galeria sztukpuk | wydarzenia | galerie | forum-teksty | recenzje | archiwum | linki | kontakt

 

 

Roman Wysogląd

Bywam, więc opisuję (22)

 

 

 

Podobno tylko niektórzy święci potrafią wybaczyć.


W latach 1976 - 1985 nie mieszkałem w Krakowie, tak, więc ze wzruszeniem, ale także nadzieją, na chociaż cząstkę prawdy o tych latach wziąłem do ręki książkę Stefana Maciejewskiego Wojna polsko - polska, będącą osobistymi zapiskami odautorskimi tych jakże ciężkich, drażliwych, i nie do końca wyjaśnionych - i zrozumiałych - czasów.

Osoba autora, uwikłanego w tamtą rzeczywistość jako mało, kto gwarantowała, chociaż namiastkę jakiejś prawdy, szczególnie, kiedy ta istnieje jedynie w tak zwanym stanie względnym.

Nie powiem, że spotkało mnie rozczarowanie, ale z mozołem przebrnąłem przez ponad 420 stron dzienników, w których aż roi się od ekologii, walki o reaktywowanie Towarzystwa Tatrzańskiego, czy potępienie w czambuł wszystkich, którzy jak autor - tuż przed wprowadzeniem Stanu Wojennego - nie przeszli z jakże słusznego kiedyś dla Nich obozu PZPR do..opozycji.

Ale jakiejś dziwnej, ponieważ szalenie zróżnicowanej i dzielącej się na opozycjonistów niezłomnych, jako takich, byle jakich i wręcz niezasługujących na ten szczególny zaszczyt.

Prawie każdy ma moralne prawo do oceny drugiej osoby, szczególnie, kiedy ta pod pozorem walki o NOWE okopała się na starych, sprawdzonych pozycjach i z tych okopów nie chciała, albo nie mogła, zaakceptować postawy S. Maciejewskiego.

Środowisko najpierw GazetyPołudniowej, a później Krakowskiej. Klubu " Pod Gruszką", Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, jak i dziennikarskiego oraz intelektualnego Krakowa, którego autor był niekwestionowaną, błyszczącą, jak gwiazda Betlejemska postacią dawała nadzieję na opisanie czasów, kiedy białe nie bywało czarne, a tym bardziej czerwone.

Niestety, ale spotkało mnie przykre rozczarowanie, ponieważ obok niekwestionowanych walorów kronikarskich tamtych czasów zarazy autor skupił się na ocenie moralnej ( naturalnie jedynie według własnego dekalogu) swoich redakcyjnych, i nie tylko, kolegów.

Szczególnie upodobał sobie Andrzeja Urbańczyka, Macieja Szumowskigo. Dorotę Terakowską oraz dzisiaj już kompletnie zapomnianych, bezimiennych aparatczyków, którzy jednak dla autora dalej pozostają solą w oku jedynie słusznej i czystej sprawy.

Naturalnie krzywda wyrządzona autorowi poprzez zepchnięcie go na margines życia środowiskowego jakoś tam usprawiedliwia S. Maciejewskiego, ale z drugiej strony ( aż boje się użyć tego słowa) zawiść i ma-łość autora zaglądającego przez ramię księgowej, ile zarabiają zweryfikowani dziennikarze, albo ci, którzy dzięki wiernej służbie nie musieli stawać przed żadną komisją niekompetentnych dupków mających decydować, kto może pozostać w zawodzie, a kto udać się na zieloną łąkę trochę traci małostkowością, a nawet i może zawiścią.

Stefan Maciejewski na przełomie lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych sam z własnej i nieprzymuszonej woli wdeptaną w kanał, i chociaż miał moralne prawo wycofać się z tego bagienka, ale krytykowanie z pozycji obrażonego w Jaffie kolegów, którzy wybrali - zresztą z różnych powodów - inną drogę postępowania zakrawa na conajmniej lekki cynizm.

Jak sam zaznacza redaktor Wiesław Kolarz zarabiał przeciętnie dwadzieścia tysięcy złotych miesięcznie, a autor jedynie niecałe siedem z tytułu zwolnienia lekarskiego.

Moim zdaniem, jak przystało na prawdziwego opozycjonistę powinien z tych pieniędzy zrezygnować, ponieważ.poprzez RSW Prasa wypłacała je tak znienawidzona przez niego Partia!

Ale jak napisał w swoim sławnym wierszu Julian Kornhauser rewolucjonistami tylko czasami bywamy, reszta to tylko.

Po drugie z przykrością muszę stwierdzić, iż autor z jedynie swoim zdaniem, słusznej pozycji, niedwuznacznie daje do zrozumienia, kim byli, i w jaki sposób dochrapali się swoich pozycji zawodowych Terakowska i Szumowski, a już szczególnie ubawiło mnie kategoryczne stwierdzenie, że wspaniały Jerzy Trela był człowiekiem..Józefa Klasy, a nie na przykład Teatru Starego, Róży Luxemburg czy samego Dzierżyńskiego.

Jednego, czego nie można odmówić autorowi to benedyktyńskiej wręcz cierpliwości i pasji w codziennym relacjonowaniu życia Krakowa na tle dziejącej się Historii, czasami niestety przemieniającej się w Histerię.

Najbardziej jednak w tych dziennikach zdenerwował mnie i odstraszył język. Posty, by nie użyć bardziej dosadnego określenia, aż roi się od stwierdzeń typu kopsnął się do przodu. I tym podobnych.

Co jak co, ale opisanie jakby nie było przełomowych lat w dziejach naszych najnowszych wymagało szczególnie ostrożnego i dbałego aż do przesady podejścia do słowa pisanego, lecz niestety język tych dzienników odpowiada w stu procentom czasom, w których przyszło nam egzystować.

Dla mnie osobiście najbardziej urzekające w całej książce było pojawienie się postaci, o istnieniu, których już prawie zupełnie zapomniałem, jak na przykład: Paweł Dubiel, Janusz Ratajczaj, Leszek Maruta, szatniarz z Klubu " Pod Gruszką" jak i setki bezimiennych typów. którymi przez lata byliśmy otoczeni jak ćmy, a bez których ten najbardziej osobliwy ze światów pewnie wyglądałby zupełnie inaczej.

A na pewno na kartach dzienników Stefana Maciejewskiego.

 

Roman Wysogląd

galeria sztukpuk | wydarzenia | galerie | forum-teksty | recenzje | archiwum | linki | kontakt


Copyright by "SZTUK PUK" 2001 - 2005 Kraków , Ryszard Bobek, Filip Konieczny