galeria sztukpuk | wydarzenia | galerie | forum-teksty | recenzje | archiwum | linki | kontakt

 

Roman Wysogląd
Baile Atha Cliath ( Dublin) ( zapiski z miasta na przełomie roku)

fot. Ewa Skrzyszowska, Ryszard Bobek

 

Zadaniem moim nie było opisanie miasta, ponieważ dokonało tego przede mną wielu znakomitych pisarzy i podróżników. Celem było jedy-nie uchwycenie klimatu miasta i mieszkających w nim ludzi, wśród któ-rych spędziłem dwa tygodnie. I to wszystko.

 

1.Samolot.

 

Oczekiwanie w Polsce na odlot można porównać jedynie do gry na wy-ścigach, do tego nafaszerowanego środkami dopingującymi konia.
Wystartuje, czy nie. Wszystko niby sterylne, toalety pachnące, służby kontroli dokumentów, jak i bagażu, stanowczo za bardzo wyuczenie miłe.
Poza tym kompletna wolna amerykanka. Ktoś, kto znalazł się już po drugiej, jakże umownej stronie granicy od razu czuje się lepszy. Nie wia-domo tylko, od kogo, pewnie od siebie sprzed dwudziestu minut.
Krzyczy do telefonu komórkowego androny, porównuje ceny alkoholi w sklepach kiedyś wolnocłowych do cen gorzały w jego mieścinie, co jakiś czas odwiedzając toaletę, by z piersiówki dolać sobie odwagi.
Ponieważ, tak naprawdę każdy prymitywny naród boi się latania samo-lotem, więc niepewność nadrabia miną bywalca, co najmniej corocznych wyścigów konnych w Ascord.
Poza tym ten niespotykany nigdzie na świecie smród wędlin wożonych w podręcznym bagażu, ponieważ przepisowe 20 kilogramów już dawno załadowane zostało innymi specjałami polskiej kuchni, szczególnie, kie-dy leci się do Dublina dzień przed Wigilią.
Nie mam nic przeciwko lotnisku w Pyrzowicach pod Katowicami, ale drogi górnolotnie zwane dojazdowymi do tej dziury, ostatni razy były reperowane pewnie tuż po trzecim powstaniu śląskim, i to nie przez Polaków.
Samo lotnisko wygląda jak blaszana puszka opakowana w kolorowy papierek. Lekka mgiełka i setki zdenerwowanych pasażerów tłoczą się na przestrzeni średniej wielkości pociągu towarowego.
Nic jednak z tego nie wynika. Przecież wyruszamy w wielki świat, który tym razem nazywa się Dublin, więc wszystkie przeciwności losu znosimy z pokorą godną późnego Gierka.
Nawet bufet w lotniskowej restauracji mniej więcej przypomina jego czasy. Stare frytki, coś, co nawet przy dużej dozie wyobraźni nie można nazwać kotletem oraz piwo o smaku kopalnianym dopełnia jakże pięk-nego obrazka, jakim jest przepustka do niby czegoś lepszego.
W tym wszystkim mieliśmy wyjątkowe szczęście, ponieważ od godziny 9 rano do naszego odlotu, czyli 18.45. nie wzbił się w powietrze żaden samolot. Diabli zresztą wiedzą, dlaczego. Zdesperowani pasażerowie ( przeważnie cudzoziemcy) w żaden sposób nie mogli zrozumieć, że mieli wylądować w Warszawie, Poznaniu czy innym egzotycznym dla nich miejscu, a tak łaskawie kilka najbliższych godzin spędzą w autobusie. Pewnie nie ogrzewanym.

Poza tym normalka. Taksówkarze szukający naiwnych, którzy za kurs do Katowic zapłacą sześć razy tyle, co pokaże taksometr, kantor wymiany pieniędzy oferujący kurs rodem z wysp Bahama, czy urocza barmanka w kawiarni nie potrafiąca prawidłowo wydać reszty z siedmiu złotych, gdy kawa kosztuje cztery czterdzieści.
Cóż więcej? Nie ma dla mnie bardziej bezmyślnie straconego czasu jak ten w oczekiwaniu na samolot. Co bowiem w tym czasie można robić poza wpatrywaniem się w podświetlaną tablicę z godzinami odlotu, czy przypadkiem twoje wejście na pokład czegoś, co wbrew wszelkiej logice nie powinno wzbić się nawet na metr nad ziemią nie zostało już zamknięte?


2. Taksówkarz w Dublinie.

 

Na pytanie, co chcemy w tym pięknym mieście zwiedzać, córce żony nieopatrznie wyrwało się, że przede wszystkim puby.
Dawno nie widziałem mężczyzny tak bardzo zdegustowanego. Chociaż pora dnia ( właściwie nocy) była już dość późna wyłączył licznik i na swój koszt obwiózł nas po mieście pokazując i objaśniając historię najbardziej znanych i cennych zabytków.
Nie omieszkał przy tym kilkakrotnie podkreślić, iż odkąd w roku 1921 Irlandia przestała być okupowana przez Anglików ( po prawie tysiącu latach) znowu wszyscy czują się jak u siebie w domu i nie pozwolą wyspiarzom wtrącać się w nie swoje sprawy.
Na końcu tej niespodziewanej eskapady zaprosił nas na piwo do jednego z bardziej cenionych pubów, w którym nie omieszkał ogłosić wszystkim, że oto jego przyjaciele Polacy przylecieli na święta i sylwestra do Dublina.
Wyszliśmy z tego pubu bardzo wcześnie rano. Była Wigilia, kolejny dzień któregoś tam roku. Nie zauważyliśmy, ani jednego zawianego jegomościa z karpiem w dziurawej siatce, czy choinkę, która prowadziła jej właściciela do domu.
Było normalnie, jak na prawie na całym cywilizowanym świecie, no może poza Skierniewicami i Białą Podlaską.
Nie muszę dodawać, iż za kurs pod dom nie zapłaciliśmy ani jednego euro. Taki widać obyczaj.

 

 

3. Po co człowiekowi święta? Pytanie retoryczne.


Jak każde szanujące się miasto Dublin także posiadał w okresie świąt kilka choinek, ale jakby nikt na nie nie zwracał uwagi. Pewnie już tak wrosły w świadomość mieszkańców, iż kojarzą się z tym okresem jak polski karp lata temu okupujący wannę przez wiele tygodni.
Ruch uliczny przypominał Wieżę Babel. Ale tę bardziej cywilizowaną, jeżeli naturalnie taka kiedyś istniała.
W jakiś dziwny i niepojęty dla mnie sposób tysiące ludzi potrafi obok siebie egzystować nie obrażając się na drugiego, złorzeczą, iż niewła-ściwie popatrzył na jego żonę, źle postawił wyładowaną zakupami siatkę.
Spokój panujący w Dublinie dzień przed świętami był dla przybysza z dalekiego kraju zniewalający. Całkowity luz i ...No właśnie, co? Przecież święta to tylko tradycja i nic więcej. Tak przynajmniej sądzi i myśli więk-szość cywilizowanego świata. Reszta jest sprawą drugorzędną.
Nie chcąc plątać się kobietą po kuchni w wigilijne południe wybrałem się do osiedlowego puba ( mieszkaliśmy 20 minut od centrum) gdzie z niemałym zdziwieniem uzmysłowiłem sobie wyższość życia codziennego nad świętami.
Kilka wesołych, starszych kobiet siedziało przy barze i popijało piwo, inni opowiadali kawały a święta? Przyjdą, nikt w całym pubie nie miał, co do tego cienia wątpliwości.
Jedynie Polacy ze swoją niezachwianą wiarą w przeznaczenie ( wszystkiego) traktują dzień wigilijny jako coś wyjątkowego i może mają swoją racje, ale na szczęście świat nie kończy się nad Wartą czy Notecią.
Poprosiłem o kielicha. Barman popatrzył na mnie trochę dziwnie, ale bez słowa nalał kilka kropel cennego płynu do wielkiego kieliszka. Kiedy chciałem zapłacić tylko się uśmiechnął.
- W moim lokalu mężczyzna w wigilię pijący alkohol musi być cudzoziemcem, więc będzie dla mnie zaszczytem goszczenie cię.
Ledwie zdążyłem do domu przed pierwszą gwiazdką i po raz pierwszy od lat w dzień wigilijny czułem się normalnie, to znaczy żadne tam prze-znaczenie nie kazało mi zachowywać się nienaturalnie, czyli inaczej niż przez pozostałe 364 dni w roku ( zapominając o roku przestępnym).


4.To nie prawda, że w samolocie najgorszy jest terrorysta. O wiele bardziej upierdliwy bywa idiota, któremu wydaje się, że jest Europejczykiem.

 

Lot z Pyrzowic do Dublina trwał dokładnie dwie godziny i czterdzieści dwie minuty.
Idiota, który na moje nieszczęście siedział jeden fotel przede mną, ale po przeciwnej stronie, w tym czasie podniósł się ze swojego miejsca, co najmniej tysiąc pięćset razy. Jak nie więcej. Za każdym razem z innego powodu. Należy posiadać w sobie wielką dozę wyrozumiałości i cierpliwości, by temu debilowi nie dać w mordę.
Najmniej zdziwieni jego zachowaniem byli jego rodzice, ale widać przez lata przywykli do niezwykłej ruchliwości swojego potomka.
Mieli go dość wszyscy pasażerowie samolotu, ponieważ swoją nadpobudliwością zatruł całkiem przyjemny lot 150 ludziom.
Kiedy w końcu wylądowaliśmy w Dublinie rozpłakał się! Ze szczęścia, jak nie omieszkał wszystkim zakomunikować.
- Znowu mi się udało, przeżyłem - krzyczał uszczęśliwiony a ja po raz pierwszy ( i pewnie ostatni) w życiu żałowałem, iż samolot się nie roztrzaskał na tysiące drobnych kawałków.
Na szczęście w Dublinie podobnych debili nie spotkałem, chociaż Polacy także nieźle dawali się we znaki.
Cierpliwość ma jednak swój wymiar. W moim przypadku były to 162 minuty wypełnione debilizmem. Teraz już europejskim, czyli cywilizowanym.


5. Liffey.


Rzeka wpadająca do Morza Irlandzkiego i dzieląca miasto na dwie części.
Po obu jej stronach znajdują się, jak się to potocznie mówi: zabytki, kościoły, gmachy użyteczności publicznej etc.
Niestety ruch samochodowy praktycznie uniemożliwia rozkoszowanie się pięknem związanym z majestatycznie poruszającym się nurtem wody.
Stałem kiedyś oparty o kamienny murek na nadbrzeżu i zastanawiałem się po jasną cholerę chciało się Wikingom zakładać to miasto. Przecież istniało wtedy tyle pustych terenów.

Mężczyzna, który do mnie podszedł nie patrząc na mnie zapytał:
- Samobójca?
Lekko zdziwiony odpowiedziałem:
- W pewnym sensie każdy z nas jest potencjalnym samobójcą.
Pewnie moja odpowiedź zdziwiła go, ponieważ zaproponował mi piwo w pobliskim pubie,
- Może wydawać ci się to dziwne, ale nie pijam piwa. Od urodzenia.
Pub okazał się mordownią, ale za to toalety lśniły w nim jak czasami buty naszych premierów.
- Po co tutaj przyjechałeś? - zapytał, chociaż w Dublinie pytanie, szczególnie obcych o cokolwiek uchodzi za nietakt.
- Banał - odpowiedziałem - jak to w życiu bywa poznałem kobietę, a ta okazała się mieć dwie córki i obie od kilku lat mieszkają w Dublinie.
Przypatrzył mi się uważniej, skinął na barmana. Whisky, której także nie cierpię, ale nie wypadało mi po raz kolejny miłego fundatora wprawiać w kompleksy, miała gorzkawy posmak śmierci.
- Polki?
- Powiedzmy.
- Nie rozumiem - zatopił wąsy w czymś tak obrzydliwym jak Guinnes,
- Matka Polka, ojciec Albańczyk, mąż jednej z nich jest Serbem, a one same czują się...
Nie było go dłuższą chwilę. W tym czasie obejrzałem sobie towarzystwo, w którym prawdopodobnie spędziłbym większość życia, gdybym urodził się w pobliżu.
- Wybacz - przeprosił, kiedy się znowu pojawił - ale musiałem to, co mi powiedziałeś przemyśleć w samotności, ponieważ nic z tego nie rozumiem.
- Ja także.
Teraz uśmiechnął się bez wymuszonego przymusu, znowu przywołał barmana, zamówił jeszcze jedną kolejkę, zapłacił i zapytał, czy nie możemy pójść się napić do hotelu, którego właścicielem jest Bono.
- Źle się czuję w tego rodzaju lokalach, ponieważ nie mogę rozróżnić, kto jest wykidajłą, a kto właścicielem.
Kiedy po jakimś czasie wyszliśmy nad brzeg rzeki Liffey zapadał smutny zmierzch.
Ludzie kręcili się wokół siebie zupełnie bez celu, samochody wydawały się jeździć w koło.
- Pewnie nie jest ci łatwo? - zapytał.
- A komu jest?
Podał mi dłoń i więcej w życiu go nie spotkałem, co z tego faktu kompletnie nic nie wynika.


6.Autobusy.


Są piętrowe, wąskie, zimne, nieprzytulne a kierowca jak cerber w piekle skrupulatnie kontroluje czy zapłaciłeś za bilet.
Jeżeli nie masz biletu tygodniowego, dziennego lub miesięcznego musisz określoną kwotę wrzucić do specjalnego pojemnika, kierowca przyciśnie guzik i metr papieru znajdzie się w twojej ręce.
Jest tylko jedno ale, jeżeli nie posiadasz przy sobie określonej kwoty pieniędzy należnej za przejazd kierowca nie wydaje ci reszty, tylko automat dodrukowywuje kolejne centymetry papieru z którym musisz zgłosić się do biura i odebrać nadpłacone 50 centów.
Ciekawy jestem ile procent ludzi wędruje kilometrami by odzyskać nad-płaconą kwotę. Po drugie w Dublinie stawki za przejazd liczą się według ilości przejechanych przystanków: 1 do 3, 3 do 7, 7 do 13 oraz ponad 13.
Żaden turysta o normalnym wykształceniu nie jest w stanie tego zrozu-mieć, a tym bardziej magazynować kwity z nadpłaconymi kwotami, a później szukać biura, które łaskawie odda ci kilka euro.
Poza tym podziwiam kierowców autobusów ( w Dublinie naturalnie jest tramwaj, ale ma tylko dwie linie i obydwie jeżdżą wyłącznie prosto, tak więc praktycznie nikt z nich nie korzysta) ponieważ prowadzić pojazd w tak ekstremalnych warunkach ( ciasnota ulic, nagminne wymuszanie pierwszeństwa, użeranie się z klientami) każdego normalnego człowieka doprowadziłoby do rozstroju nerwowego. A oni jakby nigdy nic się nie stało kręcą te swoje mile po wymyślonym przez chorego na anoreksję architekta,


7. Jak zostać klientem.

 

Nic prostszego, wystarczy wejść do sklepu, hotelu, pubu czy innego lo-kalu użyteczności publicznej i coś tam zamówić, kupić, wynająć, lub ukraść.
Pytanie tylko: po co? Kiedy wszyscy dookoła akurat coś takiego piją, noszą, pokazują znajomym, lub co gorsze, nie maja się przed kim po-chwalić ostatnim nabytkiem.
Pewnego popołudnia wylądowaliśmy w ekskluzywnej, pustej o tej porze kawiarni, w której poza nami i obsługą znalazła się rycząca czterdziestka i zmówiła butelkę bardzo drogiego wina. Na pytanie kelnerki, z jakiej okazji taka feta spokojnie oświadczyła, iż przed momentem na

poświątecznej wyprzedaży kupiła parę butów i bluzkę o całe trzydzieści procent taniej.
Widać zapomniała, iż butelka wina, którą zamówiła kosztowała więcej niż połowa ciuchów na drugim piętrze u Spencera.
Świat zdziczał, chociaż w dalszym ciągu jakby stwarzał pozory ładu. Tylko, do czego ten niby ład doprowadzi? Ale na szczęście to już nie był mój problem.
Znajdowałem się w Dublinie, mieście jak marzenie, za chwilę zaczynały się święta.

 

8. Bawić się i żyć, czyli dwa w jednym.

 

Bywają miasta, w których człowiek czuje się prawie jak w grobie. Nuda, samotność, ciemność i daleko do baru.

Na szczęście Dublin do takich miejsc się nie zalicza. Wprost przeciwnie. Miasto tętni wesołym, nieskrępowanym rytmem od wczesnych godzin przedpołudniowych do porannych.

Nie znaczy to, iż nikt tam ( poza stu dwudziestoma tysiącami Polaków) nie pracuje, i wszyscy tylko się bawią. Nic bardziej mylnego. Mądre społeczeństwa w jakiś zupełnie nieznany mi, i niezrozumiały sposób potrafiły wszczepić w umysły swoich obywateli, że najpierw praca, a dopiero później zabawa. A nie odwrotnie jak u nas, gdzie od lat wszystko stoi na głowie, naturalnie oprócz klauna w cyrku. Ale przecież państwo to nic innego jak cyrk. Tym razem ( od jesieni 2005) w formie pompatycznej i bogobojnej.

W Dublinie kościoły bankrutują ( jak kościół może zbankrutować?). W ich wnętrzach otwiera się biura, przerabia na komfortowe mieszkania lub w piwnicach pod świątyniami otwierane są knajpy. I nikogo to nie dziwi ) ( naturalnie poza dezerterami znad Wisły) denerwuje, nikt nie interpeluje w Parlamencie.

Po prostu w normalnym społeczeństwie nikt nie może zbyt długo żyć na kredyt ( nawet kościół), więc naturalną koleją rzeczy jest komornik, a następne zmiana przeznaczenia architektonicznego , jak to się ładnie nazywa.

Miarą wielkości społeczeństwa jest jego reagowanie w sytuacjach podbramkowych. Wtedy widzimy, obok kogo mieszkamy, kto wychowuje nasze dzieci, z kim możemy pokazać się w Europie.

W Polsce biur w kościele nie wolno pokazać nawet na żadnej wystawie, a co dopiero mówić o tak zwanej sprawdzalnej rzeczywistości.

Niestety nie udało mi się dowiedzieć, w jaki sposób Irlandczycy w ciągu ostatniej dekady potrafili aż tak znacząco zmienić swój sposób myślenia na temat religii, miejsca kościoła w życiu itp.

Widać, jeżeli się chce to można, naturalnie pod warunkiem, iż władza oddzielona jest od kościoła. Na mile.

W jedną z niewielu niedziel, które spędziłem w Dublinie wybrałem się do kościoła, Był pusty, osiem osób.

Za to w pobliskim pubie full. Życie nie polega tylko na wystawaniu w szeregu i wpatrywaniu się w księdza. Czasami barman bywa równie skuteczny w krzewieniu wiary. I nikomu to nie przeszkadza, ani nikogo nie dziwi.

Poza wszystkim, nie jest moją sprawą komentowanie czegoś, na co nie mam wpływu. Opisywanie rzeczywistości bywa o wiele bardziej pouczające i cięższe niż moralizowanie. Nawet to doczesne.

 

9. Święta.

 

Energia elektryczna potrzebna do oświetlenia Dublina podczas Świąt i Nowego Roku pewnie wystarczyłaby na roczne potrzeby całej Afryki łącznie z przyległymi terytoriami.

Każdy właściciel domku za punkt honoru uważa oświetlenie go ze wszystkich możliwych stron, naturalnie w o wiele lepszy sposób niż sąsiad.

Każda dzielnica ma swój coroczny konkurs na najciekawsze (co nie jest równoznaczne z najgustowniejszym) udekorowanie domu, znaczy oświetleniem go, a zwycięzca przez rok ma prąd za darmo.

Nie przypuszczałem, iż w kraju znanym z wysokiej kultury ( naturalnie tej przez duże K) w świątecznym dekorowaniu domu króluje bezguście i prymitywizm porównywalny z Niemieckimi krasnalami, którzy także odnaleźli się w Dublinie.

Zastanawiające jest, jak w tak przecież pięknym mieście jak Dublin nagle można znaleźć się w zupełnie innym ( czytaj tandetnym) świecie.

Widać pewien rodzaj prymitywizmu nie zna pojęcia granica, kultura, wiek.

Poza tym pewnie jak wszędzie. Szał zakupów, przygotowań, gotowania i nagle nadchodzi chwila, kiedy to wszystko już poza nami, taksówki nie da się za zamówić za żadne skarby, telefony do wszystkich wykonane z nawiązką, a sterta garnków czających się w zlewie może przestraszyć nawet niewidomego.

To właśnie święta, podobno ulubiona pora roku. Tylko, kogo poza dziećmi?

Są jeszcze naturalnie prezenty, choinki, kominki, przyjaciele ( i nie) przy stole, rodzina widziana dwa razy do roku, pomruki pani domu, kiedy mąż sięga po alkohol, zastanawianie się, czy w Dublinie istnieje coś takiego jak Pasterka, i pustka, która wdziera się w nas o wiele silniej niż tego chcemy.

W pierwszy dzień świąt obowiązkowy, południowy spacer, na który nikt poza kobietami nie ma ochoty.

Ulice w Dublinie, parki są wyludnione, pewnie jeden z niewielu dni w roku, kiedy coś tak bardzo nierealnego jak miasto może spokojnie odpocząć od jej mieszańców.

A po południu znowu to samo, jak świat długi i szeroki. Stół, przy którym w zasadzie nie mamy sobie nic do powiedzenia. Ale jest miło, przyjemnie, przywiezione przez matkę z Polski pierogi smakują o wiele lepiej niż osiem lat temu.

Jedyne radości, jakie nam pozostają, szczere, chociaż prowadzą do bólu, gdyż nicość już naznaczyła swoje prawa i obowiązki.

To dziwne, ale przypominają mi się z cała wyrazistością szczególnie w święta, jakby magia tych dni wyzwalała z siebie jakieś dziwne prądy niepozwalające zapomnieć o przestrzeni, czasie, miejscu na ziemi.

Niby nic nowego, ale co roku powtarza się ta sama sytuacja, chociaż przecież nie przy tym samym stole i tych samych ludziach.

Przecież tylko niektórzy z nich byli z nami w ubiegłym roku, dwa lata temu, dziesięć.

Ale strach pozostaje. Przed nienazwanym. I dobrze, inaczej południowy spacer nie miałby najmniejszego sensu, ponieważ nigdy nie byłby tym ostatnim.

 

10. Trinty College.

 

Każde większe miasto w Europie ma swój uniwersytet. Także Dublin.

Położony w centrum miasta poraża swoją nieśmiertelnością, ponieważ powaga starych murów zniewala, nawet tych niemyślących, których niestety pełno, gdy z aparatami fotograficznymi w jednej ręce, a hot dogami w drugiej próbują zrozumieć świat w ciągu tygodniowych wakacji.

A przecież prawda jest prosta: całe bogactwo kultury danego narodu mieści się w tych murach, cegłach, salach i książkach. Czy ktoś tego chce, czy nie.

Specjalnością, jeżeli mogę tak powiedzieć, Uniwersytetu w Dublinie jest księgarnia,The Book of Kells, imponująca, ale także odstraszająca biletem w wysokości ośmiu euro pseudointeligentów chcących pooddychać starodrukami, mapami i wszystkim, co przez lata nauki wytworzyły okolice Dublinu.

Naturalnie dolna sala, gdzie znajdują się przewodniki, atlasy a także kilka książek współczesnych autorów jest ogólniedostępna, ale już wstępu na piętra broni dostojnie ubrany jegomość o wyglądzie lorda ze smutnych seriali, w których dobrzy ludzie zwyciężają zło. Pod każdą postacią.

Zanim kupisz bilet wstępu i na chwilę staniesz się częścią przeszłości dżentelmen ten delikatnym ruchem palca przykładanym do ust nakazuje ci ciszę, chociaż od lat nikt nie ośmielił się jej zakłócić, ale przecież należy zaznaczyć swoją władzę, szczególnie, kiedy się jej nie posiada.

Woluminy równiutko poukładana na półkach, posprzątane jak po pogrzebie, sterty książek ciągnących się kilometrami porażają, ponieważ uzmysławiają nam niemożliwość przeczytania, albo, chociaż przeglądnięcia chociażby części tego, co napisano.

Trinty College jest jednym z niewielu miejsc w centrum Dublina ( poza parkiem ST.Stephens Green), w którym króluje przestrzeń.

Przecież dzisiaj najbardziej liczy się ziemia, jako miejsce, na którym można coś postawić i naturalnie na tym zarobić.

Z tego punktu widzenia Trinty College jest bezsprzecznie zmarnowaną przestrzenią, ale jeszcze nikomu nie przyszło do głowy by to zmienić.

11. Wystawa kapeluszy.

 

Widziałem w życiu wiele wystaw, ale tak dziwnej, a jednocześnie fascynującej nigdy wcześniej.

Nie przepadam za pokazami mody, kobiecymi tygodnikami poświęconymi wyłącznie wmawianiu czytelnika, w co powinien się ubrać wybierając się na przykład do adwokata, czy na jakże w Polsce popularne mecze krykieta, oraz " inteligentnymi " rozmowami o niczym, w których moda gra jedyną, i jakże słuszną, rolę.

W budynku Historii Naturalnej National Museum of Ireland doznałem jednak olśnienia za sprawą, Philipa Treacy i Isabelli Blow.

Ta para znana na świecie jako oryginalni projektanci kapeluszy przeszli samych siebie proponując kosmiczne nakrycia głowy, których wydźwięk i niezwykłość mógł poruszyć i zadziwić każdego.

Skromna sala tonie w półmroku. Cisza, oraz pewna dostojność każe zaprzestać rozmów, chociaż znajdujemy się w muzeum, a nie na ceremonii pogrzebowej.

Większość eksponatów odgrodzona jest od zwiedzających sznurkowymi barierkami, jakby oddzielała nas od innego świata.

I pewnie tak jest. Przecież kapelusze, do tego tak niezwykłe, to przecież sztuka, a tej na codzień próżno w nas szukać.

Patrzy się na te dzieła sztuki jak na rzeźby, pewnie autorzy nie mieliby nic przeciwko takiej interpretacji, chociaż film cały czas wyświetlany na tylniej ścianie sali udowadnia, iż te cuda można nosić na głowie. I modelki robią to z całkiem niezłym wdziękiem, chociaż czy w " czymś takim" można pokazać się na ulicy, księgarni, czy w samochodowej myjni?

Bardzo wątpię, ale przecież nie o to chodzi. Sztuka, nawet ta użytkowa, nie powinna bronić się przed oskarżeniem o dostępność, codzienność czy powtarzalność.

Kapelusz jest tutaj jedynie pretekstem do szerszego spojrzenia na rzeczywistość, w tym akurat przypadku bardzo dobrze się stało, że tego rodzaju wystawie swoje miejsce użyczyło muzeum.

I do tego oficjalne Muzeum Narodowe. Trzeba mieć dużo odwagi i determinacji by " kapelusze" wystawić w Narodowym przybytku sztuki, gdzie według naszych rodzimych proroków powinien dominować wyłącznie patriotyzm, powstania i tani romantyczny sentymentalizm.

Na szczęście w Irlandii z rzeczy oczywistych nie robi się ikon, ani nie wmawia się społeczeństwu, iż kapelusz nie może być dziełem sztuki tylko i wyłącznie ogólnodostępną odmianą moherowego beretu.

 

12. Wycieczka z zawianymi poetami.

 

Każde większe miasto w Europie posiada swojego Świetlickiego, Warzechę czy Wita Jaworskiego. Nie może być inaczej.

Rzecz w tym, że nudzący się poeci w Dublinie wymyślili...wycieczkę po mieście. Chcąc być bliższy prawdy powinienem napisać: zwiedzanie knajp, ale jak można poznać miasto, nie zaczynając właśnie od tej ciekawszej strony życia?

Spotykamy się pewnego zachodzącego popołudnia w jednym ze śródmiejskich pubów. Czternastu " turystów " oraz niezliczona grupa miejscowych poetów, z której co jakiś czas ktoś ubywa, a na jego miejsce pojawiają się nowi.

Atmosfera jak na pikniku. " Wycieczka " nic nie kosztuje, poza naturalnie, co jakiś czas zamawianymi kolejkami Guinnesa.

Poeci z Dublina nie unikają płacenia za piwo, czym wzbudzają zdumienie kilkorga Amerykanów oraz zarozumiałego Niemca, dla którego poezja skończyła się wraz ze śmiercią Rilkego.

- Popatrz kochanie - mówi półszeptem pewnie do żony szerszy niż wyższy mieszkaniec Nowego Jorku - poeci, a potrafią się zachować.

- Ty napiłbyś się nawet z diabłem - odpowiada niekryjąca niezadowolenia kobieta, której uciekają kolejne swetry i buty na odbywającej się równolegle poświątecznej przecenie.

- Co mi tam poezja, kiedy każdy z ich wygląda jak były mąż naszej jedynej córki, wysoki, chudy, egzystencjonalnie nastawiony do życia i bez widoków na stałą pracę.

Mężczyzna rumieni się ze wstydu, chce zamówić następną kolejkę, ale powstrzymuje go Andy F.

- U nas - mówi cicho - obowiązuje zasada, iż każdy z zamawianiem czeka na swój czas. Podobnie jak z drukiem wierszy.

W kilka minut później stojąc na zimnym wietrze słuchamy opowieści, w jaki sposób w Irlandii powstały pierwsze puby. Mianowicie angielskie wojska okupujące ten kraj aż do początków XX wieku musiały gdzieś dawać upust swojemu zamiłowaniu do alkoholu, więc w pobliżu miejsc ich zakwaterowania w prywatnych domach powstawały jakby namiastki dzisiejszych pubów, co pozwalało miejscowym nieco zarobić.

Pytam, dlaczego musimy rozmawiać na powietrzu, kiedy tyle jeszcze przed nami do zwiedzania.

- Życie nie składa się tylko z samych przyjemności, jak poezja - odpowiada Andy.F. poeta z dwoma tomikami wierszy w dorobku, obydwa wydane własnym sumptem w minimalnym nakładzie.

Kiedy opowiadam mu o polskim mecenacie państwa nad poezją nie chce uwierzyć.

- Ale to już 16 lat temu odeszło do lamusa - szybko dodaję.

- A komu to przeszkadzało? - pyta dociekliwie.

- Wszystkim, a najbardziej tym, którzy w życiu nie trzymali w ręce żadnej książki.

- Rzeczywiście - uśmiecha się jak przez mgłę - tacy zawsze na temat sztuki mają najwięcej do powiedzenia, pod każdą szerokością geograficzną.

Wszystkie puby, które odwiedzamy są przepełnione, ale nikt nie jest pijany. Dla Polaka rzecz zadziwiająca, że można się bawić będąc w miarę trzeźwy, i to do późnych godzin nocnych.

W miarę upływu czasu wkruszają się cudzoziemcy, dla których wędrówka z poetami po nocnym Dublinie nie przyniosła spodziewanych wrażeń. Nikt nikogo nie pobił, nikt nie odpadł od baru, rozmowy były jakieś dziwne, do tego o zupełnie nieznanych nazwiskach.

Na całym świecie stosunek do poetów jest jednoznaczny: dziwni faceci z niepoukładanym życiem osobistym. I czy inaczej mogło być w Dublinie?

 

13. Jak się nie nudzić.

 

Ludzie nudzą się cały czas. To naturalnie truizm, ale niepozbawiony racji. Przecież nie ma nic przykrzejszego jak codzienne, rutynowe zajęcia pozbawione tajemniczości, do tego powtarzane przez lata po kres zdrowia psychicznego

Co innego jednak nudzić się w wielkim mieście, a co innego na tak zwanej prowincji? Ale czy to absolutna prawda?

Nie wiem i nie będę się na tym rozwodził. Zastanawia mnie inny fenomen związany z nudzeniem się, a mianowicie jak społeczeństwa zamożne a jeszcze nie zepsute tym dostatkiem ( jak irlandzkie właśnie) potrafią cieszyć się z czegoś wydawałoby się tak prostego jak życie.

Irlandzki bum i rozkwit gospodarczy nie trwa od wieków, zaledwie nie więcej jak dziesięć lat, więc naturalne jest, iż ludzie tam mieszkający nie znudzili się jeszcze sobą, dostatkiem, brakiem troski o sprawdzalne jutro.

Objawia się to między innymi stosunkiem do cudzoziemców. Kraje od dawna nieposiadające większych zmartwień przestają traktować " obcych" od dawna mieszkających na ich terytorium jako swoich, procesy asymilacyjne nie za bardzo się sprawdziły, prawie wcale, więc chyba na-

- turalną koleją rzeczy jest wyraźny wzrost liczby osób nastawionych wrogo do " innych".

W Irlandii problem ten nie istnieje, poza naturalnie szczerą niechęcią do wszystkiego, co brytyjskie, ale ma to swoje uzasadnienie w historii obu narodów.

Co innego świat, ten w Dublinie nie musi liczyć się z antypatią, gorszym traktowaniem, czym wręcz niechęcią autochtonów.

A w takiej atmosferze chce się bawić, a to oznacza, że w tym mieście nie ma czasu na nudzenie się. I niech ten stan trwa jak najdłużej.

 

14.Wizyta w ekskluzywnym domu .

 

Miasto ( jak i kraje) poznaje się między innymi poprzez bywanie w domach jej mieszkańców. Nie jest to znowu takie proste i oczywiste, ponieważ nie zawsze zdarza się, iż w danym miejscu znamy kogoś na tyle dobrze, by ten zaprosił nas do siebie.

Także nie każda nacja jest gościnna, więc dar losu, który został nam zesłany pod postacią zaproszenia do - mam nadzieję typowego, mieszczańskiego, ale w dobrym znaczeniu tego słowa - dublińskiego domu przyjąłem jako niezasłużoną nagrodę.

Koniec grudnia, plus kilka stopni, wczesne popołudnie. Pana domu spotykamy parę metrów od domu. Udaje się po popołudniową gazetę The Irish Time, bez której jego żona nie wyobraża sobie udanego wieczoru ( naturalnie, kiedy goście już sobie pójdą).

Miejsce przed domem zapełnione dwoma samochodami, tak, więc z niemałym trudem przepychamy się w stronę kilku schodków prowadzących ku drzwiom wejściowym.

Dzielnica widać musi być zamożna, gdyż po raz pierwszy od pojawienia się w Dublinie widzę kilka karłowatych drzew ( naturalnie poza parkiem) jakoś egzystujących pomiędzy ulicą a domami.

Wewnątrz wszystko jest długie a wąskie ( poza kominkiem, oraz łazienką, o której później), co oczywiście ma związek z cenami gruntów, na których domy te stoją.

Po szwedzkiej pustce i polskiej surowości dublińskie domy wydają się maleńkimi klockami przeznaczonymi dla niegrzecznych dzieci.

Ale w środku nastrój jest sympatyczny, mili ludzie, ciepło, które w Dublinie raczej nie jest regułą, oraz kieliszek brendy pozwalają zapomnieć o udrękach życia codziennego.

Rozmowa, jak to ona, koncentruje się na opowiadaniu zdarzeń z podróży po świecie, żartów, pytań o Polskę i naturalnie komplementów, jakim to niby wspaniałym narodem jesteśmy.

Siedząc wśród tylu cennych, antycznych mebli, obrazów i porcelany zastanawiam się, jak oddziaływają one na wychowanie dzieci. Pytam o to.

- Dla moich córek całkiem naturalne było obracanie się wśród tych rupieci - śmieje się pan domu - chociaż pewnie jakaś tam część kultury powinna była na nie spłynąć. Ja także wyrastałem w podobnym domu, więc nie widziałem potrzeby silenia się na nowoczesność.

Poza kominkiem jedyną rzeczą w całym mieszkaniu zasługującą na miano ekstrawaganckiej, była mini lodówka na osiem piw, bez którego państwo C. nie wyobrażają sobie życia.

Jedzenie podobne do europejskiego, to znaczy podstawowe produkty były takie same, ale przyrządzane na zupełnie inne sposoby, przeważnie mięsa, drób plus nieznane mi przyprawy, oraz naturalnie pudding.

Żadnych ciężkich sosów, ziemniaków, czy zup. Dzień po świętach nikomu za bardzo nie chciało się jeść, ale wszystko smakowało wspaniale.

Później jak zwykle sery, owoce, wina. Niby spokojna kolacja, ale jak wiele mówiąca o ludziach, a poprzez nich o kraju, w którym mieszkają.

Potem poszedłem do łazienki i zdumiałem się. Maleńkie pomieszczenie z wanną dla karzełka jeszcze raz uprzytomniło mi jak wielką rolę odgrywa cena ziemi, i w jaki sposób ludzie oszczędzają na zbytkach.

Łazienka ma być, co najwyżej funkcjonalna i przeznaczona wyłącznie do roli, dla której została wymyślona, a nie salonem sztuki, do tego dość rzadko odwiedzanym.

 

15.Guinnes Factory.

 

Prawie każde miasto na świecie posiada jedyny, i naturalnie niepowtarzalny obiekt, po wymówieniu nazwy którego już wiemy, gdzie się znajdujemy.

W Dublinie takim pomnikiem jest Guinnes Factory, muzeum słynnego piwa położone kilka minut spaceru od centrum, w sąsiedztwie czynnego browaru.

Ludzie mądrzy już dawno doszli do wniosku, iż reklama nie tylko bywa, ale jest dzwignią handlu, więc przerobienie ośmiopiętrowego budynku na muzeum było pewnie czymś tak naturalnym, jak dla Polaka sięgnięcie w Zakopanym po brudnego oscypka.

Każde piętro poświęcone jest innej fazie produkcji Guinnesa, nietuzinkowo przedstawionej nowinek wspieranej przez nowinki techniczne, które tylko ekspozycję wzbogacają, a bilet wstępu do tego królestwa chmielu pozwala na darmową konsumpcję piwa na najwyższym piętrze, z którego roztacza się wspaniała panorama na Dublin.

Pijąc piwo ( którego z zasady nie lubię) zastanawiałem się, co stałoby się, gdyby w mojej ojczyźnie ośmielono się postawić aż tak okazałe Muzeum Poświęconemu Jednemu Gatunkowi Piwa.

Pewnie liczba listów z pretensjami zalałaby wszystkie redakcje i inne nie mniej ważne urzędy, ponieważ w polskim myśleniu o świecie i życiu od jakiegoś czasu liczy się wyłącznie symbolika religijna i patriotyczna.

Guinnes nie przeszedłby, ale półtora tysiąca kilometrów od Placu Po-wstańców nikomu nie przeszkadza, więcej, przynosi nawet wymierne korzyści, także dla kraju, który reprezentuje.

 

 

16.Śladami J.J.

 

Pewnie każdy pisarz zastanawiał się (chociaż przez chwilę) jak świat ( nie tylko artystyczny) wyglądałby bez Jamesa Joyca.

Wędrując ulicami Dublina nie raz przyłapywałem się na myśli, z którego pubu wyjdzie ta nie zawsze do końca czytana legenda XX wieku, i co mu powiem?

Że znałem jego tłumacza ( Macieja Słomczyńskiego), że nie za bardzo mogłem się skupić na dokończeniu Ulissesa , że także większą część życia spędzam na emigracji?

Banał gonił banał, a tutaj coraz bardziej prawdopodobny stawał się fakt, iż się jednak spotkamy.

Że się tak nie stało nie obwiniam nikogo, przecież pewnie w ciągu najbliższego roku znowu pojawię się w Dublinie i wszystko przede mną.

W przypadku J.J. zupełnie nie ma znaczenia fakt, iż w Dublinie mieszkał tylko pierwszych 22 lat ze swojego życia, i tak pewnie większość, która o nim słyszała bez zająknięcia wykrzyczy o całym jego życiu przeżytym właśnie w Dublinie.

Tak przecież prawie zawsze dzieje się z legendą, a dzisiaj Joyce bardziej bywa legendą niż... właśnie, czym?

Na pewno jest pierwszy obywatelem Dublina, opisywanym na tysiące sposobów i wciąż obecnym, w jakby codziennym życiu, przykładem artysty częściowo niezrozumiałego, ale jednak na swój sposób popularnego, chociaż ze znajomością jego twórczości już bywa gorzej.

Pisarz elitarny, postać ogólnie dostępna, można powiedzieć nie bez dużej dawki racji, ale przynajmniej każdy średnio wykształcony dżentelmen coś na jego temat wie. I to już jest zwycięstwo pisarza nad szarą masą codzienności.

Poza tym, nie wiem, może się mylę, ale jego obecność w Dublinie po prostu czuć.

 

 

17. Jeszcze raz autobusy.

 

Ich brakuje mi najbardziej. Pewnie dlatego, iż posiadają w sobie jakiśelement tajemniczości i niedopowiedzenia. I nie mam za złe kierowcom tych autobusów, kiedy na końcowym przystanku nie otwierają przed oczekującymi drzwi, tylko cierpliwie czekają aż nadejdzie godzina odjazdu.

Wtedy leniwie podnoszą się z tylniego siedzenia, na którym odpoczywają, siadają za kierownicą, włączają silnik i dopiero wtedy wpuszczają do swego mitycznego wnętrza zziębniętych ludzi, patrząc na nich z wyższością, przecież jakby nie było należą do wyższej klasy panów, zresztą nie tylko w Dublinie.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

18.Muzea.

 

Dla mnie są państwem w państwie, ponieważ niezwykłość tych miejsc urzeka.

National Museum of Irelnad w Dublinie posiada cztery kompleksy budynków porozrzucanych po całym centrum, pokazujące wszystkie odmiany sztuki i kultury, od malarstwa poprzez archeologię, historię, naturę, aż po obraz życia na wsi.

Wstęp do tych przybytków sztuki jest darmowy. Państwo stać na zwolnienie zwiedzających od drobnych, ( ale jakże uciążliwych opłat) wychodząc z słusznego założenia, iż bardziej liczy się reklama własnego dorobku, niż 0,1procent budżetu przeznaczonego na utrzymanie tych miejsc, jakie osiągnięto by z wpływów z biletów.

Po drugie przyzwyczaja się własnych obywateli do obcowania z przeszłością kraju, jak i z jej dorobkiem kulturalnym, przez co bywanie w muzeach staje się prawie codziennością.

Także kawiarnie, księgarnie i bary z szybkim, ( ale dobrym) jedzeniem mieszczące się w budynkach muzeów przyciągają ludzi, przy okazji jakby oswajając ich ze sztuką znajdującą się tuż za ścianą.

Muzea te żyją, nie ma w niej przerażającej ciszy ( jak w innych krajach), zmęczonych kobiet śpiących w rogach sal niby to pilnujących eksponatów, ale są za to uśmiechnięci strażnicy chętnie rozmawiającym na temat danej ekspozycji, do tego władający kilkoma obcymi językami.

Można powiedzieć, iż w takich miejscach chce się żyć, chłonąć wszystko, co cię otacza i nie zastanawiać się, co czeka cię po wyjściu na zewnątrz.

 

 

 

19.Przeceny w sklepach.

 

Są udręką prawie już każdej rzeczywistości. Nie inaczej jest w Dublinie. Można powiedzieć, iż od jakiegoś czasu cała Europa to jedna, wielka przecena.

Niby odbywają się one po świętach, wakacjach, po zimie, ale przecież jest to jedno wielkie nabijanie się z klientów, ponieważ ceny proponowane podczas tych niby to wyprzedaży są cenami, które powinny obowiązywać od pierwszego dnia, gdy tylko towar znajdzie się w sklepie!

Naiwni ludzie rzucają się na stoiska zawalone rzeczami, jakby nazajutrz miał nastąpić koniec świata i akurat tego ostatniego dnia należy się ubrać w coś nowego, popatrzeć po raz ostatni w przeceniony telewizor i posłuchać muzyki z nowego ( niby to) odtwarzacza.

Wmówiono nam, szybko i pewnie na trwałe, iż przeceny są jedyną szansą dorównania tym, którzy mają pieniądze, gdy tak naprawdę jest to jedno wielkie oszustwo, mające chwilowo poprawić nastrój zwykłym śmiertelnikom, dać poczucie uczestnictwa w czymś mistycznym, czymś, co nie odbywa się zbyt często, jedynie raz na parę miesięcy.

Sztuka konsumpcji wyparła już zupełnie z życia zwykła, dzisiaj jakże szarą sztukę, która jeszcze nie tak dawno była duchową strawą niejednego śmiertelnika.

 

20. Bez drzew i zwierząt.

 

Zadziwiający jest w Dublinie brak drzew w szeroko pojętym centrum miasta. Poza parkami ulice i chodniki wyglądają jak po przejściu tornada, żadnej zieleni.

Podobnie z domowymi zwierzętami. Kota nie uświadczysz w ogóle, z psami podobnie. Dublińczycy wychodzą z jakże słusznego założenia, iż trzymanie zwierząt w mieście uwłacza ich naturze, więc naturalne jest, że zostawiają je w swoich wiejskich, lub podmiejskich domach. Nie są egoistami, dla których zupełnie nieważne jest, jak ich " przyjaciel" czuje się w betonowej dżungli.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

21. Młodzież.

 

Na pierwszy rzut oka wygląda jak każda inna, jednak przy bliższym poznaniu okazuje się bardziej niż jej rówieśnicy z innych krajów ( o Polsce nie wspominam, ponieważ tak egzotycznych, młodych ludzi jak nad Wisłą szukać ze świecą) otwarta na świat, tolerancyjna, bez żadnych rasistowskich odniesień.

Może wynika to z prostego faktu, że jeszcze nie tak dawno w ogóle się o Irlandii nie mówiło, a jeżeli już to wyłącznie o jej gospodarczym zacofaniu.

Pewnie po prostu młodzież dublińska jeszcze nie zdążyła obrosnąć w piórka, nabyć złych uprzedzeń, co do innych nacji, znudzić się sama sobą, aż do tego stopnia, by zaczęła uważać się za coś lepszego.

Więcej pracują niż studiują, ponieważ w okresie bumu wykształcenie nie ma aż takiego znaczenia, wystarczy liceum i jakieś tam kursy.

Jest to chyba jedyny kraj na świecie, w którym na przykład architektem może zostać dosłownie każdy, nie potrzeba wyższych studiów i dyplomu.

Także stosunek do alkoholu odróżnia młodzież dublińską od rówieśników z kontynentu. Piją, ale są trzeźwi, zjawisko zadziwiające.

 

 

 

 

22. Johnnie Foxs Pub.

 

Najwyżej w Irlandii położony pub, kilkanaście kilometrów za miastem, na jednym z kilku niby to wzgórz, z którego rozciąga się fascynujący widok na zatokę, podmiejski Dublin, jak i na ciągnące się w kierunku wnętrza wyspy tereny.

Założony w 1798 roku do dzisiaj pozostaje nie tylko archeologiczną zagadką, ale przede wszystkim miejscem, do którego ciągną nie tylko cudzoziemcy.

Wspaniałe jedzenie, niesamowite wnętrze, irlandzkie tańce w wykonaniu kilkunastoosobowego zespołu czynią z niego żywe centrum kulinarno - etnograficzne.

Poza nowoczesnymi urządzeniami ułatwiającymi pracującym tutaj życie, nic się w nim od lat nie zmieniło. Bo i po co?

Siedzimy przy długim stole zastawionym talerzami i kuflami piwa, patrzymy przez okno na w końcu trochę pofałdowany krajobraz, czekamy godziny 19, kiedy to dzieci muszą opuścić ten przybytek jedynej w swoim rodzaju sztuki, i nie przeszkadzać dorosłym w kontemplowaniu, czego?

Na przykład miejsca, w którym czas jakby się zatrzymał, stosunku do przeszłości, a może samych siebie rzuconych na głęboką wodę nowoczesności?

Pytań jest wiele, ale nie na wszystkie znajduje się odpowiedź, bo i po co? Przecież w takim miejscu nie pytanie czy odpowiedzi są najważniejsze, a sama przyjemność przebywania w miejscu tak naturalnym, a jednocześnie egzotycznym.

W dole, jakby za nami rozciąga się na przestrzeni iluś tam kilometrów Dublin, magiczne miasto, w którym każdy czuje się jak u siebie.

 

23.Powrórt do domu.

 

Już na lotnisku, kiedy widzi się lekko zawianych tatusiów z wielkimi misiami w rękach pachnie ojczyzną. Misie na chwilę zaprowadzą ich do domów, by po kilkudniowym przebudzeniu powrócili do Irlandii, gdzie czeka na nich praca, unormowany tryb życia i tęsknota.

Tak to bywa, kiedy wielka Europa coraz bardziej staje się domem nas wszystkich, tylko nie wiadomo, kto po nas posprząta.

 

 

koniec

 


galeria sztukpuk | wydarzenia | galerie | forum-teksty | recenzje | archiwum | linki | kontakt


Copyright by "SZTUK PUK" 2001 - 2005 Kraków , Ryszard Bobek, Filip Konieczny