galeria sztukpuk | wydarzenia | galerie | forum-teksty | recenzje | archiwum | linki | kontakt

 

 

 

Bywam, więc opisuję

 

 

 

Mistrz przez małe " m ", czyli niespecjalnie udana próba omsknięcia się z wysokiego stołka barowego.

 

Motto: ( lekko przerobione, pierwsze zdanie powieści " Prawdziwy bohater powinien być samotny", lecz czytelnik już niekoniecznie).

Na szczęście istnieją tylko dwa rodzaje pisarstwa: dobre i złe, a te dzielą się jakby na podgrupy, czyli powieści, tomy opowiadań, nowel, czy też wyśmiewany przez niektórych pseudo krytyków tak zwany strumień świadomości.
Jednak ( nie tylko dla mnie) królową - jeżeli można się tak wyrazić - prozy jest czarny kryminał.
Wymyślona w latach dwudziestych XX wieku przez Dashiella Hammeta i rozwinięta aż po granice wyobraźni dzięki Raymondowi Chandlerowi formuła opowiadania losów samotnych detektywów -bohaterów poprzez doprowadzone już prawie poza granice absurdu połączenie losów życia osobistego " nieudaczników "z prowadzonymi przez nich " sprawami" zaowocowało prozą z najwyżej półki, w której to wątek " kryminalny" bywa tylko mało znaczącym dodatkiem do próby opisania świata, życia i ludzi, czyli tego wszystkiego, czym powinno ' żyć" normalne pisarstwo.
Znakami szczególnymi tego rodzaju literatury bywa: przerażająca samotność głównej postaci, humor sytuacyjny, oraz przede wszystkim dialog pomiędzy głównymi osobami dramatu, prowadzony na poziomie prawie, ocierającym się o Nagrodę Nobla.
Naturalnie do dzisiaj nikt z tej grupy pisarzy nie dostąpił zaszczytu przyjęcia z rąk Króla Szwecji uroczystego orderu, oraz kilku złotych na drobne wydatki, ale dzień ten wydaje mi się o wiele bliższy, niż sądzi to wiele osób, na co dzień zajmujących się prawdziwą literaturą, czyli świętością, do której dostęp mają- według nich - tylko nieliczni.
Z przyczyn zupełnie ode mnie niezależnych klasyczny, czarny kryminał był w siermiężnej Polsce lat już na szczęście minionych towarem więcej niż deficytowym, więc z niekłamaną radością " rzuciłem" się na powieść pana Marcina Świetlickiego, mając w końcu nadzieję na przeczytanie opowieści, co najmniej ocierającej się o klasykę gatunku.
Niestety spotkało mnie rozczarowanie, gdyż autor jakby nie potrafił ( lub nie wiedział),na czym polega konstrukcja, jak i formuła " czarnego kryminału".
Z pozoru wydaje się czytelnikowi, iż ma w końcu szansę obcowania z polskim autorem, potrafiącym przenieść na nasz "rodzimy grunt" wszystkie atrybuty wyżej wzmiankowanej literatury, pisanej przez duże " L ".
Upadek z wysokiego stołka barowego jest jednak szczególnie bolesny, gdyż autor w żaden sposób nie przemyślał, albo nie potrafił, poradzić sobie z podstawowymi cechami tego rodzaju prozy, czyli absurdalnym humorem, dialogiem, a przede wszystkim " mięsem" wypełniającym najważniejsze dwieście stron powieści, w której przygody, przeżycia, a przede wszystkim przemyślenia głównego bohatera są osią opowieści o wycinku pewnej, naturalnie całkowicie umownej, rzeczywistości, w której popełniono kilka przestępstw, ale jak już napisałem, w tego rodzaju literaturze " zbrodnia, kradzież, czy morderstwo" bywają grzechem najmniej ze wszystkich ważnymi, ponieważ na końcu i tak musimy dowiedzieć się, kto, kryje się za całym złem wcześniej opisanym.
Nuda bijąca ze stron powieści Świetlickiego potrafi uśpić nawet cierpiących na wydawałoby się nieuleczalną bezsenność, a płaskość argumentów podnoszonych przez niektórych miłośników tej powieści, iż w końcu powstała książka dziejąca się i opowiadająca o Krakowie, dla czytelnika nieznającego knajp tego miasteczka nie wnosi niż nowego, jak dla rodowitych Krakowian opisanie nocnego życia Szczecinka, Rawy Mazowieckie, czy Żyrardowa.
Permanentne włóczenie się narratora powieści po Zwisie, Dymie, Psie, czy wyimaginowanym Biurze, do tego bez przerwy podlewane litrami alkoholu i " rozmowami" o panienkach, tyle ma wspólnego z czarnym kryminałem, co ja z jazdą na nartach wodnych.
Niestety zupełna bezradność autora wobec podjętego "tematu " okazała się przykrą wpadką, chociaż sam pomysł opisania Krakówka od strony do tej pory w ogóle niepodnoszonej przez literaturę, jest okolicznością zasługującą na uznanie.
Bezsensowność akcji, jak i językową nieporadność bohatera, jak i szalenie denerwujące jest w tej powieści "udawanie" samotności, jak i spinająca powieść postać psa zaginionego w pierwszym dniu akcji, ale cudem potrafiącego odnaleźć dom w dwanaście miesięcy po zniknięciu, do tego akurat w chwili, kiedy " mistrz " zasiada do, naturalnie samotnej Wigilii.

Zupełna nierealność tego rodzaju sytuacji, niemal bez przerwy dziejących się w powieści powoduje prawie całkowite pozbycie się zaufania czytelnika do poważnego potraktowania przez autora masy czytającej, jakby ta grupa ludzi była już zupełnie niepotrzebnym, a poza wszystkim niemile widzianym dodatkiem do samotności i przeżyć mistrza, jak na razie pisanego przez małe " m", ale znając dość dobrze zamiłowanie mieszkańców Krakowa do snobizmu, wcale nie zdziwię się, kiedy w następnej powieści pana Świetlickiego słowo Mistrz będzie już napisane z dużej litery, ponieważ snobizm Krakowa polega między innymi na promowaniu na siłę wielkości niewiele mającego wspólnego z tym słowem.

 

Marcin Świetlicki Dwanaście " Polskiej kolekcji kryminalnej" tom II, Wydawnictwo EMG, Kraków 2006.

 

Roman Wysogląd

galeria sztukpuk | wydarzenia | galerie | forum-teksty | recenzje | archiwum | linki | kontakt


Copyright by "SZTUK PUK" 2001 - 2005 Kraków , Ryszard Bobek, Filip Konieczny