mu się zbyt sensowne.

- Przecież nie wiem po co mnie zawezwała ? Może chce porozmawiać o pogrzebie ? Albo o...

Do samochodu podeszła dziewczyna bez jednej nogi i zastukała w szybę. Z niechęcią otworzył ją. Spojrzała na niego twarz bez wyrazu, wykrzywiona w grymasie, jakby wszystkie cuda świata sprzysięgły się przeciwko niej.

- Nie wchodź do mieszkania tej złej kobiety - powiedziała dziewczynka, wrzuciła na przednie siedzenie na wpół rozpakowanego, miętowego - sądząc po zapachu - cukierka i znikła.

Nie wiadomo dlaczego uwierzył jej, zawrócił i przez ponad godzinę bezmyślnie jeździł zlanymi deszczem ulicami nie mając najmniejszej ochoty wracać do domu.

Kiedy w końcu się w nim znalazł zdziwił się brakiem w niej wiecznie sterczącej przed telewizorem żony.

Telewizor był naturalnie włączony, w kuchni nie umyte garnki walały się nawet po podłodze, z pokoju dziecka którego przecież nie posiadali dochodził cichy płacz.

Zdumiony lekko popchnął pomalowane na kolor zielony drzwi. Kobieta, która kilka lat temu została jego żoną leżała skulona na dziecinnym łóżeczku i popłakiwała.

- Nie przyszedłeś - odezwała się - a takie z tym spotkaniem wiązałam nadzieje. Byłam zdecydowana nawet na...

Nie patrząc na jęczącą kobietę podszedł do okna i zdziwił się, iż wcześniej nie zauważył, że przecież od jakiegoś czasu padał deszcz i ceremonie pogrzebowe znowu mogą normalnie funkcjonować.

 

LXVI.

 

To dziwne, ale droga pod górę liczyła trzy kilometry sześćset dwadzieścia metrów, ale w odwrotnym kierunku była o całe osiemset metrów krótsza.

Fakt ten niósł z sobą masę różnorakich kłopotów, narzekań na nieuczciwych taksówkarzy, skarg do rady miejskiej na funkcjonowanie komunikacji miejskiej, która zdaniem piszących listy nie trzymała się rozkładów jazdy.

- Osiemset metrów, drobnostka w porównaniu z wiecznością, a tyle narzekań - człowiek oddelegowany do zbadania tej sprawy nie za bardzo wiedział, jak się do tego zabrać. A przede wszystkim po co.

Od ponad dwóch tygodni przesiadywał w barze u podnóża góry, na koszt podatników popijał wino i obstawiał zakłady kiedy zwariuje.

- Poprzednim razem, przez ponad rok, zajmowałem się jakże ważną społecznie sprawą zwiększonej zachorowalności psów i kotów na choroby tropikalne. W pewnej dziurze pod Kielcami jakaś ustosunkowana politycznie wariatka wymyśliła sobie, iż jej zdaniem bezpańskie psy i koty zachowują się zbyt agresywnie co podobno miało związek z tropikiem. Ponieważ zbliżały się wybory, a rządząca opcja nie czuła się pewna ponownego zwycięstwa, reagowała na każy sygnał od ludności, by broń boże nie stracić żadnego głosu. W rezultacie i tak z kretesem przerżnęła wybory, ale ja włóczyłem się po wygłodniałych podwórkach, przepytywałem zdziwionych ludzi, którzy najdalej w swoim zafajdanym życiu byli w Miechowie, a o tropiku słyszeli jedynie przy okazji Stasia i Nel. I to nie wszyscy.

Wstał od stolika, podszedł do ściany i na śnieżnobiałej stronie nie zatemperowanym ołówkiem narysował prowizoryczną mapę województw kieleckiego. Bez znaków przystankowych.

- Przez tę zdziczałą okolicę rozpadło się moje małżeństwo - powiedział półgłosem - a nawet zaczęły wypadać mi włosy. Lekarze do dzisiaj nie mogą nic na to poradzić, a jedynie sugerują bym zwiększył aktywność seksualną, od której co prawda nie przybędzie mi włosów, ale zadowolenie wewnętrzne także się liczy.

- Bardzo bogaty mamy kraj, kiedy stać go na utrzymywanie etatu rzecznika interesu publicznego, ambasady w Izraelu i takich jak ten wypierdków mamuta - mężczyzna, który nie pytany o zdanie wypowiedział tych kilka cierpkich słów nie był znany w okolicy, pewnie zabłądził kiedy odpadł od nieinteresującego już nikogo Wyścigu Pokoju.

Miał nie więcej jak metr pięćdziesiąt wzrostu, piękne zęby, wiszącą torbę z urwaną sprzączką na ramieniu i wyblakły wyraz twarzy.

Siedział blisko przy wejściu, jakby się bał wejść głębiej w tubylców, pochłonięty kuflem piwa w którym zagnieździło się kilka much.

- Proszę uprzejmie zaniechać tak bezczelnych prowokacji. Od czasów Bieruta...

Dziewczyna, która się nagle do niego dosiadła nie miała więcej jak siedemnaście lat, bluzkę zawiązaną zaraz pod biustem, oraz szpilki na rozlatujących się obcasach.

- Masz kilka złotych na przefurtanie ? - zapytała się patrząc mu przy tym głęboko w oczy.

- Mam mieć - odpowiedział enigmatycznie, zapalił papierosa nie częstując dziewczyny i rozglądnął się za pianinem, którego ten wybitny przybytek sztuki niestety nie posiadał.

- Przed stosunkiem lubię sobie brzdęknąć w klawisz - dotknął ręki dziewczyny, a ta poczuła mrówki.

- Po co ?

Zastanowił się. Dziewczyna w tym czasie odrobiła w pamięci lekcje na cały najbliższy tydzień.

- Sam nie wiem, ale...

W drugim końcu sali jakaś kobieta po raz kolejny nie potrafiła poradzić sobie z zawiłościami pasjansa, podobno ulubionego przez Marszałka. Nie wierzyła to, ponieważ zdaniem jej byłego męża, nota bene siedzącego naprzeciwko niej, najbardziej ukochanym pasjansem Piłsudskiego była Polska, także nie do rozwiązania.

- Dlaczego od dnia rozwodu, czyli od przeszło trzech lat, codziennie włóczysz się za mną jak nakręcony zwierzak, kiedy podczas małżeństwa wyszliśmy tylko raz razem, na dodatek były to chrzciny córki siostry ? - kiedy wypowiadała te święte słowa z ust wydobywał się jej obłok zgniłej kapusty pomieszany z tanimi papierosami bez filtra i skwaśniałego piwa.

- Ponieważ - niechętnie odpowiedział zapytany mężczyzna - nie chcę, byś mnie zdradzała. Kiedy byliśmy związani nierozerwalnym związkiem nie zależało mi na tym, ale po rozwodzie pojąłem jakim byłem głupcem.

Podszedł do kawałka deski udającej bar, nachylił się nad okiem właściciela i wściekle zaczął mu coś szeptać.

- Nie mów do mnie językiem Izaaka Singera - po kilku chwilach barman podskoczył jak dogoniony przez urząd skarbowy - mniejszości narodowe mają wiele praw, ale nie w moim uchu !

- Chciałem tylko zamówić dwa piwa na borg. Jedno dla mojej żony, a drugie...

Przed speluną, w której te wszystkie rozmowy godne wyższej sprawy się obywały kilkoro oberwanych dzieci próbowało złożyć ze znalezionych na wysypisku części przynajmniej rower. Co prawda umawiały się na coś większego, na przykład czołg, albo przynajmniej na nie dręczącą nauczycielkę, ale zabrakło komponentów.

Rozczarowane próbowały z rupieci którymi dysponowały zbudować Polskę przedrozbiorową. Z wiadomym skutkiem, gdyż zawsze wszystko rozbijało się o dostęp do morza.

Kilka kroków od nich, w stronę klepiska szumnie nazywanego rynkiem, dwóch łamistrajków protestowało przeciwko zmniejszaniu - ich zdaniem - uprawnień posłów. Swoje niezadowolenie wyrażali w dość oryginalny sposób, mianowicie wszystkich chętnych częstowali alkoholem, sami nie biorąc go do ust.

- Na posłów kompletnie się nie nadają - skomentowała przechodząca obok nich, i namawiana do picia, aktora dramatyczna poszukująca w tej surowej okolicy natchnienia do zagrania roli w Końcówce Becketa. A może Na śmietniku ? Zresztą co za różnica ? Obydwie sztuki od lat uznawane były za nieaktualne, ponieważ niezrozumiałe.

Zaś na samym rynku miłośniczki racjonalnego i zdrowego żywienia zawzięcie kłóciły się o ilość złych kalorii w sznyclach, w niektórych regionach kraju zwanych kotletami mielonymi.

I tak oto upływały igraszki w jednej tylko, i to nie całej, miejscowości w tym świętym kraju, niestety naznaczonym niezmywalnym piętnem kretynizmu.

Wracając do faceta, który miał zbadać dlaczego droga po górę jej w kierunku powrotnym krótsza o całe osiemset metrów niż pod górę powiesił się na własnym pasku, w o dziwo eleganckiej toalecie, w której firma produkująca te fajansowe cuda reklamowała się na każdym wytworzonym przez siebie produkcie nie przejmują się, iż człowiek może mieć dość tego swoiście pojmowanego marketingu.

 

LXVII.Pogrzeb trzydziesty trzeci. Jak daleko stąd do nieba ?

 

Zatelefonowano około czwartej nad ranem. Chociaż spał podświadomie czekał na tę wiadomość. Nie był to, jak przypuszczał, lekarz ale zwyczajna recepcjonistka, która nie wiedziała nic poza tym że umarł.

Wstał z łóżka nie zapalając nocnej lampki, podszedł do okna i popatrzył w pustkę. Szarzało chociaż w jego sytuacji nic to nie oznaczało. Może poza kolejnymi łzami.

Facetem, który umarł przed kilkoma minutami był mężem jego wieloletniej kochanki, która w szpitalu jako kontakt pozostawiła jego numer telefonu, twierdząc, nie bez racji, że przez lata ich stosunki jako przyjaciół były o wiele lepsze niż jej jako żony.]

- Coś dla niego możesz przecież zrobić - popatrzyła mu głęboko w oczy i wpisała w odpowiednią rubrykę jego numer telefonu komórkowego.

Ich wspólny znajomy, jeżeli można tak powiedzieć - już od miesięcy był nieprzytomny i lekarze nie dawali żadnych szans na poprawę.

- Jak będę żyła dalej ? - zapytała kobieta samą siebie któregoś razu, kiedy wychodzili ze szpitala - przecież w gruncie rzeczy nie jest przygotowana na życie wyłącznie z jednym mężczyzną.

- Szybko postarasz się o nowego kochanka - zażartował.

- W moim wieku ? - stanęła przed nim zdumiona jak Stalin w Jałcie, kiedy pozostałych dwóch durniów bez sprzeciwu zaakceptowało jego plan rozbioru Europy.

- Zawsze znajdzie się jakiś zboczeniec.

Nie odzywała się do niego przez ponad dwa tygodnie, chociaż przychodził do niej jak zwykle co drugi wieczór, rozbierała się, kładła do łóżka i odwracała twarzą w kierunku ściany lekko podnosząc kołdrę, ale nie powiedziała przez ten czas ani słowa. Nagle któregoś dnia uśmiechnęła się i stwierdziła :

- Wczoraj przypaliła mi się zupa.

Wtedy po raz pierwszy odkąd się znali zdał sobie sprawę, że wcale nie jest kobietą na której mu zależało, o czym ostrzegała go jego matka zanim nie wyjechała nad morze.

Teraz odszedł od okna, nałożył szlafrok i nie zamykając mieszkania na klucz wszedł do windy, nacisnął zmazaną od używania cyfrę 7 i po chwili pukał w jakże znane mu drzwi.

- Aż tak cię przypiliło, że nie możesz poczekać do wieczora ? - Nie była zaspana, ale jakaś obca.

- Telefonowano ze szpitala - powiedział wolno cedząc słowa.

- O co tym razem prosi ?

Nie przypuszczał, że mogła aż tak być niedomyślna.

- O modlitwę.

Dopiero w tym momencie jakby do niej coś dotarło, oparła się o zabrudzoną wiecznością framugę drzwi i wydukała :

- Umarł ?

Skinął głową i wrócił do siebie zupełnie nie przejmując się płaczącą już teraz kobietą opartą o drzwi.

- Kiedy żył pan M. - nie wiedział dlaczego, ale nagle zaczął myśleć o swoim nieżyjącym przyjacielu jako o osobie obcej - mogłem używać i pokazywać się w różnych zakazanych miejscach z jego żoną, ale po śmierci absolutnie mi nie wypada.

Wróciwszy do mieszkania otworzył okno, zrobił kilka pompek, i jakby się nic nie stało wrócił do łóżka. Dla pewności wyłączył telefon. Bał się kolejnej, złej wiadomości jakby wy

- łączenie aparatu miało pomóż mu jej uniknąć.]

Do dnia pogrzebu nie spotkał się ze swoją kochanką, nie reagował na jej dzwonki do drzwi, telefony a nawet listy.

- To dziwne - pomyślał w pewnym momencie - za życia męża nie napisała do mnie ani jeden raz, a teraz już czternaście. Kobiety zmieniają się, ale żeby do tego stopnia ?

W kościele jednak stanął u jej boku. Zrobił to odruchowo, mechanicznie, zupełnie nie rozumiejąc przyczyn takiego postępowania.

- Mogłeś założyć inny krawat - szepnęła, ale jakoś niezręcznie ponieważ usłyszało to krótkie zdanie prawie połowa osób zgromadzonych w kościele.

- Dobrze wiesz, że mam tylko jeden.

Na cmentarzu stał już daleko od wdowy, nic nie widzącymi oczami przyglądał się bezbarwnej w gruncie rzeczy ceremonii spuszczania trumny do dużo wcześniej wykopanej dziury.

- Każę się skremować - postanowił dziwiąc się własnemu głosowi - przecież to o wiele bardziej higieniczne, jakby higiena - dodał po chwili - miała z tym wszystkim cokolwiek wspólnego.

Nie stanął także w kolejce oczekujących na złożenie kondolencji, tuż przy cmentarnym murze zatrzymał taksówkę i podał adres knajpy do której z właśnie co pochowanym przyjacielem czasami zaglądali.

Odnalazła go w niespełna godzinę później, odsunęła krzesło i nie patrząc na niego wysoko podciągnęła spódnicę odsłaniając nieopalone nogi. Zdążyła się już nawet przebrać.

- To wszystko należy teraz wyłącznie do ciebie - powiedziała cicho.

Zaczął się śmiać jak nowonarodzony słysząc imię jakie wymyślili dla niego rodzice.

- Nie żartuj - odpowiedział nie patrząc na nią bojąc się iż fałsz przeskoczy z jej oczu na niego - nie jestem w odpowiednim nastroju.

Trochę opuściła spódnicę, ale i tak dla kogoś patrzącego na ich z boku wyglądali dość nietypowo. Pochylony nad kuflem piwa mężczyzna oraz kobieta podnosząca, i zaraz trochę opuszczająca spódnicę. Poza nimi w lokalu nie było jednak nikogo, w telewizji pokazywano uroczystości z Placu Świętego Piotra.

- Nie wiem, jak mam ci to powiedzieć - odezwał się w końcu, zdumiony słysząc swój stanowczy głos - ale razem ze śmiercią pana M. przeminęła także nasza znajomość. Kiedy żył było rzeczą prawie naturalną iż oszukiwaliśmy go. Ale teraz kiedy go już nie ma...

- Mogłam się tego po tobie spodziewać ! - krzyknęła i kilka kufli piwa wiszących nad barem lekko się poruszyło - używać mężatkę to według ciebie coś normalnego, ale pójść do łóżka z wdową nie mieści się już w twoim pojmowaniu świata.

- Mniej więcej - odpowiedział po chwili zastanowienia, podniósł z kufel z wystygłym już teraz piwem i przeniósł się do innego stolika.

Kobieta zaniemówiła, ale po chwili zapaliwszy papierosa zebrała się w sobie, nie wiadomo po co położyła na blacie stołu kilka drobnych monet i nie patrząc w jego kierunku wyszła z knajpy.

Dokładnie w tym samym momencie w którym zamknęły się za nią drzwi włączyła się szafa grająca, której do tej pory nie zauważył, w sekundzie lokal wypełnił się młodzieżą, a przy jego stoliku pojawiły się dwie dziewczyny, pewnie studentki którym niespodziewanie wpadło do portfela kilka złotych.

- Pan nie zagląda tutaj zbyt często ? - zapytała jedna z nich.

Wzrokiem, który nie wyrażał nic ponad zdumienie popatrzył na nią z niechęcią, jednak odpowiedział.

- Wiele lat temu przychodziłem tutaj z przyjacielem, którego dzisiaj pochowaliśmy. Co prawda tamten lokal wyglądał zupełnie inaczej niż dzisiaj, ale piwo było podobnie wstrętne. Może panie napiją się czegoś innego ?

Po drugiej butelce marnego sikacza ta jakby bardziej odważna, a może tylko gadatliwa zapytała :

- Kim była kobieta, jeżeli naturalnie możemy wiedzieć, która kilka chwil temu siedziała przed panem i pokazywała wyblakłe kolana ?

Zdumiał się, przecież był gotowy przysięgnąć, iż kiedy rozmawiał z kobietą dzielącą życie pomiędzy dwóch przyjaciół w lokalu nie było nikogo poza nimi.

- Wślizgnęła mi się do łóżka, jeżeli mogę tak powiedzieć, po jakiś imieninach kiedy wszyscy goście wyszli a jej mąż lekko zamroczony zasnął w fotelu. Z początku było to podniecające ciupciać żonę najlepszego przyjaciela, później nudne a pod koniec jego życia wręcz odrażające, ale najtrudniej jest wycofać się w odpowiednim momencie, a problem ten nie dotyczy tylko seksu, ale także innych dziedzin...

- Z nas dwóch którą by pan wybrał ? - jak na komendę wstały i okręciły się wokół własnej osi.

Zamówił nową butelkę wina, pewnie o to najpewniej im chodziło. Ale był w błędzie, w ogóle nie zareagowały na kelnera nalewającego im do kieliszków bezbarwny napój.

- Pytamy poważnie ponieważ ta nie zaakceptowana musie mieć czas na znalezienie sobie partnera, a przecież już dochodzi piąta po południu - mówiąc to bez przerwy spoglądała na zegarek jakby nie była pewna czy wie co to jest poczucie czasu. Tym bardziej w ich wieku.

Nie zastanawiając się wskazał na dziewczynę, która do tej pory nie odezwała się ani słowem.

- Tak przypuszczałam - zrezygnowanym głosem powiedziała ta, której cały czas nie zamykały się maleńkie szparki czasami zwane ustami - mężczyźni boją się kobiet zdecydowanych, pewnych siebie, wygadanych.

- Skąd wiesz, czy taka nie jestem ? - nagle odezwała się ta cały czas milcząca - od pierwszego roku studiów decydujesz za mnie, wpychasz mi do łóżka wyleniałych facetów, którym niby to nie staje przy tobie, rozgotowujesz groch na mamałygę.

Prawie że desperackim ruchem przyciągnęła do siebie kieliszek z winem i tak po prostu rozlała na stolik.

- Spływaj stąd. Nie słyszałaś kogo ten frajer wybrał ?

Kiedy późno w nocy znaleźli się przed drzwiami jego mieszkania stanęli jak wryci. Pod wizytówką z jego nazwiskiem, teraz zamazaną czarnym flamastrem, straszył nekrolog przyjaciele którego pochowali prawie dwanaście godzin temu.

- Pozorowana zemsta przedmiotów martwych - dziewczyna uśmiechnęła się, czknęła i próbowała odpalić papierosa od ściany, ale o dziwo nie udawało się to pomimo ponawianych prób.

- Zawsze była patetyczna - powiedział odrywając czarno - biały, teraz już nic nie znaczący kawałek papieru - któregoś wieczoru przyszła do mnie zupełnie naga.

- Jak mogłaś ? - zapytałem a ona na to, że powiedziała mężowi iż zejdzie do mnie pokazać mi swój dziwnie powiększony biust.

Kiedy znaleźli się w mieszkaniu dziewczyna momentalnie zasnęła. Nawet nie zdążyła dojść do łóżka, tylko jakby usnęła w drodze do niego. Na szczęście potrzymał ją, rozebrał, szczelnie przykrył i otworzył okno. Świt w drodze na wschód jeszcze nie zahaczył o jego położenie.

Pił drugiego drinka siedząc w fotelu, paląc i przyglądając się śpiącej dziewczynie, kiedy usłyszał przekręcający się klucz w zamku.

Miała na sobie sukienkę którą podobno kiedyś tam lubił, bardzo wymalowane usta, a w dłoni kawałek tektury wyglądającej na bilet lotniczy.

- Szybko się pocieszyłeś - wskazała na ciało w łóżku.

- Mnie nikt bliski nie umarł - mówiąc to nie patrzył na nią - najwyżej bliski przyjaciel, więc pocieszanie się nie jest stwierdzeniem konkretnym.

- Zawsze był z ciebie zimny, wyrachowany skurwysyn. Pakuj się, kupiłam dwa bilety na pewną wyspę, na której...

Z niechęcią wstał, wyjął jej z ręki klucze i delikatnie wypchnął za drzwi, po drodze wypychając za dekolt resztki podartego nekrologu.

- Nie przepadam za młodymi kobietami, ale może ta - wskazał na łóżko - nie ma nikogo, kto szybko odejdzie.

Nie zrozumiała o czym mówi, zaczęła płakać jak dziecko przyłapane w szkole na odpisywaniu z książki.

- Poświęciłam ci najlepsze lata i...

Na szczęście drzwi posiadały zabezpieczenie przed niepożądanymi dźwiękami, więc nie słyszał co krzyczała dalej.

Obudził się z bólem głowy. Był w łóżku sam. Dziewczyna stała przy oknie i zdeterminowana liczyła : sześćdziesiąt trzy, cztery, pięć.

- Co robisz ? - zapytał zupełnie bez sensu.

- Liczę przechodniów nie trzymających swoich partnerów za rękę. Już zdążyłam umyć włosy, posprzątać w kuchni, zatelefonować do Ani i zapytać jej jak udały się wieczorne łowy, posprzątać ci na biurku a przed chwilą przyjąć zaproszenie na śniadanie od pani mieszkającej na 7 ( wyblakły napis w windzie ) piętrze. Prosiła byś się pospieszył, ponieważ podobno...

Z niechęcią odwrócił się w kierunku ściany. Była mu o wiele bliższa niż on sam sobie, jednak nie miał czasu rozwinąć tej myśli, ponieważ dziewczyna zaczęła ściągać z niego kołdrę. Jak wczoraj na cmentarzu ze stojącego tłumu chowany do grobu domagał się haraczu.

 

LXVIII.

 

Żeby dojść do tego krzyża musiał zawziąć się i przemóc własną niemoc. Stał kilka kroków za miastem, na niewielkim wzgórzu, ale w jego wieku każdy wysiłek ponad przepisaną przez lekarza granicę równał się szaleństwu. Na które jednak zdobył się, zdając sobie sprawę, iż w przyszłym roku będzie pewnie za późno.

Krzyż ten, kawałek niezbyt wysokiego kunsztu projektującego go, zapewne domorosłego, artysty ludowego, był pierwszym - jeżeli można tak powiedzieć - przedmiotem zapamiętanym w dzieciństwie.

Miał nie więcej jak pięć, sześć lat, kiedy z mamą i ojcem przyjechali do tej miejscowość na jego pierwsze - które pamiętał - wakacje.

Rok był dwudziesty dziewiąty ubiegłego wieku, wszystkie drogi prowadziły na wschód, jak w dziesięć lat później. Ojca pamiętał jak przez mgłę, wysoki mężczyzna w mundurze, nie uśmiechający się i odpowiadający tylko na zadane pytania, do tego nie przez dzieci. Matka, smutna kobieta o twarzy uwięzionego anioła, pchała przed sobą wózek z młodszym braciszkiem, i wcale nie zachwycała się urokiem podlwowskiej okolicy.

Nienawidziła wakacyjnych wyjazdów, ponieważ odrywały ją od codziennego, wieczornego bridgea, oraz pewnego młodego oficera, zaginionego w pierwszych dniach wojny. Podobnie jak o losach męża, nie dowiedziała się już nigdy o nim ani słowa.

Z nudów chodzili drogą za miasteczko pełne rozczochranych żydowskich dzieci, wiecznie pijanych komiwojażerów jak i piszących wiersze, ledwie oderwanych od ziemi młodzieńców, uciekinierów z powieści Singera.

Na krzyż natchnęli się pod koniec wakacji, kiedy zniecierpliwienie ojca, znudzenie mamy i biegunki brata osiągnęły apogeum.

Wyłonił się im przed oczami jak z mgły nagle, niespodziewanie i w pewien sposób niepostrzeżenie.

- Przechodziliśmy tutaj tyle razy...

... dokładnie dwadzieścia sześć - powiedziała matka, zawsze dokładna i skrupulatna, naturalnie, jeżeli chodziło wyłącznie o szczegóły.

... i nigdy go nie zauważyliśmy - kontynuował niezbity z tropu ojciec.

A dzisiaj patrzył na dwie deski zbite nawet nie pośrodku zardzewiałym gwoździem, jakby znowu widział go po raz pierwszy. Nagle obejrzał się za siebie, przerażony że rodzice stoją tuż za nim, a brat...

Starł pot z czoła, zapalił papierosa i po raz kolejny pożałował, że wybrał się w tę daleką - jak teraz sądził - pozbawioną sensu, zagraniczną jakby nie było, podróż.

Był środek lata ale nie czuł ciepła, wręcz przeciwnie, zapiął kurtkę próbując w ten sposób bronić się przed dokuczliwym wiatrem, ale sens tego wszystkiego sprowadzał się do pytania, w jaki sposób najszybciej wrócić do hotelu.

W oddali, jakby poza horyzontem kilkoro znudzonych dzieci zastanawiało się który z nich może kandydować na przyszłego prezydenta państwa. Nie słyszał ich głosów, ale domyślał się o czym mówili.

Nagle zaintrygował go jakiś dziwny dźwięk. Wielki samochód o niemieckich znakach rejestracyjnych z oślepiającym tumanem kurzu zatrzymał się tuż przed nim. Kiedy chmura opadła kierowca w lśniących rękawiczkach majestatycznym krokiem obszedł samochód, następnie z niespotykaną dzisiaj galanterią otworzył tylnie drzwi i podał rękę z trudem wysiadającej kobiecie.

Była w mniej więcej podobnym co on wieku. Szybko wyrwała swoją dłoń z ręki kierowcy, przeżegnała się i podeszła do krzyża składając przed nim kilka zwiędniętych od upału kwiatów.

Nie chciał mieszać się do nie swoich spraw, więc odszedł kilka kroków kiedy dopadło go pytanie kobiety :

- Pański syn także poległ pod tym piekielnym krzyżem ?

Niechętnie odwrócił się, popatrzył na kwiaty jakoś nie pasujące do tego miejsca. Przypominały mu bezzębne ssaki z ZOO.

- Na szczęście nie mam dzieci. Kobieta, z którą kiedyś tak się związałem bardziej interesowała się własną karierą sceniczną niż rodzeniem potworów.

Kobieta uśmiechnęła się, skinęła na kierowcę i ten w sekundzie wydobył z bagażnika stół i dwa składane krzesła, rozłożył je, z wnętrza samochodu, pewnie z podręcznej lodówki wyjął butelkę szampana i zastygł w pozie oczekiwania.

- Może napijemy się po łyku ? Pora pewnie za wczesna, ale w naszym wieku - uśmiechnęła się - żadna godzina nie jest mniej odpowiednia.

Z niechęcią usiadł na niewygodnym krześle, dotknął zmrożonego kieliszka i zastanowił się, czy przypadkiem nie zwariował. Jechał tyle kilometrów niewygodnym pociągiem, męczył w zawszonym hotelu, by tylko zobaczyć krzyż pod którym bywał z rodzicami, a teraz w jego pobliżu pił szampana.

- W 43 pod tym krzyżem zginął mój syn, więc odkąd Związek Radziecki rozpadł się na mniejsze gniazda zła, a na dodatek umarł mój mąż, przyjeżdżam tutaj co roku. Nie wiem tylko po co, przecież kiedy popatrzy się na to wszystko z boku pozostaje jedynie pusty śmiech. A pan co ? Stracił pod tymi dwiema deskami dziewictwo ?

- W pewnym sensie - i nagle opowiedział jej o wakacjach w tych okolicach, spacerach z rodzicami i bratem, kochanku mamy.

- Jak świat długi i szeroki wszyscy mamy pogmatwane życiorysy. Czy tego chcemy, czy nie. Cały wiek dwudziesty jest jednym wielkim kłębowiskiem.

Podszedł kierowca i zapytał czy ma rozłożyć parasol.

- Może przejedziemy się po okolicy ? - zaproponowała kobieta - jeżeli naturalnie nie ma pan nic innego do roboty.

- Oczekiwać na śmierć można w różny sposób. Miałem przyjaciela, który od dwudziestego szóstego roku nie robił nic innego jak tylko czekał. Codziennie rano, bez względu na dzień tygodnia, telefonował do swojego adwokata i pytał czy jeszcze żyje.

- A jak zmarł ?

- Przejechał go pociąg. Długi, podobno wyładowany węglem i nawet się nie zatrzymał. Znaleziono jego ciało dopiero w kilka dni później, ponieważ adwokat o którym wspominałem przebywał w szpitalu i wcześniej nie miał dość sił by zainteresować się losem swojego, jedynego już klienta.

Jeździli po okolicy do wczesnego popołudnia i opowiadał kobiecie o pogmatwanej historii tych okolic, swoich własnych przejściach jak i bajkach zapamiętanych z dzieciństwa, gdy jego niania próbowała nie pozwolić mu zasnąć ponieważ po kilku minutach budził się z krzykiem, wzywał ją i prosił by opowiadała dalej.

- Mój syn także wszystkiego się bał, do SS w żaden sposób się nie nawał, był typem zamkniętego w sobie naukowca, ale jego ojciec, przesiąknięty ideologią narodową w żaden sposób nie wyobrażał sobie syna w domu, kiedy całe Niemcy...

- Wszyscy przegraliśmy tę wojnę, ja na przykład nie mogłem tutaj przyjeżdżać do 91 roku, ponieważ ziemie te nie należały już do mojej ojczyzny. Dopiero jakieś sześć lat temu przemogłem się, ale niepotrzebnie. Kiedy pierwszy raz po tylu latach stanąłem pod tym krzyżem ogarnął mnie pusty śmiech. Lata marzeń, że jednak jakieś obrazy z dzieciństwa ożywią się, spotkam matkę, brata lub chociażby zakichanego ojca okazały się mrzonką z pogranicza pokoju lekarza - psychiatry.

Kierowca z piskiem ominął jakąś furmankę wypełnioną pijanymi mężczyznami wymachującymi jakże kiedyś znajomymi flagami.

- Nie mogę tylko zrozumieć, po co w dalszym ciągu co roku ciągnie mnie pod ten krzyż ? Kiedy tylko nadejdzie maj nie mogę usiedzieć w domu. Już tyle razy obiecywałem sobie, że nigdy więcej nie wsiądę do pociągu a później nie znajdę się pod tym zdechłym skrzyżowaniem tęsknoty za czasem przeszłym z niezrozumiałością, która kieruje naszą psychiką, że...

- Proszę się nie gniewać, że panu przerywam, ale ja także. Przyjaciółki pukają się znacząco w czoło kiedy słyszą iż znowu wybieram się na to pustkowie. Namawiają bym chociaż raz poleciała z nimi na ciepłe plaże uwolnione od przeszłości, ale nie potrafię. Na szczęście rodzinny lekarz twierdzi, że w przyszłym roku podobna podróż będzie już niemożliwa.

Nagle złapała go za rękę.

- Może pan coś dla mnie zrobić ? - zapytała i nie czekając na odpowiedź szybko dodała - wynajmę kurwę niech dla nas wieczorem zatańczy. Podobno syn noc poprzedzającą śmierć spędził w burdelu, więc może wczuje się w jego psychikę na kilka minut przed - jak mawiał pewien idiota z zabójczym wąsikiem - ostatecznym rozwiązaniem ? Sama nie zdobyłabym się na taki gest, ale z panem ? Dlaczego nie ? Wiem, że to idiotyczne, ale przecież całe życie składa się z nic nie znaczących gestów, słów wypowiadanych z przeświadczeniem że się kłamie, patosu wręcz przelewającego się nam przez uszy.

- Dotknęła pleców kierowcy i kazała wieść się do hotelu. Po drodze zawadzili o jego przytułek, przebrał się, dla kurażu łyknął kielicha z butelki wcześniej przygotowanej na podróż ze spaceru pod krzyż i zszedł do oczekującego go samochodu.

Kobieta spała na tylnym siedzeniu jak dziecko podłożywszy dłonie pod twarz.

- Proszę ją zrozumieć - powiedział kierowca, kiedy nie wiedział jak ma się zachować i czy nie wrócić do swojego pokoju - miała ciężkie życie. Przez lata pracowała jako szwaczka, a teraz przez cały roku głoduje, by raz na dwa lata wynająć mnie i przyjechać w to miejsce. Dlaczego akurat tutaj nie wiem ? Jest jednak pewne, iż żaden jej syn nie zginął pod krzyżem, co ciekawsze nigdy nie miała dzieci, ani męża. Całe dorosłe życie spędziła samotnie w wynajętym, umeblowanym pokoju, kiedyś wynajmowanym na godziny, a około 50 roku przebudowanego dla takich jak ona gołodupców. Teraz mieszka w domu starców i na każdy dłuższy wyjazd musi wyrazić pozwolenie lekarz i dyrektor, ale oni nie specjalnie przejmują się dewiacjami swoich podwładnych. Telefonuje wtedy do firmy transportowej i wynajmuje mnie na dziesięć dni. To wszystko, proste aż robi się niedobrze.

W tej samej chwili obudziła się kobieta, uśmiechnęła i kazała pospieszyć się. U siebie, czyli w eleganckim hotelu w centrum Lwowa chwilę porozmawiała z recepcjonistom, w końcu

wepchnęła mu w dłoń kilka banknotów i wróciła do mężczyzny czekającego na nią w skisłym fotelu.

- Mamy czas do ósmej, zapewniono mnie iż panienka zjawi się punktualnie.

Zjedli coś, napił się kilka kolejek z wyraźną akceptacją płacącej za wszystko kobiety.

- Może podzielimy się kosztami ? - zdziwił się słysząc własny głos.

Z niecierpliwością odsunęła od siebie nietkniętą szklankę śmierdzącego piwa.

- Przecież to zginął mój syn...

... ale - przerwał jej - ja wcześniej chodziłem pod ten krzyż.

Zamyśliła się, skinęła na kelnera i coś mu tam szeptała do ucha.

- Twierdzi - uśmiechnęła się - że słuszność jest po mojej stronie.

Panienka nie była specjalnie ładna, ale bezkompromisowa. Nie pytana pokazała pomięte zaświadczenie o nieposiadaniu choroby zwanej Aids, zaciągnęła zasłony i włączyła magnetofon.

- Ponieważ tańczę przed Niemcami żądam by mnie nie obłapiano, ani nie mierzona laubsegą odległości pomiędzy sutkami. Co do dalszych usług porozmawiamy po seansie, ale sto euro zaliczki poproszę położyć na stole.

Kiedy się obudził był już świt. Kobieta, której syn podobno poległ w pobliżu Lwowa nie było w pokoju. Ani jego portfela. Zdegustowana, iż nikt jej przez całą noc nawet nie próbował dotknąć, panienka spała w fotelu bezwstydnie przerzuciwszy nogi przez oparcie fotela.

Szybko i cicho ubrał się i wymknął z hotelu po raz kolejny przysięgając, że już nigdy więcej nie przyjedzie w te strony, ale nie bardzo w to wierzył. Krzyż z majaczącymi w pobliżu postaciami rodziców miał w sobie siłę większą niż magnes.

 

LXIX. Pogrzeb trzydziesty czwarty, siermiężny.

 

Na stole stały trzy butelki wódki, rozpieczętowane i lekko ubrudzone palcami które je dotykały.

Za oknami szalała wichura pomieszana z dziwną ciszą panującą wewnątrz pokoju w którym siedzieli.

W rogu leżała poranna gazeta z wielkim zdjęciem na pierwszej stronie, oraz tekstem wydrukowanym drobnymi literami w suchych słowach streszczającymi życie mężczyzny, który akurat dzisiaj miał zostać pochowany.

- Jeżeli kiedyś tam był taki sławny i wielki, dlaczego poza nami nikt nie wybiera się na jego pogrzeb ? - nie to zapytał ni stwierdził najmłodszy z nich wszystkich siedzący na podłodze z podkurczonymi nogami.

- Skąd wiesz, że poza nami nikt nie pofatyguje się na cmentarz ? Przecież jeszcze na nim

nie byliśmy ?

- W taką pogodę ?

- Pogoda nie ma tutaj nic do powiedzenia. Liczy się wyłącznie pamięć, tak o człowieku jak i jego uczynkach.

Siedzący na podłodze roześmiał się.

- Wymazali jego nazwisko ze wszystkich encyklopedii i słowników.

- Nie jego nazwisko tylko nasze, i nie ze wszystkich. W encyklopedii historii ruchów robotniczych i socjalistycznych ma całe dwie strony gęstego druku.

- Nikt tego nie czyta.

- Polacy w ogóle przestali czytać. Może poza wyciągami z banków.

Zabrzmiał dzwonek telefonu, ale żaden z nich nawet się nie poruszył. Od kilku dni dziennikarze nie dawali mi spokoju, jakby ich wujek był pępkiem świata.

- Zmówiłeś wieniec z napisem - nie patrząc na siedzącego na podłodze zapytał jeden z trójki pozostałych.

- Zwariowałeś ? Jaki wieniec ? A za co kupiłbym te flaszki ? - wskazał na stół.

Pytający mężczyzna wstał, podniósł brata z podłogi i wypchnął za drzwi na korytarz.

- Przeklęte ścierwo. Dla niego liczy się tylko wóda i Legia Warszawa, chociaż mieszka w dziurze w której nie ma nawet porządnej knajpy i normalnego kina.

- O przepraszam - zaprotestował drugi w kolejności brat - kino to mamy wszędzie, wystarczy popatrzeć przez okno. Podobnej pojebanej mieściny nie powstydziłby się żaden western, nawet klasy C.

- Ale trzy lata temu przejeżdżał tędy papież. I to dwa razy.

Popatrzyli na siebie z niedowierzaniem.

- To już minęło trzy lata ? Co przez ten czas zrobiliśmy ?

- Trochę się postarzeliśmy. Nic poza tym. Po pierwsze środki unijne jakoś do nas nie docierają, po drugie nie za bardzo mamy się czym pochwalić. Gdyby nie zmarły wujek...

...przecież nawet ani razu nie widzieliśmy go na oczy.

- I co z tego ? Wiemy o tym tylko my, ale na użytek mas możemy wymyślić ładną historię.

I wymyślili jak to pomagał im w nauce, dzieci głaskał po głowie, bezpańskie psy przygarniał na swoje podwórko.

- I za takie bzdety żądacie dwa tysiące ? - dziennikarz z mikrofonem do którego zatelefonowali, a który przyleciał jak oparzony, popatrzył na nich z niedowierzaniem - dzisiaj słuchacze wymagają sensacji, wasz tekst był dobry dla lat sprzed przełomu. Dzisiaj komunista nie może być przedstawiany jako dobry, wykształcony i uczciwy człowiek, ponieważ mija się to z wizerunkiem jaki ma słuchacz. Dla niego wszystko co stare jest złe, nijakie i bezbarwne.

- A Czerwone gitary ?

- Nie rozmawiamy o słupach milowych w polskiej piosence, ale o przywódcach państwowych, którzy swoją władzę znaczyli brutalnością, kłamstwem a przede wszystkim podporządkowaniem się dyrektywom z Kremla. Za taki, lub podobny tekst, jestem gotowy zapłacić nawet...

Zrzucili go ze schodów. Jaki był ich wujek nie za bardzo wiedzieli, ale z tego co pamiętali z opowiadań matki strasznie lubił przypalone kotlety, pieczarki w śmietanie, domowej roboty nalewkę, więc ich zdaniem nie mógł być złym człowiekiem.

- Zbierajmy się, pójdziemy sprawdzić czy na cmentarzu nie kroi się jakaś prowokacja.

Wypili po kielichu, darowali karę najmłodszemu z nich i jakoś dojechali na podmiejski cmentarz pomimo zadymki śnieżnej, zimna i braku jakichkolwiek chęci uczestniczenia w czekającej ich ceremonii.

Cmentarz jednak był pusty, jak tylko o tej porze rok może być kawałek ziemi ogrodzonej rozlatującej się płotem, na której nie tylko nie chciał położyć się nikt przy zdrowych zmysłach, ale także grzechem byłoby chowanie kogokolwiek.

Poszli w kierunku plebani zapytać się księdza, jak jest możliwe w tak nieludzkich warunkach chować jakby nie było jednego z kiedyś bardziej znanych obywateli tego kukiełkowego kraju.

- Nic o żadnym pogrzebie nie wiem - ksiądz był na wpół ubrany, rozespany a z lewej dłoni wystawało mu kilka kart - pewnie jak zwykle dziennikarska kaczka. Kiedy nie mają o czym pisać najłatwiej przychodzi im wymyślić pogrzeb. Temat chwytliwy, tym bardziej kiedy ma się pochować kogoś znanego. Za moich czasów słyszałem już o czterech pogrzebach Ćwiklińskiej, co najmniej dwóch Jaracza oraz kilku Tońcia i Szczepcia. Tych ostatnich zawsze chowano w jednym grobie, ponieważ według niektórych była to jedna osoba.

Zdezorientowani nie wiedzieli jak się mają zachować. Widząc ich miny ksiądz zaordynował :

- Proszę zostawić coś na tacę, pomodlę się za waszego wujka, bez względu na fakt gdzie się dzisiaj znajduje i jak się czuje, a wy do domu, książki na stół i uczyć się.

- Ależ proszę księdza - zaprotestowali - wszyscy mamy już około pięciu dych ! Jaka nauka, jakie książki ?

- Chodźcie za mną, tylko niczemu się nie dziwcie.

Przeszli przez kuchnię, w której siedziały trzy młode dziewczyny pochylone nad kartami, aż w końcu znaleźli się w pokoiku całym zawalonym szkolnymi książkami. Różnymi, z techników, liceów, szkół przysposobienia zawodowego jak i kilka z wyższych uczelni.

- Psia krew - westchnął ksiądz - nie przypuszczałem że tego aż tyle, ale ostatnio wszyscy grają w karty, jakby nic innego nie mieli do roboty.

- I ksiądz zawsze wygrywa ?

Ten rozłożył ręce w geście jakby bardzo nie chciał ale musi.

- Nie ja, lecz on - prawą, wolną od kart ręką wskazał na sufit.

Wracali przez śnieżycę jakby trochę przygnębieni, nie rozmawiali ze sobą, widać każdy zastanawiał się co to wszystko miało oznaczać.

Kiedy tylko znaleźli się w domu wysłali najmłodszego do kafejki internetowej by jako jedyny znający się na tego rodzaju wybrykach zorientował się co w trawie piszczy.

Wrócił po prawie trzech godzinach, kiedy w butelkach znajdujących się na stole prześwitywało dno.

- W żadnym z portali nie ma ani słowa o naszym wujku, jedynie w wyszukiwarce Google znalazłem informację...

- Jakiego języka używasz chłopcze ? - zapytał najstarszy z braci, podszedł do okna i popatrzył pustym, otępionym przez alkohol wzrokiem w przestrzeń. Znowu nie poszedł do biura pośrednictwa pracy i kolejną noc jego wyblakła żona spędzi u kochanka. Ile razy nie położył na stole zaświadczenia, że coś próbował w swoim życiu zmienić, pakowała szczoteczkę do zębów, piżamę - jakby była jej potrzebna - i przenosiła się dwa domu dalej do niewysokiego mężczyzny niezbyt cieszącego się z jej częstych wizyt. Od beznamiętnego cipupciania wolał godzinami wpatrywać się w ekran telewizora, gdzie na programie numer sześć dwadzieścia cztery godziny na dobę reklamowano niezwykłe urządzenia jak : nie płaczący nóż do krajania cebuli, pastylki na natychmiastowe schudniecie, preparat na beżyłkowe łapanie ryb w stawie, warkocz dla niemowląt znacznie wyszczuplający na zdjęciach z uroczystości chrzczenia i mnóstwo podobnych głupstw.

Każda wizyta żony sąsiada tylko naruszała jego spokój, więc naturalnie że nie przepadał za nimi.

- Pozostaje tylko jeden sposób żeby rozwiązać sprawę niewygodnego wujka - powiedział kiedy w końcu oderwał się od okna - by nie płacić księdzu nadaremno jutro pochowamy go na polu Mietka pod lasem. Rano spotkamy się jak zawsze na piwku u Alberta, a jak tylko nasze makolągwy znikną w autobusie wykopiemy grób, wsadzimy w niego tę przeklętą gazetę, która wywołała tyle zamieszania, i możemy stypować.

- Pewnie stepować - poprawił go najbardziej wykształcony.

- Dobrze wiem co mówię, stypować. Wyraz ten pochodzi od słowa stypa , czyli...

Jednak w nocy temperatura spadła do minus dwudziestu stopni, więc z pogrzebem musieli poczekać do roztopów, ale stypowali co dzień.

Nawet żona najstarszego z braci przestała domagać się od niego wizyt w urzędzie zatrudnienia, widać doszła do słusznego wniosku, iż gdy ktoś codziennie stypuje nie ma czasu na inne zajęcie.

 

LXX.

 

W końcu dotarł do sedna sprawy. A okazało się ono wyjątkowo błahe i - jeżeli można tak powiedzieć - trywialne. Mianowicie nikogo dłużej nie interesował już fakt, co ma do powiedzenia.

Nie zdziwiło go to, przeciwnie, od przeszło trzydziestu pięciu lat, czyli od dnia debiutu jako poeta w lokalnym dodatku literackim do codziennej gazety, mówił głośno że pisanie nie jest jego powołaniem, ale nikt nie chciał słuchać.

W końcu sam w to uwierzył i jakoś poleciało. Stopniowo zdobył pozycję, a za tym i jakieś uznanie, a w końcu nawet przelotną sławę, cały czas dziwiąc się że pisane z takim trudem i wysiłkiem eseje, opowiadania a w końcu i powieści znajdują czytelników.

Ożenił, rozwiódł, przeniósł do stolicy, zamieszkał w o wiele jak na jego potrzeby za dużym mieszkaniu przyznanym mu po nacisku odpowiedniej organizacji do której naturalnie należał nie chwaląc się tym, ale także zbytnio nie narzekając.

Lata zmiany ustroju z gorszego na jeszcze głupszy spędził zagranicą doradzając pewnemu ambasadorowi jak ma się ubierać, zachowywać przy stole, wysławiać, jakby sam to wszystko wiedział. Jednak pewne instytucje sądziły że jako pisarz zna się na tym niejako automatycznie, chociaż nawet z gramatyką języka uznawanego w pewnych kręgach za ojczysty miał wielkie problemy.

Wrócił do Warszawy i jeszcze przez kilka lat wiodło mu się całkiem nieźle, aż do dnia kiedy pewne aż za bardzo jego zdaniem opiniotwórcza gazeta rozpisała ankietę kto z obecnych ludzi pióra będących na świeczniku zasługuje na najmniejsze zaufanie.

Chociaż ankieta była anonimowa, ale rozpisana wyłącznie w tak zwanym środowisku, więc wcale się nie zdziwił kiedy zajął pierwsze miejsce razem z pewnym wyjątkowo tępym grafomanem, okrzykniętym gwiazdą po skompilowaniu powieści żywcem zerżniętej z Hrabala i Kundery.

Przez jakiś czas nic się w jego życiu nie zmieniło, w dalszym ciągu codziennie w południe zachodził do Czytelnika na kawę i paskudny obiad, zawsze siadając przy tym samym stoliku i mając za partnerów takich samych jak on skretyniałych wyrobników kiedyś pióra, teraz pewnie komputera albo dyktafonu.

Przedwczorajszy dzień jak zwykle w Czytelniku zapowiadał się nudno i nieciekawie, aż do momentu, kiedy nie podeszła do niego młoda dziewczyna proszą o chwilę rozmowy.

W pierwszej chwili przestraszył się że to nieślubna córka, obsesja ta prześladowała go od lat, konkretnie od pewnego poranka kiedy pewna poznana kilka godzin wcześniej kobieta poinformowała go że jest w ciąży.

- I wiesz to natychmiast po spędzonej ze mną nocy ?

Popatrzyła na niego jak na przedmiot, który pewnie w jej przekonaniu był.

-- Przecież sypiamy ze sobą już od przeszło roku.

Nawet lekarz do którego natychmiast się udała nie był w stanie pomóc, zapisał jakieś pastylki na uspokojenie, zalecił wypoczynek i dłuższy wyjazd.

Od tego momentu jednak prześladowała go wizja córki ( dlaczego nie syna ? ) która podchodzi do niego i...

No właśnie, co ?

I przedwczoraj właśnie, kiedy ta dziennikarka podeszła do niego był w stu procentach przekonany że to jego właśnie odnaleziona córka.

- Naturalnie, że będę płacił, za wszystko co chesz. Naukę, mieszkanie...

- Może zaprosić mnie pan na kawę ? - w oczach miała lato - chcę z panem chwilę porozmawiać o - przez chwilę namyślała się - szeroko pojętej niemożliwości przestania pisania. Czytałam, że pan wielokrotnie przestawał pisać, ale zawsze wracał.

- Partia bywała bezlitosna, jak już pchnęła człowieka na ten odcinek nie było możliwości wycofanie się, chyba że przeszło się do...

- Nie rozumiem ? - jej oczy wyrażały lęk.

- Żartowałem, proszę przyjść od mnie jutro po południu to porozmawiamy.

A teraz spała w jego piżamie a on siedział w fotelu, patrzył w ekran nie włączonego telewizora i zastanawiał się, dlaczego tak szybko zdecydował się na zaproponowanie jej łóżka. A ona się na to zgodziła.

Jak tylko weszła do mieszkania, trochę się rozglądnęła, skorzystała z łazienki, wypiła nie więcej jak łyk koniaku i wtedy właśnie zapytał jej czy będzie nietaktem z jego strony gdy poprosi ją by się rozebrała, co wykonała w kilka sekund, okręciła się wokół własnej osi, ujęła ze rękę i zaprowadziła do łóżka.

Kochali się bardzo krótko, szybko i chaotycznie. A dziewczyna natychmiast po stosunku zasnęła. Co prawda wcześniej poprosiła o papierosa i ręcznik, ale kiedy stanął koło łóżka z gdzieś znalezionym Carmenem dziewczyna spała. I tak od dwunastu już godzin.

Teraz podszedł do niej i dotknął jej pulsu, poważnie zastanawiał się, czy coś się jej nie stało.

- Nie martw się - powiedziała nagle nie otwierając oczu - od najmłodszych lat uniwersyteckich po pierwszym stosunku z nowym mężczyzną śpię około osiemnastu godzin, po drugim szesnaście aż do unormowania się snu, więc się mną nie przejmuj.

Odwróciła się na drugi bok, głęboko westchnęła i tyle jej było. W kilka godzin później, kiedy jak zwykłe nudził się przy stoliku w Czytelniku, nagle przyszła mu do głowy myśl, że przecież dziewczyna jest jakby nagrodą za przestanie pisania. Tylko od kogo ?

Nie wiedział, jak i mnóstwa innych rzeczy, na przykład czy jak wróci do domu wszystko zastanie na swoim miejscu. Z duszą na ramieniu otwierał drzwi, ale mylił się, mieszkanie było posprzątanie, jego ukochana zupa pomidorowa gotowała się na wolnym ogniu, a jakaś kompletnie nieznana mu kobieta opalała się na balkonie.

Dyskretnie podszedł do okna i popatrzył na nią. Miała około pięćdziesięciu lat, wyraźne ślady po zrzuconej nadwadze jak i jego książkę w ręce.

Przeszedł do drugiego pokoju i popatrzył z nadzieją na tapczan, ale niestety nie spała na nim młoda dziewczyna.

- Co robi pani w moim mieszkaniu ? - krzyknął jak tylko kobieta opuściła balkon i wymijając go bez słowa usiłowała przejść do kuchni.

- Od trzydziestu pięciu lat sprzątam, gotuję czasami, ale ostatnio na szczęście coraz rzadziej, daję dupy wielkiemu pisarzowi, który nie potrafi napisać z sensem ani jednego zdania. Gdyby inni ludzie mieli do swoich zajęć podobny talent co ty do pisania, mieszkalibyśmy w szałasach, odżywiali się runem leśnym, a dalszym ciągu porozumiewali się łaciną, a...

Podszedł do telefonu i zadzwonił na policję. O dziwo pamiętał ten numer bez sięgania do pomocy książki telefonicznej.

- Panie Adamie - poprosił oficer dyżurny - dzwoni pan do nas osiemnasty raz w tym tygodniu, a dzisiaj przecież dopiero środa, w nocy przeszkadzała panu jakaś młoda, śpiąca od dwunastu godzin dziewczyna, która podobno zamknęła oczy zaraz po stosunku, co tym razem ?

- Starsza kobieta prawie nago opalająca się na balkonie. Na ciele ma ślady po szybkim odchudzaniu się, a na prawym ramieniu tatuaż przedstawiający aktora Atkinsona jak zamienia się w żółwia. Zna ją pan ?

- Zaraz sprawdzę - sierżant odłożył słuchawkę, napił się wiśniówki prosto z butelki odebranej jakiemuś tuzinkowemu przestępcy i zastanowił nad losem kobiet mieszkających i opiekujących się wariatami.

Po chwili podniósł słuchawkę i poprosił :

- Podaj mi pan tę kobietę do telefonu. Może przyzna się kim jest ?

Kiedy usłyszał znajomy głos zapytał :

- Mam dzisiaj wolną na całą noc celę, przyjdziesz ?

- A co mam zrobić z wariatem od trzydziestu pięciu lat udającym pisarza ?

Udawał, że się zastanawia.

- Podeślę mu dziewczynę, która w nocy zasnęła w jego łóżku natychmiast po stosunku - zażartował.

- Wszystko, tylko nie ją. Cały dzień okropnie był podniecony, aż bałam się by czegoś sobie nie zrobił.

- Najwyższa pora.

- Nie mów tak, przecież jakby nie było korzystamy z jego dorobku, przynajmniej materialnego. Przyjdę o dziewiątej.

Kiedy odłożyła słuchawkę pan Adam siedział przy maszynie do pisania ale przyciskał tylko jedną literę. Na śnieżnobiałej kartce papieru powstawała kolejna powieść, tym razem rozpoczynająca się i kończąca na śmieszną literę d .

 

LXXI. Pogrzeb trzydziesty piąty. Niezbyt wiele różniący się od poprzednich, ale zawsze.

 

Nie było w niej nic materialnego, ale teraz leżąc w trumnie nie wywoływała podobnych skojarzeń.

Wprost przeciwnie, wyglądała na bardzo skromną, ale to było mylne wyobrażenie, ponieważ przez całe dorosłe życie uprzykrzała wszystkim kręcącym się wokół niej życie nie pozwalając nikomu ani na chwilę zapomnieć kto tutaj rządzi.

A teraz prawie ci wszyscy zebrali się przy jej trumnie by głośno opowiedzieć jaka z niej była jędza.

Trochę zdziwili się, kiedy na pięknie wydrukowany zaproszeniu nie było ni słowa o dacie, godzinie i miejscu pogrzebu, ale kilka słów składających się na zdanie : Proszę wszystkich zainteresowanych do stawienia się we wtorek o godzinie siedemnastej w auli Wyższej Szkoły Pedagogicznej, w której zmarła była docentem, i wygłoszenia swoich uwag na temat bezczelnego, grubiańskiego a czasami nawet chamskiego zachowania się mojej brzydkiej żony tak w pracy jak i w życiu prywatnym. Nadzwyczaj uprzejmie proszę o przybycie pana K. znanego mi jako Okrągły Misio, domniemanego wieloletniego kochanka zmarłej o podzielenie się informacjami na temat jej prawdziwego charakteru.

Podpisał to własnoręcznie jej mąż, profesor K. ceniony specjalista od rur wyginających się wbrew prawo natury i fizyki.

O oznaczonej porze aula pękała w szwach, w przeważającej jednak większości ciekawskimi, którzy ani myśleli wygłupiać się i zabierać głos, ciekawi jednak co na temat tej wiedźmy inni mają do powiedzenia.

Po puszczeniu kilku taktów z ukochanego przez zmarłą koncertu Brahmsa na mównicę wyszedł wdowiec i jąkając się - co w jego przypadku było nietypowe, ponieważ znany był z pewności siebie i zdecydowania, naturalnie kiedy w pobliżu nie było żony - wyseplenił :

- Nie wiem dlaczego przez tyle lat siedziałem jak zając pod miedzą, a teraz kiedy droga mi osoba przeszła na drugą stronę cienia, pokonując wydawałoby się nie do przeskoczenia zgięcia, wybrzuszenia i hopki na drodze ku wieczności poprosiłem państwa o to spotkanie, by po raz pierwszy, ale także ostatni, postarać dowiedzieć się trochę więcej o jej niełatwym charakterze, który na tyle lat odciął nas od prawdziwego życia.

Przez półtorej godziny nie można było dostać się na mównicę, wszyscy bez wyjątku przedstawiali zmarłą jako heterę, niewdzięcznicę, kobietę zawistną, okrutną, pozbawioną jakichkolwiek ludzkich uczuć.

I nagle do głosu dopchał się pan Edzio, odwieczny portier na uczelni, człowiek spokojny i prostoduszny, którego wszyscy uważali za półgłupka trzymanego w pracy wyłącznie przez litość.

Widać wcześniej golnął sobie kilka kielichów, ponieważ stał przed tłumem domagającym się prawie linczu i śmiał się.

- Co wy pieprzycie za farmazony ? Jaki tam z niej był potwór ? Prawie dwadzieścia sześć lat, jak tylko pewna komórka dawnego, podkreślam - krzyknął - dawnego urzędu bezpieczeństwa załatwiła mi tą dodatkową fuchę, bym bezpośrednio mógł przyglądać się co dzieje się na uczelni, pani Docent dwa razy w tygodniu odwiedzała mnie w domu na osiedlu i za każdym razem przynosiła pół litra, chociaż dzięki dwóm etatom i ja mogłem czasami kupić pół basa, a za wczesnego Gierka nawet zagrychę, więc teraz nie pieprzcie mi że była zimna i zła.

Przerwał, rozejrzał się po ogłupiałej sali, pociągnął łyka z małej buteleczki używanej przez harcerzy dawno temu i kontynuował, teraz już jednak nie tak pewnym głosem.

- Pan małżonek się myli, nie miała kochanka, ponieważ coś bym na te temat wiedział. Pani Docent nie miała przede mną żadnych tajemnic - i tutaj by dać wyraz prawdzie opowiedział trochę o życiu na uczelni, w domu, jak i sypialni.

- Kiedyś wypiła o jednego za dużo i narysowała mi jakiego pan małżonek ma ptaszka, gdzieś powinienem mieć tę kartkę - pogrzebał w służbowych, brudnych spodniach i po chwili wymięty kawałek papieru pojawił się w jego ręku - zanim przystąpimy do demonstracji jedna uwaga, sypiałem z nią rzadko i tylko na wyraźną zachętę ze strony pani docent. Nigdy podobne propozycje nie padły z mojej strony chociaż przyznaję, podobała mi się, szczególnie gdy sobie porządnie popiłem.

Zamilkł, jakby z niedowierzaniem popatrzył na kłębiących się przed nim, teraz jakby zamurowanych, tłum w większości znajomych twarzy.

- Nie większe mniemanie niż o ptaszku męża miała pani docent o współpracownikach na uczelni.

- Zgniły, a przede wszystkim do cna zdemoralizowany element napływowy, przeważnie ze wsi tyle mający pojęcie o nauce, co ja o zawodzie astronoma.

Poleciało w jego kierunku kilka zmiętych kulek papieru, jakaś parasolka, żyrandol. Nie zwracał jednak na te drobiazgi żadnej uwagi.

- Najbardziej nie lubiła kierownictwa uczelni. Uważała, iż w dawnych czasach utrzymywało się przy żłobie wyłącznie dzięki poparciu partii, dzisiaj kurii.

- Co za różnica ? - pytałem nalewając kolejną szklankę, a ona odpowiadała śmiejąc się przy tym jakby wstąpił w nią dybuk - żadna kochanie, tylko msze trwają dłużej i są o wiele nudniejsze jak kiedyś nasiadówki w komitecie.

Popatrzył przed siebie, zachwiał się ale na szczęście zdołał przytrzymać odświętnie przybranej mównicy.

- Nie będę opowiadał jak wyrażała się o reszcie rodziny, współtowarzyszach pracy, pracownikach naukowych uczelni. Na koniec powiem tylko jedno, miała was w wielkiej pogardzie, co do jednego.

Jeszcze przez chwilę stał na mównicy, jakby nie wierząc że to wszystko zdążył powiedzieć. Na sali zapanowała cisza i niektórzy z gapiów zaczęli się z niej wycofywać.

- Tylko nie warzcie mi się przychodzić na cmentarz ! - jeszcze na chwilę dorwał się do mikrofonu, ale natychmiast wyłączono go.

- Teraz możecie mnie pocałować w dupę - mamrotał ześlizgując się z kilku schodków prowadzących na mównicę.

Nagle, jakby kierowany jakimś impulsem podszedł do wdowca i uścisnął mu dłoń, silnym, wiele znaczącym gestem, jakby łączyli się teraz we wspólnej żałobie.

Później kilku mówców usiłowało coś powiedzieć na temat zmarłej, ale ich wystąpienia bardziej przypominały żenujące popisy w Sejmie, niż próbę opisania życia, czy działalność zmarłej na polu naukowym.

Zamknięto więc bar i w podgrupach przeniesiono się do innych zajęć. Przede wszystkim starano się zapomnieć co powiedział pan Edzio, ale to nie było takie łatwe. Słowa prawdy, nawet głęboko przez lata schowanej bolą, i to czasem bardzo.

Wieczorem mąż pani docent z synami i córką usieli przy kuchennym stole na którym wa- lały się zdjęcia mamy. Nie wiadomo kto je tam położył.

- Nie jest dla was tajemnicą, iż życie mamy i moje nie układało się najlepiej.

Córka, mała, tłusta zgryźliwa, szybko postarzała kobieta wyciągnęła papierosa z ust i zaczęła się śmiać.

- Co ty nie powiesz ! Grób Tutenchamona odkryto wiele lat temu, a ty nie potrafiłeś powstrzymać matki by nie zadawała się z tym typem ! Co za wstyd, jak teraz pokażę się na siłowni ?

Odwróciła się i wytarła nos w firankę. Wiedziała, że mama nienawidziła jej nieliczenia się z prawami higieny, ale przecież...

- Wyjdź stąd natychmiast ! - krzyknął ojciec - rzygać mi się chce kiedy patrzę jak niszczysz wszystkie, z taka trudnością przez mamę, zdobyte dobra. Wycieraj swój obrzydliwy pysk w siebie.

Zdumiony własną agresją przerwał na chwilę lecz to wystarczyło, by ukochana córka podbiegła do niego, wytarła nos w jego śnieżnobiałą koszulę, przez sekundę z nonszalancją popatrzyła na dwóch zblazowanych braci zajętych liczeniem palców u swoich dłoni i wyszła z kuchni jako obrażona dama.

- Czy naprawdę nie możemy znaleźć faceta, nawet za opłatą, który wydmuchałby naszą siostrunię jak na to zasługuje prawie każda kobieta ?

- Zamilcz - poprosił go ojciec - nie wystarczy ci iż matka dmuchała się za całą rodzinę. I to przez dwadzieścia sześć lat - dodał po chwili, widać dotarły do niego szczegóły z przemowy Edzia.

- Niestety czyjeś dmuchanie nie rozkłada się równomiernie na pozostałych członków rodziny. Gdyby tak było siostrunia chodziłaby wniebowzięta a Pawełek - z niechęcią spojrzał na młodszego brata - nie wykorzystywałby zależności służbowej i nie przywoził na weekend do domu co najmniej czterech Ukrainek.

- Przede wszystkim myślę o was. Taty nie stać już na samodzielność w podrywaniu studentek, zaś ty chyba najlepiej wiesz co mi zawdzięczasz.

- Chorobę weneryczną którą zaraziłem żonę. Poza tym jedna z twoich protegowanych ukradła mi w zeszłym tygodniu telefon komórkowy.

- Nie ukradła, tylko potraktowała jako zapłatę za dodatkowe usługi. Ja płaciłem im wyłącznie, że tak powiem, za bazę, a jeżeli ma się fanaberie...

- O czym mówicie ? - zdumiał się ojciec nalewając każdemu do szklanki odrobinę whisky z oszronionej starością butelki.

- O życiu doczesnym pod dachem szanowanej w mieście rodziny, której religijność wręcz promieniuje na okolicę.

- Kościoła do tego nie mieszaj - ojciec pogroził mu palcem - jest wieczny, więc...

...i co z tego ? Ale proboszczowi także się ...

Nie zdążył dokończyć, ponieważ gdzieś z głębi domu doszedł ich przeraźliwy krzyk siostry.

- Coś z nią musimy zrobić, inaczej...

- Zadzwońmy po pana Edzia. Przez lata uszczęśliwiał mamę, więc może pomoże nam w ujarzmieniu jej córki.

Ojciec podszedł do niego i z całej siły uderzył w twarz. Niemal w tej samej sekundzie szklanka potoczyła się po chodniku kreśląc dziwne kółka, niesymetryczne.

- Wynoście się stąd, nie potraficie uszanować pamięci matki.

Nie patrzył na nich, chociaż wiedział że ani matka, ani on sam kompletnie ich nie interesują. Tak zostali wychowani.

- Nie pokazujcie się na cmentarzu - zdziwił się słysząc własny głos - przyroda, a matka jest już jej częścią, nie życzy sobie śmieci na swoim łonie.

Zjawili się jednak wszyscy, jak mogło być inaczej, pogrążeni może nawet w szczerym bólu. Tylko pan Edzio stał z boku, dyskretnie zaciągał się trzymanym w zaciśniętej dłoni papierosem i zastanawiał się dokąd może zaprowadzić obłuda. Ale na szczęście dla siebie, żadne rozsądne rozwiązanie nie przychodziło mu do głowy. A kiedy jeszcze zaczął

padać deszcz miał tego wszystkiego dość. Wrócił do swojej budki na parterze szarego jak niejedno życie, poniemieckiego budynku i jak od lat to czynił, z wyraźną tępotą na twarzy, zaczął kontrolować wchodzącym, ale z większą niż zazwyczaj determinacją.

 

LXXII.

 

Po jakimś czasie kolorowe kółka na wodzie, które wywoływał rzucają kamienie, powoli przechodziły w szare, by w końcu rozpłynąć się w niebycie. Zastanawiało go to, przecież według praw logiki jeżeli coś już istnieje nie powinno znikać.

Ale od lat wszystko sprzysięgło się przeciw niemu. Żona, przyroda, szef w pracy. Nawet samochód, który kupił z takim wyrzeczeniem gdzieś się zawieruszył.

- Zawsze byłeś nieudacznikiem - powiedziała krzywym uśmiechem kobieta, którą sześć lat temu poprowadził do ołtarza, padał deszcz i w kościele zebrała się zaledwie garstka ludzi - nawet ożeniłeś się ze mną wiedząc, że nic dobrego nie może z tego związku wyniknąć, przecież kochałam kogoś zupełnie innego.

- Nic mnie to nie interesuje, kolorowe kółka na wodzie powoli przechodzą w szare, a później zupełnie znikają.

Kobieta niechętnie podeszła do okna, rozsunęła zmurszałe firanki i wskazując dłonią na obślizgłe, pełne powojennych rupieci podwórko ciągnące się aż po widnokrąg powiedziała ze wzgardą :

- Do najbliższej sadzawki z wodą jest mniej więcej sto dwadzieścia osiem kilometrów, i to w linii prostej. Jak więc możesz opowiadać o jakiś kółkach na wodzie ?

Zastanowił się a pamięć, dziwne urządzenie bez określonego miejsca postoju, podsunęła mu obraz pewnego mężczyzny, którego naturalnie niezbyt lubił, rozbierającego jego żonę.

- I nie reagowałaś ? Mogłaś przecież zawołać na pomoc matkę, brata, generała Świerczewskiego. Jeżeli tego nie uczyniłaś dowodzi niczego innego jak faktu iż chciałaś, by przewrócił cię na łóżko i zdupczył.

Kobieta popatrzyła na niego z nienawiścią. Od prawie sześciu lat kilka razy dziennie opowiadał jej tę wesołą historię, za każdym razem zmieniając tylko miejsce, w którym oddała się mężczyźnie, którego zresztą kochała. Ale jak długo można wymyślać miejsca w których można się kochać ? Najwyżej x-razy, więc sytuacje powtarzały się jak typy morderców w złych książkach kryminalnych.

I tym razem nie zapytała go, czy zażył przepisane prze lekarza pastylki, pewnie wyrzucił je jak tylko wyszli z apteki. W zamian zainteresowała się jak mają się króliki, które hodował, naturalnie wyłącznie w wyobraźni.

- Mam do ciebie prośbę - poprosił - zamiast opowiadać o królikach zdejmij stanik a ja pokażę ci prospekt samochodu, który mam zamiar kupić. Obszedłem wczoraj trzydziestu sześciu dilerów i jakoś nie mogę zdecydować się na markę.

Miał w oczach strach i ona także zaczęła się bać.

- Przecież wiesz, że nie obnażam się podczas postu. Tak nauczyła mnie matka, więc kontynuuję tę jakby rodziną tradycję.

- Ale przecież...podbiegł do ściennego kalendarza i zaczął wyrywać z niego kartki. Po siedemnastej triumfalnie na nią popatrzył.

- Przesunąłem czas o prawie trzy tygodnie, post już dawno minął, więc możesz...

Z niechęcią zdjęła bluzkę i rozpięła stanik. Czuła się przy tym jak mała dziewczynka przyłapana na obcinaniu warkocza. On tymczasem zupełnie nie był zainteresowany jej ciałem, tylko zdenerwowany szukał w dolnej szufladzie stołu centymetra.

- Jest na parapecie okna - podpowiedziała chcąc całą tę komedię mieć jak najszybciej z głowy.

Zmierzył jej obwód w biuście trzy razy a następnie rozejrzał się który z trzech komputerów otworzyć i porównać wynik z wczorajszym.

- Ten niby należący do córek.

- Odwróć się - rozkazał podchodząc do biurka - nie chcę byś zapamiętała hasło.

Na szczęście wymiary zgadzały się z wczorajszymi, więc pozwolił jej wrócić do kuchni. Z ulgą nałożyła stanik a później bluzkę obiecując sobie po raz pewnie milionowy opuścić go zaraz jak tylko zupę przyprawi śmietaną. Z drugiej jednak strony była pewna, iż tego nie uczyni, pewien dogmat w jej wierze nie pozwalał jej na pozostawienie męża samego.

- Gdy tylko córki dorosną - zawyrokowała, uwierzyła w co mówi i znikła na schodach prowadzących do piwnicy.

Kiedy został sam otworzył drugi komputer, a później trzeci coś tam w nich popatrzył, posprawdzał i nagle zdecydował się na wymontowanie z nich twardych dysków i nie używanie ich prze co najmniej dwa najbliższe miesiące.

- Ci, co nas podsłuchują także zasługują na odpoczynek.

Kiedy był gotów napił się, naturalnie nie gazowanej wody mineralnej prosto z butelki, przebrał skarpetki na te z dziurami na piętach, założył buty i wyszedł przed dom. Świtało.

- Jak to możliwe ? - zastanowił się - przecież zegarek wskazywał już południe - pewnie jak zauważyli iż rozmontowałem komputery zdenerwowali się i poprzestawiali coś w przyrodzie.

Nogą przesunął leżące na jego części ogródka grabie na stronę bratowej, przeżegnał się i ruszył w stronę przystanku autobusowego. Tym razem postanowił odwiedzić wszystkie większe sklepy sprzedające materiały do remontów dachów. Jak słusznie podejrzewał, ci co zakładają podsłuchy mogli jakieś czipsy wmontować w dach więc postanowił zrobić lekki remont, a przy okazji unieszkodliwić złośliwe przedmioty skrupulatnie rejestrujące o czym rozmawiają z żoną.

Wrócił pod wieczór cały zmarznięty i głodny. Dzieci siedziały przed telewizorem, więc natychmiast go wyłączył.

- Ile razy prosiłem by nie włączać go bez mnie ?

- Trzysta dziewięćdziesiąt osiem - opowiedziała bez chwili namysłu młodsza z rodzeństwa, piegowata istota pozbawiona dwóch zębów - ale mama pozwoliła.

Nie bez cienia niechęci wszedł do pokoju żony zajętej upychaniem baterii w jakimś nieznanym mu przedmiocie.

- Jeszcze przed ślubem obiecałeś teściowej nie wchodzić po mojego pokoju bez pukania, więc wyjdź teraz i zapukaj za pięć minut, jeżeli naturalnie do tego czasu nie zapomnisz co miałeś mi do powiedzenia.

- Nie włączaj telewizora kiedy nie ma mnie w domu. Prosiłem cie już tyle razy. Podsłuch może być wszędzie a nieumiejętne...

- A co z wodą w kranie ? - zapytała nie patrząc na niego.

Zastanowił się.

- Odpowiednią instrukcję wydam w przyszłym tygodniu. Do tego czasu starajcie się myć na mieście.

Następną godzinę zajęło mu oznaczanie części z komputerów, oraz upychanie ich w szafach pomiędzy ubraniami. W tym czasie dzieci zasnęły przed telewizorem, więc zaniósł je do łóżeczek skrupulatnie wcześniej sprawdzają je. Z pokoju żony dobiegły go jakieś dziwne odgłosy, ale tym razem postanowił się nie wtrącać.

Zasnął w sekundzie i śnił mu się gęsty, kolorowy jak kółka na wodzie, las przez który nie mógł się przedostać. Próbował się obudzić, ale nie było to takie proste, przecież wiadomo iż człowiek nie po to zasypia, by zaraz się budzić.

Gdzieś nad ranem jakieś dwa małe świderki borowały mu dziury w mózgu, ale i to dzielnie przetrwał. Nie przezwyciężył tylko odruchu sikania więc wstał i zdziwił się widząc żonę siedzącą przy biurku i coś tam piszącą. Czyżby także należała do spisku ? Postanowił sprawdzić czym się zajmowała jak tylko wyjdzie do pracy, ale kiedy obudził się naprawdę natychmiast o tym zapomniał. Wielki, czarny ptak siedział na drzewie naprzeciwko jego balkonu i bezczelnie zaglądał do mieszkania. Przegonił go miotłą z dowiązanym do niej zdjęciem największego Polaka. Jednak po kilku minutach obrzydliwe ptaszysko wróciło, usiadło na gałęzi i znowu zaczęło zaglądać po mieszkania.

- Z nikąd nie ma pocieszenia - pomyślał, ale nie zdążył postanowić co tym razem począć z natrętem ponieważ ktoś zadzwonił do drzwi.

Był to listonosz z comiesięczną zapomogą z ośrodka pomocy chorym, więc szybko przeliczył pieniądze i w sekundzie postanowił na co je przeznaczy. Kupi sobie nowy kapelusz, nową oponę do nieistniejącego samochodu a resztę, jeżeli wystarczy przeznaczy na nową kuchenkę dla matki. Co prawda w ubiegłym miesiącu kupił jedną, ale nie za bardzo mu się podobała. Poza tym postanowił odwiedzić matkę, a z pustymi rękami nie wypadało mu się pokazywać, chociaż tak naprawdę kolorowe kółka na wodzie nie mogły przechodzić w szarość, to tylko nieszczęśliwy zbieg okoliczności doprowadził do chwilowego zaniknięcia kolorów.

 

LXXIII. Pogrzeb trzydziesty szósty. Prowadzący w nieokreślonym kierunku.

 

Urzędnik siedział tuż pod wielkim godłem państwa, subtelnym, białym orłem którego korona chwiała się ( kiedy lewica była u władzy ) a w innych przypadkach wyjątkowo prosto zdobiła głowę drapieżnika.

Okno w pokoju było niestety otwarte i krzyki z pobliskiego placu zabaw, na którym wojsko uczyło się rozpoznawać przeciwnika nieskrępowane docierały do uszu niskiego, zażywnego staruszka już od ponad półgodziny wertującego zakurzone księgi.

- Niestety - powiedział w pewnym momencie podnosząc smutny wzrok na delikwenta, który ośmielił się zakłócić mu spokój w pracy - nie mogę wydać pozwolenia na pogrzeb ponieważ według naszych dokumentów pański brat nie istniał.

- Dlaczego nie odgrodzi się pan od tych piekielnych wrzasków każąc wyłożyć ściany pokoju korkiem, jak na przykład pisarz Proust ? - zapytał mężczyzna cały stojący przed biurkiem w postawie prawie na baczność.

Karzełek popatrzył na niego z niedowierzaniem.

- Bardziej od domniemanej śmierci brata interesuje pana moje zdrowie psychiczne ? - zapytał odkładając dziwnie zakrzywiony długopis i sięgając po papierosa.

- Interesuje mnie wszystko, co związane jest z szeroko pojętym człowiekiem - teraz już przysunął sobie bezpańskie krzesło, od kilku minut kręcące się wokół stołu, i usiadł na nim - mam to po babce.

Karzełek rozglądnął się poszukując popielniczki, ale jej nie znalazł, więc strzepnął popiół na podłogę.

- Nie jest to cecha zbyt popularna w dzisiejszych czasach, ponieważ może prowadzić do wielu nieprzyjemności. Na przykład właściciel kawiarni może pana z niej wyrzucić za głupi gest pokazany kelnerce, lub masarz z jatki na targu dołoży panu kilogram kości do półkilogramowego zamówienia. Naród zdziczał pewnie nie później jak w dzień po odzyskaniu iluzorycznej niepodległości. Wiem coś o tym - próbował nachylić się nad biurkiem, ale wzrost mu na to nie pozwolił - ponieważ sam stałem się agresywny, nietolerancyjny i zgryźliwy. Żona wyprowadziła się do sąsiada, dzieci pouciekały na Cypr do strefy zdemilitaryzowanej, a pies dostał wścieklizny i musiałem kazać go uśpić. Taką cenę płaci przeciętny obywatel kiedy igra się z jego poczuciem stabilizacji. Jaki był poprzedni ustrój taki był, ale przynajmniej człowiek wiedział jak się w tej dżungli poruszać. A dzisiaj co ? Bez przewodnika nie możesz wejść nawet do publicznego szaletu.

Papieros dopalił się jak człowiek skazany na zagładę, więc karzełek wyrzucił peta za okno i natychmiast rozległ się krzyk poparzonego żołnierza.

- Coraz mniej wytrzymały mamy naród, gdyby dzisiejsze, konsumpcyjne społeczeństwo przenieść w rok 1945 momentalnie wszyscy pomarliby z głodu. Nie mają w sobie nic z odporności na kłopoty, żadnej umiejętności przystosowania się do...

Nagle drzwi otworzyły się i jakaś dość pomarszczona naga kobieta przebiegła przez pokój znikając po drugiej stronie korytarza. Karzełek w ogóle nie zareagował mówiąc jedynie :

- Znowu panna Maria dostała okres. To dobra wiadomość dla wszystkich. Widać ją samą ten wybryk natury ucieszył aż do tego stopnia, iż musiał to jakoś odreagować. Wracając do pańskiego brata. Chyba będziemy zmuszeni wymyślić mu życiorys i zapisać go w odpowiednich teczkach i rubrykach, inaczej nie będę mógł wydać zgody na pochówek. Jeżeli ktoś nie istniał nie może być pogrzebany. Proste to i słuszne, ale jakże trudne do udowodnienia.

Przez kolejne dwa tygodnie codziennie kilka minut po ósmej stawiał się przed karzełkiem z kanapkami i termosem w przeźroczystej siatce, ponieważ ten nie korzystał z ogólnodostępnej stołówki, i mozolnie rok po roku stwarzali człowieka, który już przestał istnieć. Mieli pewne rozbieżne wyobrażenia o jego studiach, poglądach politycznych, zainteresowaniach płcią przeciwną, ale za każdym razem osiągali kompromis, więc w końcu w połowie jakiegoś nudnego czwartku wpisali w specjalną rubrykę ostatni zapis dotyczący nieistniejącej już osoby.

- Szkoda, że tak szybko doszliśmy do jego pobytu w szpitalu, diagnozy lekarskiej i aktu zgonu. Przyznaję, przyzwyczaiłem się do tej praca, pana wizyt, kanapek i przesłodzonej herbaty. Posiada pan więcej rodzeństwa ?

Niestety, ale był zmuszony zaprzeczyć.

- To nic - karzełek miał łzy w oczach - pozwoli pan, że jeszcze na chwilę powrócimy do działalności pana brata na uczelni ? Nie podoba mi się zapis mówiący o jego roli jako sekretarza uczelnianej organizacji.

Jednak po kilku minutach i ten problem został pozytywnie rozwiązany. Kiedy w końcu trzymał w ręku pozwolenie na pochówek nie mógł uwierzyć własnemu szczęściu. Pobiegł do zakładu pogrzebowego przewracając po drodze puste, wypukłe doniczki z nie wiadomo dlaczego nie rozkwitającymi kwiatami.

- Mam - krzyknął przez tłum interesantów do właściciela tej trupiarni wymachując kawałkiem papieru.

Facet wyszedł do niego aż do szerokiego, nowobogackiego przedpokoju, bardziej przypominającego pałac ślubów niż poczekalnię śmierci, popatrzył na nazwisko, sprawdził coś w komputerze.

- Pochowany dwa dni temu na koszt gminy, nie możemy, według przepisów, trzymać nieznanego nam delikwenta dłużej niż dziesięć dni. Bardzo mi przykro.

Zaprowadził go na zaplecze, napoił koniakiem poradził by porozmawiał z panem Józiem, który za drobną opłatą zamieni tabliczkę ze znakami XX na pełne imię, nazwisko, datę urodzin a przede wszystkim śmierci.

- To wszystko fikcja - powiedział mężczyzna, który prze dłużej niż dwa ostatnie tygodnie mozolnie odcyfrowywał życie brata - jak w takich warunkach żyjący może zastanawiać się nad wiecznością ?

Właściciel zakładu pogrzebowego popatrzył na niego z zainteresowaniem, wziął go za rękę i prowadząc do samochodu pomyślał :

- Filozof, takiego potrzebuje żona by trochę oderwać się od rzeczywistości składającej się z nudy i kobieta, która niespodziewanie wprasowała się w moje życie.

- Zapraszam pana na obiad.

Kiedy jechali w kierunku podmiejskiego osiedla całego porośniętego bluszczem zatelefonował do domu i opowiedział jej o przypadkowo spotkanym przyjacielu, którego zaprosił do domu.

- Pan wybaczy tę lekką mistyfikację - poprosił kiedy mijali wielki budynek miejscowego sądu pokryty siatką maskującą - żona nie cierpi obcych, a pan jak sam opowiadał ostatnimi czasy zajmował się mistyfikacją, więc nie będzie panu zbyt trudno wcielić się w rolę którą mam zamiar panu powierzyć - i krótko opowiedział mu o młodej studentce którą poznał na stacji benzynowej, gdzie pracowała jako kasjerka.

- Banał goni banał - powiedział cicho mężczyzna, który mimo szalonego wysiłku nie zdążył pochować brata jak należało - czego pan ode mnie oczekuje.

Właśnie dojeżdżali pod rozrośnięty, zupełnie pozbawiony gustu dom z krużgankami przeniesionymi pewnie z zupełnie innego filmu.

- Może pan trochę oderwać żonę od przykrych myśli związanych z młodą osobą którą z taką przyjemnością bez przerwy posuwam ? - zaparkował na zaśmieconym podjeździe i zaprosił gościa do wnętrza szerokim gestem człowieka który niby wie po co żyje.

- Mogę - odpowiedział bezbarwnym głosem - tylko po co ?

- W zamian za kilka dni rozmowy z roztrzęsiona kobietą obiecuję urządzić panu bratu nowy, wykwintny pogrzeb.

Przystanął i zastanowił się. Nie miał najmniejszej ochoty na tłum ludzi stłoczonych w maleńkiej kaplicy, słowa o miłości, a przede wszystkim na nowo przeżywać rozpacz z powodu mężczyzny którego prawie wcale nie znał. A którego życiorys wymyślił będąc przekonanym że popełnia przestępstwo.

- Z pańską małżonką porozmawiam chętnie, ale co do brata to zostawmy go w spokoju, nawet pod tymi XX.

- Jak pan sobie życzy - powiedział uśmiechnięty mężczyzna - a oto ona, całe zło świata w jednej osobie.

- Więc po co się pan z nią ożenił ? - zapytał cicho, by kobieta która szła w ich kierunku zdecydowanym krokiem kobiety, która wie czego chce nie usłyszała.

- Tylko w ten sposób mogłem zostać właścicielem zakładu pogrzebowego, co było moim marzeniem od dziecka. Wniosła go jako posag.

Jak było do przewidzenia szybko zostali kochankami i wszyscy byli zadowoleni. Historia banalna, którą napisało jednak życie, a konkretnie śmierć człowieka, na którego jednak pochówek jakiś wyleniały urzędnik nie chciał wydać pozwolenia. Gdyby nie ten smutny upór pewna kobieta tak szybko nie znalazłaby sobie kochanka. I to wszystko.

 

LXXIV.

 

Nie wiem, co można powiedzieć kobiecie, kiedy wraca się do domu o piątej nad ranem. Najlepiej milczeć, ale one akurat wtedy domagają się wyjaśnień, jakby od tego miało zależeć nasze miejsce w kosmosie.

Nie zdążył nawet powiesić kurtki na wieszaku, gdy drzwi od nagrzanej do granic wytrzymałości kaloryferów sypialni otworzyły się z trzaskiem i rozczochrane monstrum rzuciło się na niego z pięściami.

Szybko wyciągnął przygotowany dużo wcześniej krzyżyk i kiedy kobieta spostrzegła go stanęła jak wryta, uklękła na jedno kolano i przeżegnała się.

- Dlaczego - zapytał spokojnym głosem - w lecie włączasz odgrzewanie ?

Podniosła się z kolan jak bokser na ringu kiedy usłyszy iż sędzia przestał liczyć, z dziurawej kieszeni powłóczystej koszuli wyciągnęła wymiętego papierosa i zapaliła.

- Każdy człowiek ma prawo do odrobiny przyjemności. Ty masz swoje dziwki, ja tytoń, karty i od czasu do czasu trójkę w toto - lotka.

Uśmiechnął się, podszedł do niej i pocałował w czoło.

- Napijmy się herbaty - zaproponował - to opowiem ci jak wygląda nocne życie w parku, w którym znowu przesiedziałem kolejną noc, patrząc na górujące nad naszą pipidówką wzgórze jak i rozmyślając, czy jestem jeszcze w stanie napisać kolejną powieść.

- Nie próbujesz mnie znowu oszukać ? - jeszcze broniła się chociaż dobrze wiedziała, że mniej więcej od dnia klapy przedostatniej powieści kobiety przestały go interesować. Sprawdziły to jej dwie najlepsze przyjaciółki, które dostały od niej dyspensę i bezskutecznie próbowały uwieść jej męża. Czy bez rezultatu tego nie była już taka pewna, ale nie miała jak tego sprawdzić.

Usiedli przy stole, długim jak ich wspólne życie, pozbawionym sęków, polakierowanym i nad wyraz dobrze zachowanym.

- Najpierw wypiłem kilka kolejek w barze którego tak nie cierpisz, następnie zatelefonowałem do ciebie, ale nie podeszłaś do telefonu.

W rzeczywistości było zupełnie inaczej, ale przecież nie miało to żadnego znaczenia. Czyż coś poza awanturą i kilkudniowym nie odzywaniem się mogło zmienić się w jej życiu, gdyby opowiedział jej, iż jednak telefonował nie z knajpy ale mieszkania pewniej dziewczyny, która podeszła do niego na ulicy i zapytała, czy przypadkiem nie jest autorem jej ulubionej powieści.

Ponieważ był zaprosiła go do siebie, rozebrała, próbowała sfotografować ale na szczęście zdążył w ostatniej chwili odebrać jej aparat. Później wszystko przebiegało już jak w książkach, na szczęście nie jego. Nie pisał o takich sprawach.

Kiedy podniósł słuchawkę by zatelefonować do żony dziewczyna szybko wślizgnęła się pomiędzy jego nogi i dziękował bogu, iż Zofia nie podniosła słuchawki.

- Nie słyszałam, pewnie telewizor grał zbyt głośno - nie wiedziała dlaczego się usprawiedliwiała, nie wierzyła mu na słowo, ale w głębi duszy była mu wdzięczna za kłamstwa nie wzbudzające podejrzeń.

- Może telewizor, może echa poprzedniego życia. Nigdy nie możemy być pewni w stu procentach co tak naprawdę słyszymy. W parku w pewnym momencie byłem absolutnie pewien, że dotykasz biustu i wymawiasz moje imię.

Roześmiała się i sięgnęła po nowego papierosa.

- Wiesz dobrze, że nie robię tego od lat.

- Niby dlaczego nie ? To było takie podniecające.

Zastanowiła się i nie znalazła w tym odruchu nic podniecającego, ot zwykły defekt zmęczonej psychiki.

- Nie opowiadaj bzdur. Przecież nie uwierzę ci, że w parku myślałeś o mnie i moim biuście. Nie ma takiej możliwości.

Przechyliła się i z nie domykającej się szuflady wyjęła butelkę wiśniówki.

- Napijesz się ? - zapytała i nie czekając na odpowiedź dolała sobie do herbaty dawkę zwaną przez pijącym prawie że śmiertelną.

- Chcę szybko zasnąć i nie rozmyślać o twoich kłamstwach - bawiła się resztkami pokrojonego w nierówne kromki chleba - a ty, jeżeli naturalnie masz na to ochotę, wracaj do parku.

- Wcześniej jednak popatrzę jak dotykasz biustu.

- Nigdy więcej. Wydoroślałam.

Weszła do sypialni, i jak miała w zwyczaju od kilku miesięcy zamknęła za sobą drzwi na klucz.

Pozostał sam. Także z myślami, które tym razem kręciły się wokół mglistego projektu nowej powieści, jednak nie był jeszcze gotowy usiąść przy biurku, wkręcić białą, pustą kartkę papieru w wałek i starć się przemóc strach przed napisaniem pierwszego zdania.

 

LXXV. Pogrzeb trzydziesty siódmy. Sroka szarpana za ogon.

 

Wysoko nad głowami, prawie że w niedbale pomalowanych chmurach, gdy wiatr nie jest już tak nieprzyjazny a duchy bratają się z diabłami, gdzie w końcu człowiek mógłby żyć bardziej spokojnie, a przy tym wznioślej, zawisł balonik wypuszczony przez starszego mężczyznę, dla którego utrzymanie w jednej ręce laski a w drugiej balonu było już wyczynem z pogranicza cyrku.

Po co przyszedł na pogrzeb z balonem w ręku pozostanie jego słodką tajemnicą. Może zdziecinniał do tego stopnia, że pomyliły mu się kierunki świata ?

Chociaż było francowacie gorąco miał na sobie długi, ciągnący się aż piwnicami świata czarny płaszcz, rękawiczki na gumce, nie zapalonego papierosa w sztucznych zębach. Oraz naturalnie laskę i balon.

- Dlaczego w przestworza nie uleciała laska ? - pomyślał przez chwilę - przecież jest o wiele cięższa od balonu.

Nikt mu jednak nie odpowiedział, wszyscy zajęci byli sobą, czyli rozglądaniem się kto przyszedł, a kto nie, jak kobiety są ubrane, kto postarzał się najbardziej od ostatniego spotkania na cmentarzu, ponieważ od lat tylko tam się spotykali, niejako przy okazji kolejnego pogrzebu.

Większość z zebranych nie pamiętała kogo tym razem chowają, co prawda w gazecie przeczytali nekrolog, albo zostali telefonicznie zawiadomieni o godzinie pogrzebu przez uczynną sekretarkę ze Związku Kombatantów, ale dla nich te coraz częstsze spacery po za -

- śmieconych alejach były jedną z nielicznych rozrywek.

Przez chwilę stali w zwartej grupie nad jeszcze przez chwilę otwartą mogiłą wsłuchując się w przemówienia, lecz zniecierpliwienie, bóle w krzyżach i kolanach zmusiły większość po szukania innej formy rozrywki.

Pan w długim płaszczu i laską w dłoni, która nie chciała latać, był jednym z niewielu który dotrwał aż do momentu, gdy tym razem o dziwo trzeźwi grabarze ostrożnie, jakby obchodzili się z kimś czującym co się z nim dzieje, spuścili trumnę do pachnącej ostatecznością jamy.

- Tak odchodzą ideały - powiedział cicho. Jeżeli nie pomylił się w rachunkach był to sto czterdziesty siódmy pogrzeb w którym uczestniczył, i ilekroć trumna znikała w ziemi wypowiadał tę swoją formułkę, jakby własne błogosławieństwo.

Na pierwszym pogrzebie, którego numer zapisał w szkolnym zeszycie, był w wieku ośmiu lat. Chowano dozorcę ich domu, wysokiego mężczyznę którego przygniotła winda.

- Z zazdrości - usłyszał na cmentarzu i później przy obiedzie zapytał sztywnych rodziców jak winda może zabić z zazdrości.

- Niech odpowie ci matka - ojciec uśmiechnął się cierpko, złożył serwetkę i wstał od stołu - jest specjalistkom od melodramatów.

Dopiero w wiele lat później zrozumiał co ojciec miał na myśli. Po prostu rodzice żyli w separacji, gdyż matka nie mogła wybaczyć ojcu jego kochanek.

W kilka lat po wojnie szkolny zeszyt w którym zapisywał numery pogrzebów jak i nazwisko chowanego zamienił na wielki, ciężkociosany brulion, szczytowe osiągnięcie wczesnej myśli socjalistycznej. Kartki miały w nim ze trzy milimetry grubości, atrament rozlewał się we wszystkich kierunkach, nawet kiedy pisało się ostrożnie i zatemperowaną stalówką, a smród papieru dochodził nawet do drugiego pokoju, więc przez lata trzymał go w piwnicy, ale kiedy został sam bojąc się kradzieży wkładał go na noc pod poduszkę.

Od dłuższego czasu zapisywał już tylko jedynie numery pogrzebów, ponieważ nazwiska chowanych coraz mniej wydawały mu się znajome.

W telewizji oglądał wyłącznie prognozy pogody, w gazetach, poprzez zniecierpliwienie i brak koncentracji, poprzestawał tylko na nekrologach, więc zeszyt z numerami pogrzebów stał się jedyną lekturą.

Zaraz po porannym ochlapaniu się wodą i uciążliwej wędrówce do pobliskiego kiosku, rzucał się na zeszyt, który w jego pojęciu był niezbitym dowodem że jednak przeżył tyle lat. Data w dowodzie osobistym mogła przecież być sfałszowana, inne dokumenty tym bardziej, więc obrzydliwy zeszyt wypełniony starannie prowadzonymi rubrykami z upływem lat stawał się jedynym dowodem na jego istnienie.

znowu takie trudne do zapamiętania, ponieważ w okolicy znajdował się tylko jeden czynny cmentarz i jeździło się na niego karawanem numer 6 ) w rubryce znajdował się krótki opis pogody, przeważnie zmyślony, ponieważ kiedy zabierał się do opisywania kolejnego pogrzebu nie pamiętał już jaka była aura. Co prawda mógł wyjrzeć za okno, ale nigdy tego nie zrobił, uważając że podpieranie się półśrodkami nie wchodziło w rachubę.

Spis ten nie był kompletny, gdyż jakieś trzy lata temu zaraz po kolejnym pobycie na cmentarzu pogotowie zabrało go do szpitala i akurat ten pogrzeb nie był zapisany. Jak i żony i syna, ale postanowił nie mieszać życia prywatnego z publicznym.

Teraz także, jak wielu innych kierujących się w stronę wyjścia, obiecał sobie że nigdy więcej już tutaj z własnej woli nie przyjdzie.

Kiedy jednak znalazł się w domu, usiadł przy biurku i otworzył poszarzały brulion nie pamiętał o tych kilku nieroztropnie pomyślanych słowach.

Kolejny numer, który przez chwilą wpisał do pierwszej z lewej strony rubryki przeraził go, więc sprawdził czy przypadkiem się nie pomylił. Ale nie, liczba była jak najbardziej prawdziwa, chociaż była tylko kolejną cyfrą. Jednak oznaczała człowieka, którego prawdopodobnie kiedyś znał, może nawet dobrze.

Zdenerwowany otworzył dolną szufladę biurka, do której zaglądał bardzo rzadko, pamiętnego 13 maja kiedy postrzelono papieża, w dniu upadku muru berlińskiego, kiedy klub piłkarski Cracovia awansował do drugiej ligi.

Jednak butelka okazała się pusta. Zdziwiony zaglądnął do swoich cmentarnych notatek, czy przypadkiem nie odnotował kogo uczcił specjalnym toastem, ale papier milczał.

Zły wstał od biurka, podszedł do telefonu i spoglądając do notesu wykręcił kilka cyfr składających się na numer telefonu sąsiada, który jak podejrzewał, zawsze miał w zapasie kilka flaszek z kroplami na serce, jak żartował.

Pierwszy raz w swoim długim życiu zwracał się do kogoś po pomoc. I to w tak dziwnej sprawie.

Kiedy usłyszał zaspany głos sąsiada zdziwił się i popatrzył na zegarek, ale nie skomentował faktu, iż o trzeciej po południu ktoś tam śpi. Przedstawił się i zapytał, czy nie może pożyczyć butelki.

- Z czym ? - konkretność pytania zaskoczyła go. Nie wiedząc co opowiedzieć opowiedział kilka słów o ceremonii w której uczestniczył.

- Jeżeli był pan dzisiaj znowu na cmentarzu pewnie zabrakło panu magii. Zaraz u pana będę.
Ze złością odłożył słuchawkę. Nie chciał nikogo widzieć, tym bardziej we własnym mieszkaniu, ale uspokoił się w sekundzie. Może nie był to aż tak głupi pomysł porozmawiać z kimś po prawie czterech miesiącach kwarantanny ?

Szybko, na ile było to możliwe uprzątnął kilka jego zdaniem przedmiotów walających się po pokoju, ale o dziwo nie zamknął księgi w której zapisywał swoje cmentarne przygody.

Sąsiad był człowiekiem mniej więcej w jego wieku, ale o wiele niższym, grubszym i jak podejrzewał z ust śmierdziało mu lawendą, ale za to w okolicy składającej się z przepełnionych sklepów, ale narzekających na brak kupujących i niewysokich, obdrapanych bloków z przestrzelonymi plecami, uchodził za ekscentryka.

Tym razem pojawił się w kolorowej piżamie z wielkim, źle zawiązanym krawatem w jednej ręce, a półlitrówką w drugiej.

- Wystarczy ? - ni to zapytał ni stwierdził, rozglądnął po pokoju i wybrał stary, rozlatujący się jak człowiek fotel.

- Od czasu wiadomości o śmierci syna w wypadku, którą przyniósł pijany policjant tłumacząc się, chociaż o nic go nie pytałem, że jest już po służbie, żaden gość nie był u mnie od ponad piętnastu lat - powiedział cicho dziwiąc się dlaczego temu w gruncie rzeczy obcemu facetowi zwierza się z tak osobistych doznań.

- Czas szybko leci, o wiele za bardzo jak na nasze zdolności percepcyjne. Coś na ten temat wiem, ponieważ trzydzieści osiem i pół roku przepracowałem w zlewozmywakach. Z czego będziemy pili ?

Nie przypominał sobie by dziwnego sąsiada zapraszał na kielicha, ale widać ten w taki właśnie sposób potraktował prośbę o pożyczenie butelki.

- Oddam jak tylko wyjdę z domu - zaczął się usprawiedliwiać rozglądając za kieliszkami.

- Mnie się wcale nie spieszy, mam całkiem dobrą rentę, całe osiemset jedenaście złotych, więc jedna butelka więcej, jedna mniej nie gra większej roli. Gorzej ma się sprawa z bezczelnymi żądaniami Urliki ...zapomniałem jak się nazywa, oraz nierozwiązaną do końca sprawą Czeczenów.

- Nie znam się na polityce. Od lat, właściwie od dziecka interesuję się wyłącznie pogrzebami. Wszystkie na których byłem mam zapisane o w tamtym zeszycie - dziwiąc się sam sobie zdradzającego największy sekret życia wskazał na biurko.

- Opisywać pogrzeby na których się było nie jest takim wielkim wyczynem. Znacznie trudniejsze jest pewnie opisanie pogrzebów na których się nie było.

- Ma rację - pomyślał mężczyzna włóczący się po cmentarzach jak głodne wilki po zaludnionej okolicy, na stoliku postawił dwa kieliszki i sięgnął po butelkę.

- Odkręcona, mam w domu specjalny aparat do tych francowatych wymysłów Unii Europejskiej. Dranie nie biorą pod uwagę naszych spracowanych mięśni i zakręcają butelki silniej niż Stalin przykręcał śrubę społeczeństwu. Coś na ten temat wiem, gdyż czasach jego panowania byłem dwa razy w Pradze.

Nie zapytał się, co miała wspólnego Praga ze Stalinem, w jednej chwili pożałował głupiego pomysłu, którym było telefonowanie do tego idioty i proszenie o pożyczenie kilka kropel alkoholu.

- W ogóle trudno jest żyć - powiedział zupełnie bez sensu, gdy przyjemne ciepło po przełkniętym alkoholu równomiernie rozeszło się po wszystkich zakamarkach ciała.

- Zawsze było ciężko, co do tego nie ma żadnych wątpliwości, tylko jakoś ostatnio rzadko wspomina się o celu życia, jego sensie, przeznaczeniu.

- Ja żyję by zapisywać pogrzeby, niestety od dłuższego czasu nie jestem w stanie zapamiętać nazwisk grzebanych. Dobrze, kiedy mam do pomocy nekrolog, ale od czasu gdy prasa niby stała się wola, drukuje się ich coraz mniej. Kosztują prawie tyle samo co wycieczka na ciepłe wyspy.

Nad stołem przeleciała mucha. Sąsiad uśmiechnął się i powiedział :

- Jeden z ostatnich reliktów poprzedniego ustroju. No, może kilkoma kijankami z Biura Politycznego. W dzisiejszym systemie na muchy nie ma miejsca, prawie jak dla ludzi którzy niczego nie wytwarzają. Dla państwa najlepiej byłoby natychmiast likwidować tracących pracę, przechodzących na emeryturę, i od niedawna także niewierzących. Tak oto doktryna po raz kolejny bierze górę nad zdrowym rozsądkiem.

Mucha jakimś cudem znalazł kawałek nie zamkniętego okna i wydostała się na całkowicie podszytą iluzją wolność.

- Ja nigdy nie chodziłem na pogrzeby, nawet gdy umarł ktoś bliski - wypili trzecią kolejkę, co w ich przypadku równało się porządnemu pijaństwu - nienawidziłem używając czasu przeszłego, ponieważ z całej wielkiej rodziny pozostałem sam, całej otoczki pogrzebów. Zażywnego witania się z jeszcze żyjącymi, przyglądania jak wyglądamy, słów wypowiadanych zupełnie bez sensu. Na ilu pogrzebach pan był ? - zapytał nagle i zapalił papierosa. Przyjemny zapach nie wietrzonego pokoju rozszedł się po okolicy.

Z niechęcią podniósł się z krzesła, lekko zachwiał ale jakoś dotarł do biurka, zajrzał do brulionu i udawał, że się zastanawia.

- Dzisiejszy był tysiąc trzysta czternastym. Nie zapisałem tyko jednego, kiedy jak już kiedyś opowiadałem panu w windzie wylądowałem po nim w szpitalu, a po powrocie do domu nic już z niego nie pamiętałem.

Na chwilę zapanowała martwa cisza. Słychać było przemieszczanie się czasu, przemarsz rzymskich legionów jak i wypiętrzanie się gór na Podkarpaciu.

- Niezły z pana czubek. W życiu nie mogłem przypuszczać, iż za ścianą mieszka większy od mnie wariat. Pana zdrowie.

Podniósł do ust pusty kieliszek, przełknął i wyraz błogości pojawił mu się na twarzy.

- Że też wcześniej nie dogadaliśmy się co do...- wskazał na butelkę - picie w samotności jest o wiele rakotwórcze niż onanizm. Tak przynajmniej wynika z ostatnich badań przeprowadzonych przez angielskich i amerykań....

Nie słuchał co tamten mówi. Zastanawiał się, czy rzeczywiście bycie na ponad tysiąc trzysta pogrzebach było przestępstwem, grzechem, czasem zmarnowanym ?

Kiedy zauważył, iż dokuczliwy sąsiad przysnął podszedł do biurka i zagłębił się w pierwszy z brzegu wybrany opis.

Lato 1954 roku, siedemnaście osób ubranych w co mieli najlepsze, nawet dwa transparenty z krzywo namalowanymi kielniami, pogoda umiarkowana, byłem w domu koło czternastej trzydzieści przeczytał.

Jeszcze niżej...Nie zdążył zagłębić się w zapisany równym charakterem pisma wers, ponieważ usłyszał dzwonek. W pierwszej chwili nie zareagował ponieważ nie przypuszczał, że ktoś mógł dotknąć jego dzwonka. Jednak, kiedy ten dał znać o swoim istnieniu po raz trzeci podszedł do drzwi i otworzył je. Na progu stała umalowana jak pisanka na święta kobieta z papierosem w prowokacyjnie opuszczonej dłoni.

- Nie wiesz przypadkiem co dzieje się z pańskim sąsiadem - impotentem ? - śmiesznie kaleczyła słowa.

- Nie przypominam sobie, byśmy wypili brudenszaft.

- Uczynili to za nas nasi przywódcy, i to nie jeden raz. Mogę wejść ? Chce mi się siusiu.

Dziwiąc się co robi wskazał jej drzwi od łazienki a następnie przeszedł do pokoju i nalał sobie kieliszek. Kompan delikatnie pochrapywał.

- Ja także poproszę - umalowana dziewczyna w drodze do pokoju zapinała rozporek od spodni - o ! - krzyknęła na widok śpiącego starca - mój ciemiężyciel a zarazem wybawca. Płaci najwięcej a wymaga najmniej. Takie z niego samonapędzające się perpetum mobile.

Usiadła na tapczanie, rozłożyła nogi i ze smakiem przechyliła kieliszek.

- Dobra, chociaż ciepła.

- W naszym wieku musimy uważać na przeziębienia.

- Na co ?

Wytłumaczył jej na migi co miał na myśli, następnie przeszedł do kuchni i po chwili wrócił z tabliczką czekolady równo poukładaną na różowym talerzyku.

- Po co tyle zachodu ? Przyzwyczajona jestem do pracy w ubraniu.

Nie zrozumiał co miała na myśli, ale nie zapytał jej o to. Pragnął by jak najszybciej sąsiad jak i ta dziwna kobieta znikli z jego życia.

- Może zrobić ci laskę ? - dziewczyna wymownym wzrokiem popatrzyła w kierunku, gdzie podobno krzyżują się pragnienia z możliwościami, czyli rozglądnęła się gdzie trzyma portfel.

- Nie dziękuję - szybko zaprotestował - jedynie co mnie jeszcze interesuje to pogrzeby.

- Dziwne hobby, ale przecież Polacy z tego słyną. Ich podobno zupełnie nie interesuje to co żyje, ale wyłącznie coś, czego już nie ma. Paranoja.

Zdjęła bluzkę, stanik, wypiła jeszcze jednego kielicha i poprosiła, by sfotografował ją ze śpiącym mężczyzną.

- Będzie musiał zapłacić podwójną stawkę, nie ma dwóch zdań - i nagle zmieniając temat zapytała, czy może przyjść wieczorem pooglądać koncert Eurowizji ?

- Naturalnie - zdziwił się słysząc swój głos - tylko nie wymagaj ode mnie...

- Wszystko gratis. Po pracy wszystko robię dla przyjemności. Nawet...

Kiedy został sam a zmęczony sąsiad znalazł się we własnym łóżku zastanowił się, czy nie spalić brulionu z zapiskami pogrzebów na których był, a w zamian zająć się opisywaniem pogrzebów na których nie był, ale szybko doszedł do wniosku, iż byłoby to pewnego rodzaju pomieszanie pojęć.

- Życie nie jest literaturą - powiedział na głos - i nigdy nie będzie - dodał i zajął się sprzątaniem mieszkania przed spodziewaną wizytą.

Kiedy wszystko było przygotowane a on umyty, podszedł do biurka i nie za bardzo zdając sobie sprawę z tego co robi w rubryce 1315 zapisał : datę, wieczór, chowam sam siebie, pogoda sprzyjająca.

W końcu odłożył jednak pióro i zastanowił co zrobi, jeżeli kobieta nie przyjdzie ? Ale o to postanowił się martwić dopiero, kiedy nie usłyszy tak spragnionego dzwonka.

 

LXXVI.

 

Prawda zawsze znajduje się w przypisach. Pewny tej tezy ilekroć otworzył książkę zawsze najpierw zaglądał do przypisów. Ale odkąd przerzucił się na czytanie w internecie, co było o wiele szybsze, tańsze i nawet przyjemniejsze, ponieważ nie musiał ruszać się z domu, odnajdowanie przypisów nie stanowiło już dla niego takiej przyjemności.

Jak i odpowiadanie na telefony pewnej kobiety, której jakiś rok temu, niechcący, podał swój numer telefonu. Zmęczony wracał pociągiem z Warszawy i kiedy w przedziale tej kobiecie upadła rękawiczka schylił się, na co ona poprosiła go o numer telefonu. Nie zastanawiając się przesylabizował tych kilka cyfr i od tego wieczoru dzwoniła do niego trzy razy na dobę, zawsze w nieprzewidzialnych porach, także nocnych, lecz nie mógł wyłączyć telefonu ponieważ jego matka nie czuła się zbyt dobrze, a że mieszkała sama telefon był urządzeniem bardzo przydatnym.

Wiele razy prosił tę kobietę by chociaż powiedziała po co do niego telefonuje, ale za każdym razem odpowiadała krótko - przecież wiesz - i odkładała słuchawkę. Jak zdążył się zorientować z jej chaotycznych, rwanych opowieści, mieszkała z mężem, pijanym pocz ciwcem kochającym ją nad życie i zarabiającym na tyle wystarczająco, by ona nie musiała pracować.

Właśnie przed chwilą znowu zatelefonowała, powiedziała tylko cztery wyrazy - zaraz u ciebie będę - i odłożyła słuchawkę.

Nie uwierzył jej, przecież mieszkała jakieś dwieście kilometrów od jego zapomnianej przez wszystkich, nawet przez samego najwyższego, miejscowości niczym nie wyróżniającej się z szarzyzny smutnych dni, ale otrzeźwienie przyszło momentalnie, przecież mogła przyjechać, a dowiedzenie się adresu jeżeli znało się numer telefonu, a ten jak w jego przypadku, nie był zastrzeżony, nie stanowiło większego problemu.

Zdziwiony swoim postępowaniem zaczął sprzątać mieszkanie, ale po chwili przestał, przecież nie miało najmniejszego sensu udawanie kogoś, kim nie był.

Nawet rozrzucił kilka gazet po podłodze, zamknął okno, kilka szklanek wstawił do zlewozmywaka i chociaż jego własne poczucie estetyki i porządku bardzo na tym cierpiało postanowił zaryzykować. Następnie dał znać matce, iż na kilka godzin wychodzi do biblioteki i usiadł przed komputerem.

Zapukała w drzwi po mniej więcej pięciu minutach. Właśnie znajdował się w przedsionku do głównej biblioteki w New Jersey, kiedy usłyszał jej delikatne łaskotanie. Z niechęcią zgasił komputer, zapalił papierosa i z niechęcią otworzył drzwi. W pierwszej chwili nie poznał je, ze zwykłej, nawet w pewnym sensie banalnej kobiety tak szybko przeistoczyła się w wampa.

- Kupiłam pęczek rzodkiewek, dwie główki czosnku i butelkę wody mineralnej - poinformowała go jak tylko przekroczyła próg mieszkania.

Pomógł zdjąć jej płacz a przyniesione prezenty wrzucił do miski na sałatę.

- Jak tutaj u ciebie ładnie ! Och ! - krzyknęła - gazety trzymasz na podłodze, jakie to romantyczne.

Miał jej dość i nawet to powiedział, ale jakby nie usłyszała, podeszła do okna i popatrzyła na podwórko na którym dzieci sąsiadów codziennie uczyły się jak produkować bimber, jedyny towar który w tej okolicy opłacało się sprzedawać.

- Czym się zajmujesz ? - zapytała nagle nie patrząc na niego.

- W zasadzie cały wolny czas spędzam myszkując po przypisach znajdujących się w książkach.

Nie zrozumiała ponieważ przestała rozpinać bluzkę. Zdjęte buty już walały się pod stołem.

- Franek wmówił mi, że koniecznie muszę odwiedzić koleżankę z którą łączy mnie tyle dobrego. Przynajmniej rachunki telefoniczne na to wskazują - powiedział i kupił mi bilet do tej dziury.

- Skąd wiedział, że tutaj mieszkam ? - zapytał blednąc.

- Franek wie wszystko. Nawet ile piłeczek pingpongowych mieści się na końcu szpilki wbitej w plecy diabła.

- I mimo to jest twoim mężem ? - zażartował, chociaż pewnie nie było to na miejscu.

- Kto naopowiadał ci takich głupstw ? Franek bardzo chciałby być moim mężem, już wielokrotnie rozmawiał o tym z moim ojcem, lecz ten boi się czy nie czyha tylko na posag, ale jak na razie jest pielęgniarzem w zakładzie w którym przebywam.

Rozebrała się, staranie zdjętą garderobę złożyła w kostkę, położyła się na łóżku i cichym głosem poprosiła :

- Teraz możesz mnie posuwać.

Zapalił nowego papierosa, podszedł do łóżka, usiadł na nim i wziął kobietę za rękę.

- Nie będziemy się kochali. W przypisach do naszej historii nie ma o czymś takim żadnej wzmianki. Wiesz mi, prześledziłem wszystkie wydania.

Kobieta rozpłakała się, ale jej zły nastrój nie trwał zbyt długo.

- Najmiemy, najlepiej faceta, który napisze nową powieść z nowymi przypisami. To podobno nic trudnego. Ojciec chętnie zapłaci, ponieważ nasze dobro leży mu na sercu. Kiedy opowiedziałam mu z jakim zaangażowaniem schyliłeś się po upuszczoną przez mnie rękawiczkę powiedział, iż musi być z ciebie porządny mężczyzna. Na co czekasz ?

Z niechęcią rozebrał się i położył obok niej. Wcześniej jednak odwiedził kuchnię i łyknął sobie dwa głębsze.

- Zawsze musisz się napić by ci stanął ?

Musiał przyznać iż była bardzo bezpośrednia i nieskrępowana.

- Na co cię leczą ? - po chwili namysłu jednak zmienił szyk pytania : lepiej będzie zapytać od czego ?

Usiadła odsłaniając piękne piersi. Dotknął ich i świat, przynajmniej na sekundę, stał się o wiele spokojniejszy i przyjemniejszy.

- Trudno to jednoznacznie opisać. Od najmłodszych lat wcielam się w postaci, które zdecydowanie nie mają ze mną nic wspólnego. Byłam już pielęgniarką na oddziale szpitalnym w Iraku, kochanką syna Marka Hłaski z którym mam dwójkę dzieci, żoną bardzo nudnego posła, którego zdradzałam z pewnym dziennikarzem z telewizji komercyjnej zapowiadającym pogodę, a w ubiegłym roku podobno, ponieważ akurat tego dobrze nie pamiętał, co trzy dni kochałam się na oczach wszystkich z jakimś bardzo szpetnym inżynierem od wyginania rur.

Wstał z łóżka, napił się i zastanowił w jaki sposób pozbyć się tego niewygodnego przedsionka prawdziwych kłopotów.

- Pewnie myślisz w jaki sposób wyrzuć mnie za drzwi. Nie trudź się jednak, nie mogę wrócić do zakładu wcześniej jak pojutrze.

Zasnęła w momencie wypowiadania tych słów. Przykrył ją kocem i na chwilę uspokojony podszedł do okna, otworzył je i zdziwił się. Tym razem na podwórku posprzątanym po raz pierwszy odkąd tutaj mieszkał, czyli od czternastu lat, stał samotny mężczyzna, patrzył w jego okno i kiedy go tylko zauważył pomachał przyjaźnie w jego kierunku ręką.

Chciał zatelefonować do matki i poinformować ją że wrócił już z biblioteki, ale telefon nie działał. Po chwili delikatne pukanie w drzwi wróciło go rzeczywistości. Na progu stał mężczyzna, który przed sekundą machał do niego ręką.

- Zasnęła ? - zapytał, wszedł do mieszkania i postawił na stole puszkę wyglądającą jak skarbonka.

- Nie interesuje mnie, czy ją pan dmuchał czy nie, ale wpisowe musi pan zapłacić. To taki niezobowiązujący do niczego podarunek dla...

Nie dosłyszał końca zdania zajęty poszukiwaniem portfela. W tym czasie mężczyzna podszedł do łóżka i przypatrzył się śpiącej kobiecie.

- Poinformowała pana, że nie może wrócić do zakładu wcześniej jak pojutrze ?

- Życie nie składa się wyłącznie z pytań. Nie może pan opowiedzieć coś neutralnego ?

Postawił czajnik pełen wody na gaz i zastanowił, gdzie mogła podziać się matka. Kiedy pili herbatę mężczyzna z wewnętrznej kieszeni marynarki wyciągnął pomięte zdjęcie przedstawiające nagą, małą dziewczynkę spoglądającą na wzburzone morze.

- Mniej więcej w tym czasie wszystko się zaczęło. Najpierw nie chciała rosnąć, potem pójść do szkoły aż w końcu wmówiła sobie że jest chora.

Zamaczał usta w nie posłodzonej herbacie, delikatnie, jakby się bał sparzyć język upił łyk i popatrzył na śpiącą kobietę.

- Chętnie już dzisiaj zabrałbym ją do domu, ale mamy pewien rodzaj umowy, którą naturalnie dla jej dobra, respektuję. Jak tylko znajdzie obiekt - uśmiechnął się - godny zainteresowania spędza u niego trzy dni. Nigdy już potem do tej sprawy nie wracamy. Przeważnie poluje na nich w pociągach, wtedy najłatwiej nawiązać jej kontakt.

Mężczyzna poczekał aż herbata wystygnie, puszkę schował do plecaka, ale za to na stole pojawiło się kilka banknotów.

- Jak się obudzi proszę zabrać ją na tańce, a później do lunaparku. W zasadzie bardzo mało ma rozrywek i ruchu. Cały, wolny od rehabilitacji czas, spędza przy telefonie obdzwaniając potencjalnych ...jakby ich nazwać ? - zastanowił się przed chwilę - dostarczających mojej żonie brakujących podniet.

- Nie potrzebuję pańskich pieniędzy i ...

- Wyraził się pan bardzo nieprecyzyjnie, są nasze, przynajmniej aż do pojutrza. Czy już opowiadała panu w jakiej pozycji najbardziej lubi się kochać ?

Wyrzucił go za drzwi nie potrzebując do tego zbyt wielkiej siły. Mężczyzna jakby z ochotą dał się wypchnąć za drzwi.

- Proszę tylko nie opowiadać jej o miłości, gdyż nie pozbędzie się jej pan przez miesiąc. Ze dwa lata temu pewien górnik popełnił ten błąd i do dzisiaj...

Trzasnął drzwiami i kobieta się obudziła, nieprzytomnym wzrokiem popatrzyła najpierw na niego, później na kilka banknotów leżących na stole.

- Był tutaj ?

- Niestety.

- A tyle razy prosiłam go by tego nie robił! Zawsze wszystko musi zepsuć. Na przykład w Koszalinie pozbawił mnie przystojnego studenta, a w ...

Podszedł do komputera, włączył go, poszukał biblioteki którą odwiedzał prawie codziennie i na jakiś czas zapomniał o świecie. Kiedy znowu do niego powrócił w pokoju było już ciemno a po kobiecie ani śladu, jedynie tych kilka banknotów w dalszym ciągu leżących na stole przypominały, o dziwnej parze udającej znudzone małżeństwo.

Kiedy zadzwonił telefon nie podniósł słuchawki, bał się powrotu koszmaru w postaci przewrażliwionej kobiety i jej nie mniej ekscentrycznego towarzysza. Przypisy dołączone do książek były ich przeciwieństwem, więc z radością znowu się w niej zagłębił nie zdając sobie sprawy z oczywistego faktu, że każde uzależnienie jest chorobliwe, obojętnie czy ma postać kobiety, czy książki.

 

LXXVII. Pogrzeb trzydziesty ósmy, trochę ponadnaturalny.

 

Nad kaplicą świeciło słońce, ale już kilka kroków od niej padał deszcz, a na skraju parku w którym kaplica się znajdowała, śnieg.

Podobnie działo się z ludźmi. Wewnątrz znajdowali się wyłącznie starcy, na zewnątrz w sile wieku, tylko na obrzeżach parku dominowała młodzież.

Nie było w tym wszystkim nic dziwnego, ponieważ przyroda sama reguluje wszystkie swoje należności.

Nieliczni młodzi ludzie w kaplicy czuli się nieswojo, tak samo zresztą jak starcy w grupach młodzieży. Nie wiadomo, dlaczego akurat w tym momencie zapanował lekki bałagan, przecież w większości ceremonie pogrzebowe przebiegają spokojnie, jeżeli naturalnie zapomnieć o bólu rodziny.

Nagle słońce przestało świecić a deszcz i śnieg padać, zapanowała przerażająca cisza przetykana dziwnymi dźwiękami dochodzącymi z samochodu zaparkowanego w najbliższej kaplicy alei.

Kiedy w końcu znalazł się odważny i do tego samochodu zaglądnął, twarz rozjaśnił mu śmiech.

- Dwoje dzieci bawi się w tatę i mamę - krzyknął.

Lekki podmuch zdziwienia przeszedł przez wszystkie trzy grupy. I pomknął dalej.

- W tatę i mamę ? - zapytała pewna dama stojąca na obrzeżach kaplicy - jak to się robi ?

Jej siostra uciszyła ją szybko obiecując nauczyć jak tylko wrócą do domu.

- Czy to robi się tak jak w filmach z Jasiem Fasolą ?

Niezadowolona dopytywała się nadal, nic sobie nie robiąc z trwającej już ponad pół godziny uroczystości.

Większość znajdujących się w kaplicy, jak i jej towarzystwie, nie za bardzo wiedziała kogo chowają. Pogrzeby odbywały się tutaj przez cały dzień z szybkością karabinu maszynowego i utrafienie na właściwy pogrzeb graniczyło prawie że z cudem.

Podobnie jak dostanie się do fryzjera. Odkąd z oszczędności ludzie zaczęli strzyc się sami zakłady fryzjerskie bankrutowały częściej i szybciej niż pozwalała na to stosowna ustawa, w kraju w którym wszystko musi być znormalizowane i sprowadzone do poziomu statystyk. W końcu ostał się tylko jeden zakład, mała dziura na krańcach miasta, do której w obawie przed zarażeniem nie ośmielił się wejść nikt trzeźwy.

Za to częstotliwość umierania nie zmniejszyła się ani o centymetr, wprost przeciwnie, jak alarmował pewien proboszcz do swojego pośrednika, nie nadążał już z wyznaczaniem terminów pogrzebów.

- Pracujemy - pisał w poufnym liście - dwadzieścia cztery godziny na dobę, sześć dni w tygodniu ostatkiem sił próbując nie dopuścić do pogrzebów w niedzielę, ale jeżeli Państwo nie zrobi nic by zmniejszyć tempo umierania będziemy zmuszeni...

Biskupowi list ten wypadł z dłoni i potoczył się jak śnieżna kulka po podłodze by w końcu zniknąć. Purpurant zasnął i śnił mu się las w którym jako dziecko zbierał borówki.

- Dlaczego teraz nie mogę się oddać się temu zajęciu, tylko zajmować bzdurami w postaci Bramy Niebieskiej do której garnie się coraz więcej nieszczęśników ?

Kiedy się obudził z drzemki wezwał przestraszonego sekretarza i podyktował odpowiedź proboszczowi, krótki list z opisem korzyści wynikającej ze zbierania borówek : świeże powietrze, poważny dodatek do jadłospisu, powrót do korzeni wiary, pobożność.

Kiedy proboszcz kaplicy w której zawsze świeciło słońce, ale już kilka kroków od niej padał deszcz a na obrzeżach parku śnieg z niedowierzaniem wpatrywał się w słowa napisane przez biskupa.

- Chyba zwariował - pomyślał - jak i cały zasrany świat.

Wrzucił list do kominka, przeżegnał się i udał się napoić gęsi i kury które chował wyłącznie do upiększenia świątecznego stołu.

Wszędzie kręcili się ludzie co tylko podnosiło poziom jego zdenerwowania. Najbardziej lubił kościoły puste, nie tylko podczas zwiedzania, ale także w czasie tak zwanego dnia codziennego.

Rozpychał teraz ludzi wykrzykując - na szczęście po cichu - niecenzuralne słowa, śliniąc się przy tym jak młodzieniec na widok nie napoczętej butelki z cienkim winem.

W końcu jakimś cudem dotarł do kurnika i zamarł. Wszystkie klatki były otwarte, ptactwo znikło a w ich miejsce pojawiły się ulotki miejscowej organizacji Ligi Ochrony Przyrody.

- Nie wiedzą, że podjęli walkę ze samym Stwórcą ? - krzyknął rozgoryczony, ale nikt go nie słuchał, tłum pchał się w stronę kaplicy, jakby tam miało znajdować się wybawienie.

Kolejnym pogrzebem w trochę pozmienianej kolejności miał być pochówek pewnego zacnego karciarza przyłapanego na związku z żoną partnera od kart, ale ponieważ nie dostarczono aktu zgonu potwierdzonego przez lekarza, prokuratora i policję przesunięto trumnę z jego ciałem na koniec długiej kolejki, teoretycznie ustawionej za kaplicą, ale z powodu bałaganu kierunki świata trochę się przemieściły.

I tak w koło. Pogrzeb, kłótnie, łzy, szloch, nowa trumna i nie mniejsze niż poprzednio oczekiwania, że wszystko jakoś przebiegnie w miarę przyzwoicie i z godnością należną chowanemu, abstrahując od profesji którą się zajmował.

Najtrudniej było utrzymać porządek nad ranem, kiedy zmęczenie całonocnym czekaniem osiągało apogeum. Ksiądz proboszcz próbował na te godziny przesuwać pogrzeby ludzi samotnych, z zakładów opiekuńczych, ofiary wypadków licząc, iż żegnających nie będzie zbyt wielu, ale w końcu stała się rzecz najgorsza, po prostu kaplica się zablokowała, nie przymierzając jak w piątkowe popołudnie samochody na podmiejskiej autostradzie. Natychmiast ksiądz zatelefonował po policję, ale ta nie chciała się mieszać w sprawy ducha.

Przez najbliższe dwa dni nie odbył się ani jeden pogrzeb, kilkanaście osób zasłabło a nawet trzy najmniej odporne na stres zmarły. Leżały teraz w zachodniej części parku przykryte kolorowymi pelerynami i wyglądały jak nie posprzątane śmieci po przejściu ekipy filmowej.

- Pochowamy je poza kolejnością pod zmyślonymi nazwiskami - postanowił ksiądz - i będą to ostatnie pochówki na terenie mojej parafii. Proszę publicznie ogłosić - zwrócił się do brzuchatego, niewyspanego wikarego, tęskniącego za ruletką w pewnym pobliskim kasynie - że wytrzymałości cmentarza się wyczerpała i od tego momentu serwujemy tylko chrzciny, śluby i podobne duperele.

W kilka sekund później zamknął się w swojej części kaplicy, włączył na cały regulator radio, zażył dwie pastylki na sen i odpłynął w regiony zalecane przez biskupa, czyli udał się zbierać borówki.

Po pierwszy szoku tłum zaniemówił, ale w końcu, gdzieś po dwóch godzinach, park na nowo stał się pustą, kiedyś zieloną teraz zaśmieconą aż po granice wyobraźni, krainą po której na nowo mogły zacząć spacerować koty.

Jednak, kiedy człowiek zechce być pochowanym nic nie może go od tego odwieść, więc tych kilkaset pogrzebów natychmiast przeniesiono w pobliskie rejony miasta. Nierozwiązane pozostało jedynie pytanie, dlaczego czasami w jednym miejscu świeci słońce, a zaraz obok pada deszcz a jeszcze dalej śnieg, ale zaburzenia w przyrodzie na mają jakby nic wspólnego ze sferą nadbudowy duchowej, do której i pogrzeb pewnie się zalicza, więc nie roztrząsano tego problemu zbyt długo.

Owady nadal się rozmnażały, dzieci chciały dowiedzieć się skąd wzięły się plamy na Słońcu, a zwolennicy spiskowej teorii dziejów na nowo spotykali się w pewnej świetlicy wyłożonej pluszem by wymieniać się nazwiskami niegodziwców zagrażających prawdziwej Polskości tych poświęconych na wieki ziem.

 

LXXVIII.

 

To straszne, ale w dalszym ciągu nie wiedział kim był. Może było to śmieszne, tragiczne, nieprzyzwoite albo żałosne, ale ilekroć pytano go jak się nazywa, jaki ma pit, numer buta, ulubioną pozycję w łóżku wzruszał ramionami. W wojsku za takie ruchy połowę służby przesiedział w pace, na uczelni wytrzymano z nim ze trzy miesiące, gdyż jak dłużej sponsorować studenta, który nic nie wie.

Podobnie było z kobietami. Najpierw przez chwilę trochę je tą swoją niewiedzą fascynował, ale jak dochodziło do bardziej wyrafinowanych zapasów odtrącały go z niechęcią, wymownym ruchem rysowały na czole kilka kółek, jedna nawet posunęła się do pochlapania mu ptaszka atramentem.

I tak żył jak nie podlewana roślina, uczęszczał na wybory, oglądał programy publicystyczne w Państwowej Telewizji Katolickiej i zastanawiał się, jaki będzie następny krok do piekła.

Nikt jednak nie potrafił mu na to pytanie odpowiedzieć, nawet lekarze. Ci byli najbardziej tajemniczy i zarazem sceptyczni.

- Musi pan zażywać duchu ruchu, świeżego powietrza, oraz ćwiczeń yogi. Są dobre na wszystko, dziecko mojej sąsiadki dzięki nim nauczyło się poprawnej ortografii, a zanim zaczęło ćwiczyć, a przede wszystkim oddychać zgodnie z zaleceniami yoginów, nie potrafiło prawidłowo wstawić w wyraz ani ż , ani u z kreską.

Nic jednak nie pomagało, w dalszym ciągu nie wiedział kim jest, stawał na rogu ulicy i nie wiedział gdzie znajduje się wschód, gdzie południe, a gdzie nie napisane książki jednego z najbardziej niezrozumiałych pisarzy, czyli...

Chodził na mecze piłkarskie, wystawy awangardowe, targi staroci i zamorskich pcheł. Nic z tego nie wynikało, popadał w coraz większe zniechęcenie, odwracał do siebie twarze ludowych świątków, pragnących go pieścić - wyłącznie z miłosierdzia - brzydkich pielęgniarek, taksówkarzy czyhających na każdy dodatkowy grosz, który wysunął mu się z kieszeni.

Nie wyglądało to jego życie zachęcająco, rano nie chciało mu się wstawać z zimnego łóżka, pić przesłodzonej herbaty, patrzeć na brudną, chociaż dopiero co praną, bieliznę wieszaną przez sąsiadkę na wspólnym balkonie.

W przypływie nudy wyszedł do niej, podniósł z przepełnionego kubła wyświechtany podkoszulek, pewnie najstarszego syna, i zapytał czy nie poszła by z nim na spacer.

Zmęczona kobieta popatrzyła na niego pełnymi niedowierzania oczami.

- Ostatni raz w życiu byłam na spacerze chyba w dniu pogrzebu marszałka P. w maju 1936 roku.

Zdenerwowany dotknął nieogolonego policzka.

- A jakie ma to znaczenie akurat dzisiaj ? - zapytał dziwiąc się samemu sobie, że stać go było na akurat tak celne stwierdzenie.

Kobieta zastanowiła się. Przyszło jej to z widocznym wysiłkiem.

- Pewnie trochę przesadziłam. O pogrzebie marszałka opowiadała mi babcia w długie noce okupacji sowieckiej polskimi rękami, brzmi to trochę niegramatycznie ale nie wiem jak wyrazić mój sprzeciw przeciwko...

Uciekł przed tą gadającą maszynką do swojego pokoju, ale po chwili rozległo się pukanie w okno.

- Zapytałam się dzieci co sądzą o spacerze z panem, a one na to że już dawno nie miały nowego tatusia, więc chyba pójdziemy.

Na głównej ulicy kiedyś wyłącznie żydowskiego miasteczka w dzisiejszych przewodnikach opisywanego jako kurort dla gruźlików i mekka sportów wytrzymałościowych wzięła go pod ramię. Zdumiał się i nie wiedział jak się ma zachować. Zapytał jej o to.

- Uśmiechnij się i przyjmij wyraz błogiego zadowolenia - poradziła, a później zaprosiła na lody.

- Na czym polega ta zabawa w nowego tatusia ? - zapytał, kiedy wracali.

- Przyjdziesz do naszego mieszkania jak usłyszysz dzwonek, na podłodze żółtą farbą jest namalowana linia prowadząca prosto do mojego łóżka, to pamiątka z czasów pewnego pijaka, który w nocy wracając na bani często się mylił i lądował w łóżku najstarszej córki, zresztą nie bez jej przyzwolenia. Następnie wyspinasz się na mnie, powiesz że mnie kochasz, a od pierwszego twoja renta zasili nasz budżet.

Przez pierwsze trzy tygodnie wszystko mu się podobało, a najbardziej wspinanie się na okrągłą kobietę, ale kiedy listonosz minął jego drzwi i zapukał do sąsiadki nie wytrzymał, w końcu przypomniał kim jest i zrobił porządek ze wszystkimi, którzy przez tyle lat oszukiwali go wykorzystując jego naiwność.

- Wróciłem do siebie, jeżeli cokolwiek to znaczy - powiedział do zdumionej kobiety i wyjął jej z ręki pieniądze przeznaczone dla niego.

- A co z zapłatą za wiadome usługi ? - zachłysnęła się złością i poczerwieniała, najbardziej na szyi.

- Radzę napisać skargę do Rzecznika Praw Pokrzywdzonych, albo do kobiety zajmującej się równouprawnieniem.

Starannie zamknął za sobą drzwi, przeliczył pieniądze a następnie schował do puszki po kawie zbożowej, zapalił papierosa który leżał na parapecie okna od lat, a którego wcześniej nie zauważył, zakrztusił się dymem ale w dalszym ciągu palił z wielkim przejęciem, jakby była to wymarzona przepustka do świata ludzi normalnych, czyli wszystko rozumiejących, a przede wszystkim kim są.

Nie czuł się jednak w tej skórze najlepiej i przez cały następny dzień zastanawiał się jak wrócić do poprzedniego stanu, nie tracąc jednak ani grosza z dopiero co otrzymanej renty.

W pewnej chwili zapragnął znowu wspinać się na okrągłe ciało, zapukał nawet w okno sąsiadki ale zamiast odpowiedzi mokra szmata przeleciała obok jego głowy.

- Dzieci mają rację nie chcąc za żadne skarby stać się dorosłymi, to nic przyjemnego - usiadł na łóżku i zaczął bawić się palcami.

W takiej pozycji spędził kilka godzin. W końcu jakoś otrząsnął się z letargu, zażył trzy proszki od bólu głowy, ubrał najbardziej odświętny garnitur, czyli jedyny jaki posiadał i udał się do przychodni.

Następne dwie godziny spędzone na oglądaniu palców. Kiedy w końcu znalazł się twarz w twarz z bardzo młodą lekarką aż przestraszył się jej niedoświadczenia. Ta jakby odczytała jego lęki gdyż powiedziała :

- Proszę się nie bać, mimo pana wątpliwości jestem właściwą osobą na właściwym miejscu. Studia skończyłam z wyróżnieniem, a że dopiero trzy miesiące temu ? Każdy jakoś musi zaczynać. Z czym pan do mnie przychodzi.

Spokojnym głosem opowiedział jej o latach spędzonych w pustce, nie widząc kim był, kim jest, gdzie ma się podziać. Za oknami nagle zrobiło się ciemno, ale on tego nie zauważył. Kiedy przeszedł do opowiadania, co zdarzyło się kiedy jakby " odzyskał " świadomość lekarka powstrzymała go ruchem ręki.

- Resztę opowie mi pan w pubie do którego zapraszam. Sprzątaczka ze wzrokiem który zabija zaglądała już sześć razy.

Kiedy szli białym korytarzem, długim jak niekończący się sen lekarka wzięła go za rękę.

- Przeszłam to samo.

Zatrzymał się jak trafiony piorunem.

- I mimo wszystko leczy pani ? Chodzi na piwo ? Ma życie prywatne ?

Uśmiechnęła się, ale jakby przez łzy.

- Nie mam tylko zadowolenia seksualnego. Próbowałam, i to wiele razy - cała na twarzy zrobiła się czerwona - może za dużo, ale nic z tego nie wyszło.

- Ja z sąsiadką, o której pani opowiadałem a która tylko czyhała na moją rentę, miałem chyba coś na kształt orgazmu, ale do końca nie jestem pewien...

W pubie było wilgotno, duszono i tłoczno. Nie spodobał mu się jak tylko weszli, pani doktor miała za dużo znajomych i nie mogła poświęcić ani sekundy. Kiedy więc znikła w tłumie przy barze zamawiając kolejne piwo uciekł z tamtą jak niewolnik przyłapany na wycinaniu kukurydzy.

Kiedy wędrował ulicami w poszukiwaniu domu świat wydawał mu się pustym, pozbawionym dna przypalonym garnkiem, przez który głusi nawołują się na spotkanie w sprawie ostatecznego ustalenia daty powstania świata.

Jakieś nad wyraz rozgarnięte, antypatyczne dziecko próbowało namówić go na kupno Medalionów Nałkowskiej.

- Skąd masz tę zakazaną książkę ? - zapytał przerażony grożącymi mu konsekwencjami.

- Wyciągnąłem z niewiadomego pochodzenia - odpowiedział zupełnie bez sensu, dmuchnął w dłonie i zniknął.

Zdenerwowany odwiedził najbliższy bar. Kilka starych dewotek dyskutowało nad genialnością ich wypomadowanego lidera.

- Podobno ma w domu trzy klęczniki, modlitewnik i obraz przedstawiający świętego Wita częstującego pielgrzymów wywarem z kwasu - ostro przy tym zapijały piwem, paliły długie papierosy w lufkach i potrząsały sztucznymi grzywami.

U sennego barmana zamówił kieliszek wermutu, przeniósł go na stolik przed oknem znajdujący się na wysokości chodnika.

Właśnie ciągnięto po nim zbitego na kwaśne jabłko przeciwnika demonstracji nowych, narodowych nazistów.

- Po co odzyskałem świadomość ? - zapłakał, upił łyk i dopiero w tym momencie zorientował się, że ktoś przed nim stoi. Z niechęcią podniósł głowę i zauważył młodą lekarkę.

- Ładnie tak wychodzić bez pożegnania ? Wypij do końca i wracamy do domu.

Zdziwił się, ponieważ nigdy w życiu nikt wcześniej tak się do niego nie zwracał.

- Nie wiem, co to znaczy dom.

- Kilka ścian na których nic się nie da powiesić, łóżko w którym przeżywamy koszmary większe niż na co dzień i ciągle cieknący kran w kuchni - dziewczyna wymieniała te słowa automatycznie, jakby na egzaminie recytowała dość dobrze wyuczoną frazę.

- Ostatecznie na taki opis miejsca odosobnienia mogę się zgodzić.

Z niechęcią wstał, podszedł do baru i zapytał gdzie mieści się toaleta. Kiedy w końcu się w niej znalazł zniecierpliwiony otworzył okno, i jak przypuszczał wychodziło na podwórko na którym na szczęście nie było pijanych pielęgniarzy z przyciasnym workiem.

Przez najbliższe kilka dni nocował na dworcach, w podmiejskim lesie, nie zamkniętym biurze organizacji charytatywnej. Nie czuł się najlepiej, ale perspektywa mieszkania z młodą, wymagającą lekarką nie nastrajała go optymistycznie.

Kiedy w końcu wrócił do domu, umył się, ogolił i w końcu zasnął we własnym łóżku po krat podszedł lekarz i w żurnalu choroby zapisał, iż w ciągu ostatnich miesięcy w stanie pacjenta nie nastąpiła żadna znaczna poprawa a rokowania na przyszłość nie są z byt optymistycznie.

Następnie przeszedł do sąsiedniej klatki zajmowanej przez młodą kobietę, która wmówiła sobie że jest lekarką.

Koło się zamknęło, chociaż bezpośrednio zainteresowani nic o tym nie wiedzieli, i co gorsze, nigdy nie mieli dowiedzieć.

 

LXXIX. Pogrzeb trzydziesty dziewiąty. Bułka z masłem.

 

Minęła już prawie godzina od ustalonej godziny pogrzebu, ale zakład zajmujący się pochówkiem i całym rozgardiaszem w dalszym ciągu nie dostarczył trumny. Rodzina, ksiądz, nawet przedstawiciele prasy starali się zaapelować do sumienia zasklepionego w sobie, maleńkiego wzrostem wysłannika zakładu, który podobno miał dopilnować, by ceremonia odbywała się sprawnie i bez przeszkód, ale bez większych rezultatów.

Na prośby, by zatelefonował do zakładu i zapytał jaka jest przyczyna opóźnienia niezmiennie odpowiadał :

- Zmarłej już to przecież nie interesuje, a żyjącym nic się nie stanie, jak jeszcze spędzą chwilę na świeżym jakby nie było powietrzu.

Okolica była wiejska, ponieważ kobieta którą miano pochować urodziła się w pobliżu, niestety po drugiej wojnie teren ten przeszedł pod kuratelę zupełnie innego państwa, więc rodzina zadecydowała by pochować ją właśnie tutaj, na cmentarzu należącym jeszcze do Polski, chociaż nie było to zgodne z miejscowością zaznaczoną w metryce.

- Urodzona w ZSRR, zapłodniona w Niemczech, żyjąca w Polsce - tak w skrócie podsumowała życie siostry pochylona nad stołem kobieta. Trzęsącymi się od choroby dłońmi skręcała papierosa, ale kolejna próba spełzła na niczym.

Wszystkie gest pomocy ze strony oczekującej na pogrzeb rodziny odrzucała ze wzgardliwą wyższością i pogardą.

- Kiedy przestanę palić także umrę, więc do cholery dajcie mi spokój i zadzwońcie by ta cholerna trumna jak najszybciej znalazła się w tej wstrętnej dziurze - wskazywała lewą ręką na pospiesznie wykopaną mogiłę i naturalnie kolejny papieros rozlatywał się w niebyt.

Po drugiej stronie malutkiego cmentarza, na kocu rozłożonym pośród od wieków nie koszonych chwastów kilkoro mężczyzn grało w karty, zaś w kilku zaparkowanych na szutrowej drodze samochodach słuchano radia, posilano się, kłócono.

Typowy piknik, tylko okoliczności dla których się akurat tutaj znaleźli nie nastrajały do świętowania.

- Jeżeli za kwadrans ta przeklęta trumna nie pojawi się na horyzoncie wracamy do domu. Nie mam ochoty dostać zapalenia korzonków czekając na ciało ciotki, której nota bene nigdy nie widziałam na oczy.

Kobieta, która wypowiedziała tych kilka słów stała na jedynej ławce jaka się jeszcze od starości nie rozleciała i z lornetką przy oczach lustrowała okolicę.

Obok niej jakiś okropnie zdegustowany młody człowiek czyścił sztucer, kilka kroków od nich raczono się słodką nalewką, na lewo od cmentarza młode, niecierpliwe małżeństwo rozbijało namiot.

Korzystając z całego tego zamieszania maleńki wzrostem przedstawiciel zakładu pogrzebowego zniknął, tak więc już zupełnie zdani byli wyłącznie na opatrzność zaś ta jakoś nie kwapiła się by przyjść im z pomocą.

-Nie wiem jak ty ale nigdy nie przypuszczałam że matka umrze. Raczej spodziewałam się wiadomości, iż jakaś inna cywilizacja skontaktowała się z nami...

...za pośrednictwem radia RFM FN.

Córka zmarłej, jak i jej mąż, jednocześnie roześmiali się, chociaż od lat nienawidzili się wzajemnie i tylko strach, co powie matka i teściowa w jednej osobie, wstrzymywał ich przed rozwodem. Teraz mając już wolne ręce jakoś się do tego rozwodu nie spieszyli.

Nagle zaczął padać deszcz i większość zebranych schowała się w pobliskich ruinach. Zdezorientowani nie za bardzo wiedzieli jak się mają zachować, tym bardziej że nie było odważnego, który pierwszy odjechałby z miejsca wypadku.

Kiedy jednak nastał mrok, a trumny w dalszym ciągu nie było na miejscu, nawet ksiądz przestał bawić się w konwenanse, zwinął majdan i ruszył na plebanię. Za jego przykładem poszła reszta i w sekundzie jeszcze przed chwilą tętniący życiem bezsensowny, wiejski, nie ogrodzony cmentarzyk opustoszał.

Nie pozostał na nim nawet przysłowiowy pies z kulawą nogą i kiedy w jakieś pół godziny później piękny karawan zatrzymał się przed umowną bramą wjazdową nie było nikogo, kto pomógłby znudzonemu od błądzenia po bezpańskiej okolicy kierowcy pomóc znieść trumnę.

Jakoś sobie jednak poradził, położył na niej tabliczkę z nazwiskiem i wieniec, przepisowo się przeżegnał, dał znać do centrali że wraca, jakoś obrócił samochód w gęstej, błotnistej mazi i po chwili zniknął za horyzontem jak partyzant nie goniony przez nikogo, nawet przez swoich.

W nocy po raz pierwszy od daty założenia cmentarza, czyli od przeszło dwustu dwudziestu lat żadne zwierzę nie przemknęło się przez niego, a wczesnym rankiem troje jeszcze pijanych grabarzy wzięło trumnę na trzeszczący wózek, dopchało do grobu, wrzuciło do dołu, szybko i prowizorycznie przysypało, wbiło krzyż, przeżegnało się i poszło w swoją stronę.

Pozostała ulotna pamięć o bliskich, narzędzie niezręczne chociaż czasami bardzo skuteczne. Oraz przeświadczenie o wyższości roli przypadku w życiu doczesnym, jak i pozagrobowym.

 

LXXX.

 

Pogrzeb czterdziesty.

 

LXXXI.

 

Stał ( stałem ) na skraju pięknego, porośniętego wspomnieniami cmentarza i patrzyłem (patrzył) jak piszę te słowa.

Był koniec lata i nic nie zapowiadało, by ochłodzenie miało przyjść w najbliższych dniach.

Niezwykły banał, ale przecież żaden koniec nie jest adekwatny do treści.

wrzesień 2004 - maj 2005

 

galeria sztukpuk | wydarzenia | galerie | forum-teksty | recenzje | archiwum | linki | kontakt


Copyright by "SZTUK PUK" 2001 - 2005 Kraków , Ryszard Bobek, Filip Konieczny