|
Działalność artystyczna - malarstwo, fotografia, intermedia.
1995 - Dyplom z malarstwa " Ślady, Cienie, Odbicia", prof. Włodzimierz Kunz, Akademia Sztuk Pięknych w Krakowie.
1996 - Wyróżnienie na XIV Konfrontacjach Najmłodszych Artystów Krakowskich.
2002 - Stypendium Rządu Włoskiego - Accademia di Belle Arti, Bologna, realizacja projektu "W poszukiwaniu Mandali - od błękitu do czerwieni", malarstwo oraz działania wokalne - trawestacja formy plastycznej i ruchu w ramach warsztatów parateatralnych prof. Igora Lecica - "Metamorfozy: znaki >> dźwięki << znaki", performance "Taniec".
2004 - Stypendium Rządu Włoskiego - Accademia di Belle Arti, Bologna, realizacja projektów "Metamorfozy II" - collages, "Vivere" - fotografie.
Wystawy indywidualne
1994 - "Zatęsknić za niemożliwym", malarstwo, Galeria ACK Rotunda, Kraków
1995 - "Malarstwo", Teatr Stygmator, Kraków
1995 - "Dyplom '95", malarstwo, Galeria "Dom Polonii", Kraków
1996 - "Malarstwo", Piwnica Pod Baranami, Kraków
1997 - "Pod niebem Południa" (z Agnieszką Kozień i Renatą Szpunar), malarstwo,
Galeria Labirynt, Kraków , Galeria Inny Świat, Łańcut,
1997 - "Ślady, Cienie, Odbicia", malarstwo, Galeria Przy Kominku, Chorzów
1998 - "Malarstwo", Bang & Olufsen Center, Krefeld, Niemcy
2000 - "Malarstwo", Castello Doria, Vernazza, Italia
2000 - "Malarstwo", Caffe "Blue Marlin", Vernazza, Italia
2000 - "Incontro", malarstwo, fotografia, Galeria Centrum, Kraków
2001 - "O Aniołach", malarstwo, fotografia, Teatr Współczesny, Wrocław
2001 - "Przyjaciel zawsze przybywa z daleka", malarstwo, Klub Pull, Chełmno
2001 - "Podróże, Anioły, Flamenco", malarstwo, Galeria Alchemia, Kraków
2002 - "W pyle Egiptu", fotografia, Golem Caffe d'Arte, Bologna, Italia
2002 -"Materia Bolognese" (z Daniele Gremes), malarstwo, Galeria Alchemia, Kraków
2002 - "Tożsamość miejsc opuszczonych", fotografia, (Festiwal Miesiąc Fotografii w Krakowie), Galeria Eden, Kraków
2003 - "Nocne granie", fotografia, Galeria Alchemia, Kraków
2003 - "Podróż na Wschód - Indie, Nepal 2003", fotografia, (Festiwal Miesiąc
Fotografii w Krakowie), Galeria OKO, Kraków
2004 - "Lotos i Miasto - Indie, Nepal 2003", slideshow, Galeria Alchemia, Kraków,
Festiwal Wioska Teatralna, Węgajty
2004 - "Short Message Service / Bologna - Kraków" (z Pawłem Góreckim), Galeria Otwarta Pracownia, Kraków
2004 - "Vivere" i "Podróż na Wschód", slideshow, (Festiwal Miesiąc Fotografii w Krakowie), Galeria OKO, Kraków
2004 - "Vivere", fotografia, Klub Piękny Pies, Kraków
2005 - "Laterna magica w labiryncie z arkadami", fotografia, Teatr Wyspiańskiego, Katowice
2005 - "Vivere - Bologna 2004", fotografia, Włoski Instytut Kultury, Kraków
2005 - "BLUE DRIVE na moście utkanym przez pająki", fotografia, Galeria OKO, Kraków
2006 - "Próba antypoetycka" Ewy Sonnenberg, pokaz fotografii, Jazz Klub Rura Wrocław
2006 - ,,Stock Exchange Satori - Medytacja Hommage a Thomas Merton", instalacja, Łąka Anioła, Niżowa
2006 - ,,Stock Exchange Satori - Medytacja Hommage a Thomas Merton", instalacja, Las Teatru Węgajty
2006 - ,,Stock Exchange Satori - Medytacja Hommage a Thomas Merton", instalacja, Wieża Ciśnień Jacka Adamasa, Worławki
2006 - ,,Stock Exchange Satori - Medytacja Hommage a Thomas Merton", instalacja, Kamień Andrzeja Suryna w lesie między Gotkami i Nowym Kawkowem
2007 - ,,Stock Exchange Satori - Medytacja Hommage a Thomas Merton", instalacja, Plaża w Kokkino Nero, Grecja
2007 - "Pułapka na wiatr", instalacja, performance, Multigotki - Węgajty
2007 - Malarstwo i fotografia, Teatro Olmetto, Milano, Italia
Na czas
„ Iza,
Według obliczeń geologów kontynent afrykański dryfuje w kierunku północy. W odpowiednim czasie zmiażdży Italię i Grecję, zamykając na zawsze Morze Śródziemne, a tłoczące się masy kontynentu Afryki mają wypiętrzyć góry wielkości Himalajów od Paryża aż do Calcuty. Donoszę ci o tym, jeśli masz jakieś interesy w Italii, to winnaś je pokończyć w najbliższych 20 tysiącach lat. Jeśli spoglądasz często na Księżyc, to wiedz, że owo ciało niebieskie oddala się od ziemi 4 cm na rok, aby w odpowiednim również czasie wymknąć się z pod kontroli naszego globu, odpływając w kosmiczną dal. Zakłócenia, jakie to spowoduje w obrotach kuli ziemskiej, są nieprzewidywalne, dlatego też mówię ci o tym na czas abyś mogła napatrzyć się Księżycowi teraz, kiedy jest prawie na wyciągnięcie dłoni.
Adam”
Piazza Santo Stefano. Świt.
Drogi zbiegają się, krzyżują i rozchodzą.
To moje centrum, mój środek miasta.
Nad portalem średniowiecznej bazyliki gest dłoni skierowany w górę. W ogrodzie trzy cyprysy.
Nagrzane wczorajszym słońcem mury wibrują stłumionym echem śpiewu mnichów.
Siedzę na kamieniach pod ścianą świątyni, tuż obok wejścia. Drzwi są zamknięte.
To moje miejsce zatrzymania, wyciszenia, wglądu.
Rozhuśtane dzwonami powietrze wchłania intensywny aromat porannego esspresso. Przestrzeń przecinają koła rowerów – wirujące fragmentami zmiennych obrazów jak mandale.
Budzą się dźwięki. Gdzieś z oddali dochodzą pierwsze klaksony pędzących skuterów, szum samochodów, startujące autobusy. Bliżej – radosne pozdrowienia sąsiadów i sklepikarzy.
Kloszard w zimowej czapie składa posłanie – kartony, potem pcha przed siebie wózek z marketu, przepełniony znalezionymi na ulicach przedmiotami. Teraz jego własny, intymny zbiór rzeczy. Rzeczy oswojone. Wszystko, co posiada – a niewiele.
Zamykam oczy, oddycham.
Nogi złożone w lotosie czują przyciąganie ziemi. Głowa dotyka nieba.
Tyle obrazów nagromadziło się pod przymkniętymi powiekami, tyle przechwyconych dźwięków, tyle zapachów, fragmenty rozmów, słowa, głosy, śmiech, kolory – wszystkie odcienie czerwieni, oranżu, ciepłych żółcieni.
Projekcja urwanych epizodów, nakładających się warstwowo bez ciągłości i porządku.
Obszerna materia doznań, które zrodziły się w tak krótkim czasie, po tylu miesiącach białych, zimnych dni w dalekim kraju. Intensywność przeżyć, ich wielość i różnorodność oszałamia, porywa, unosi.
Tak nagle, tak gwałtownie roztopiła się pod stopami skorupa zamrożonego świata, pojawiło się ciepłe światło, biel rozszczepiła się na intensywne odcienie barw.
Widzę miasto – miasto labirynt, miasto sezam. Tajemnicze przejścia z arkadami, masywne, ciężkie drzwi, okrągłe dzwonki, zasłonięte okna, wyblakłe bordowe draperie, żaluzje, ornamenty, kolumny, znikające freski, święte obrazy, stare napisy sklepowe, jakieś numery, daty, nazwiska, popiersia, głowy, niedokończona fasada bazyliki San Petronio.
Dotykam skóry miasta, szorstkości kamieni, powierzchniowej tkanki rzeczy. Skóry imponujących, wielowiekowych struktur architektonicznych, oddanych we władanie słońcu i czasowi.
Gruba, łuszcząca się faktura teatralnej scenografii, przez wieki wieków zmieniających się spektakli, żyje i umiera, trwa i odchodzi, poddana naturalnym siłom i rytmom przemiany. To codzienna relacja na żywo z kruchości istnienia, krok po kroku, spojrzenie po spojrzeniu.
Naturalne promienie światła zacierają rysy twarzy włoskich Madonn z fresków na fasadach miasta. Madonny i kobiety wielkich mistrzów znajdują schronienie we wnętrzach muzeów i świątyń. Na ulicach sztuczne światło eksponuje piękno kobiet obecnego czasu. Piękno znakomitych modelek, reklamujących rozmaite produkty na gigantycznych bilboardach i light boxach.
Szkoda tylko, że do świata reklamy ktoś zuchwale uprowadził z zacisza muzeum samą Wenus Botticellego, obarczając symbol piękna misją promowania jakiegoś produktu XXI wieku. Kobieto Botticellego, czy nie lepiej byłoby, gdyby twój wizerunek pozostał ukryty na dnie lustra? Czy te znikające na słońcu nie spotyka większa łaska?
Znikające freski na fasadach pałaców, świątyń, w zaułkach arkad, przypominają mi wyrazistą scenę z „Rzymu” Federica Felliniego. Ekipa budująca metro, przebijając się przez kolejne ściany rzymskich podziemi, przypadkowo natrafia na wnętrze antycznego pałacu, przez wieki szczelnie zamkniętego przed światem. Oczom archeologów ukazują się olśniewające freski. Widzenie trwa chwilę jedynie. Wdziera się powietrze, obrazy błyskawicznie znikają. Już nie powrócą. Należą do innego czasu. Do innego świata. Piękno rozpada się w nicość na oczach patrzącego.
Ślady dawnego nieprzerwanie odchodzą, przemijają. To ostatni moment, aby je zobaczyć, ostatni moment, aby zdążyć na czas. Wciąż jeszcze bowiem włoskie krzywe wieże, centymetr po centymetrze skłaniające się ku ziemi, dotykają wierzchołkami południowego nieba. Wciąż jeszcze lśni w słońcu piękno, u podstaw sprzeczne z porządkiem i prawami liczb, u podstaw skazane na upadek. Wciąż jeszcze obrazy włoskich mistrzów emanują światłem tajemnicy.
„I choć tysiąc razy malowali madonny i świętych, i choć niektórzy z nich w mniszym habicie na klęczkach malowali, i choć ich Madonny czynią cuda aż po dzisiejszy dzień: wszyscy oni posiadali tylko jedną wiarę i jedna religia przenikała ich żarem: tęsknota za sobą samym. Ich najwyższe zachwyty były znaleziskami, których się dokopywali w swojej własnej głębi. Drżąc, unosili je ku światłu. A ponieważ światło wówczas pełne było Boga, przeto ON przyjmował ich dary (...) Nie macie ich znać i klasyfikować i sądzić jak to chętnie czynicie. Musicie ich kochać. Potraficie to jeszcze? To jest właśnie ta próba (...) Byli zupełnie takimi samymi jak najlepsi z nas. Ich tęsknoty trwają w nas nadal, zaś nasze tęsknoty pozostają, aż osłabniemy, żywe w innych, póki się one w którychkolwiek z Ostatnich nie spełnią. Ci dopiero będą potem początkiem. My jesteśmy przeczuciami i snami.” (Rilke „Dziennik florencki”)
Niedaleko placu Santo Stefano, na via Fondazza kiedyś pachniała farbami i terpentyną pracownia wielkiego mistrza. Giorgio Morandi tworzył w mieście – labiryncie w ubiegłym stuleciu. Odsłonił obszar, gdzie cała tajemnica istnienia dotknięta jest poprzez wgląd w parę ustawionych obok siebie przedmiotów. Przedmiotów zwyczajnych, codziennych. Butelki, kubki, miseczki, puszki, flakony, czasem owoc lub muszla – jego własny, intymny zbiór rzeczy. Rzeczy oswojone. Tak niewiele, a na obrazach wszystko.
W pracowni pozostały przedmioty, w muzeach pozostały obrazy przedmiotów. Te pierwsze, choć zastygły nieruchomo, obejmuje teraz inny ruch przestrzeni, inny czas. Te drugie oddychają ciszą i światłem wieku, który minął. Ciągle przeglądają się w oczach, które je zobaczyły. Dostrzeżone i oswojone, dotknięte głęboko, stały się obrazem przestrzeni pomiędzy sobą a patrzącym, przestrzeni wokół siebie i patrzącego.
„Sław przed Aniołem świat (...)
Pokaż mu rzeczy zwykłe, co z pokolenia
na pokolenie żyją w nas jako nasza własność,
pod ręką, w spojrzeniu.
Powiedz mu rzeczy. (...)
Jesteśmy tu może tylko po to, by powiedzieć: dom,
most, studnia, brama, dzbanek, owocowe drzewo, okno –
najwyżej: kolumna, wieża ... Ale powiedzieć, zrozum,
o, powiedzieć tak, jak nawet samym rzeczom
nie marzyło się nigdy.”
(Rilke „Elegie Dunejskie”)
Ktoś powiedział, że jesteśmy tylko epizodem w życiu przedmiotów. Znikamy przecież szybciej a w nich pozostaje jeszcze na jakiś czas energia i pamięć o człowieku.
Ile istnień opierało się w zamyśleniu o wytarte kolumny miasta – labiryntu?
Ile myśli tworzyło aurę tego miejsca?
Długie, tajemnicze przejścia z rzędami kolumn, ciągnące się wzdłuż ulic, sprawiają wrażenie magicznych korytarzy. Wejście. Wyjście. Wejście. Wyjście. Kolumny przypominają buddyjskie młynki modlitewne. Przechodząc pomiędzy wejściem a wyjściem dotykam ich dłonią, wprawiając w ruch mantry – wibracje. To ruch, by pamiętać, by stale być uważnym. Przejście jest zatrzymaniem w ruchu, uwalnianiem się od zbędnych bagaży myśli, zniekształcających obraz rzeczywistości, przygotowaniem do wyjścia na place.
Roman Lewandowski
Nie o krew tutaj chodzi
Izabella „Degardo” Pajonk jest artystką cyklicznie przemieszczającą się po świecie. Szlaki jej wędrówek wiodą od Śląska i krakowskiego Kazimierza, przez Włochy i Bliski Wschód, aż po dalekie Indie i Nepal. W każdej marszrucie towarzyszy jej nieodłączny notatnik – aparat fotograficzny. Rejestruje z jego pomocą, wytwarza i stymuluje ślady, których przetworzony obraz odnaleźć możemy w jej cyfrowym diariuszu, w malarstwie olejnym oraz publikowanych tu i ówdzie zapiskach. Znaleźć je można w papierowych i internetowych pismach, książkach oraz polskich i zagranicznych galeriach. Prace Izabelli „Degardo” Pajonk funkcjonują jako integralne całostki, niekiedy też tworząc większe wizualne lub paraliterackie cykle (np. „W poszukiwaniu mandali”, „Vivere”, „Laterna magica w labiryncie z arkadami”, „Singer”), sam zaś tekstualny nadpis nie jest – co istotne – komentarzem, lecz jednym z elementów artystycznej aktywności.
Artystyczny dorobek Izabelli „Degardo” Pajonk koncentruje się na spoiwach i bliznach widzialnego świata, które ujawniają się w mandalicznych rytmach, teksturach omszałych tynków, w lepiszczu światłocienia. Byłoby jednak błędem widzieć w tych pracach jedynie klimat i mistrzowsko budowany nastrój. Rozmycie konturów, deformacje, niekiedy, podobnie jak u Michaela Ackermana, subiektywny sposób dokumentowania rzeczywistości, czy wreszcie sam sposób kadrowania nie są – rzecz oczywista – jej licentia poetica, ale wyimkiem gry rozgrywanej z językiem fotografii, a również z... odbiorcą, któremu Izabella „Degardo” Pajonk przedkłada opis świata przefiltrowanego nie tylko przez lustrzankę, lecz przede wszystkim przez własne „lustro”. Takie lustro, jakie każdy z nas niesie przed sobą.
„Vivere” – tytuł najnowszej wystawy Izabelli „Degardo” Pajonk – znaczy, tłumacząc z włoskiego, „żyć”. Przyglądając się zdjęciom i rozczytując w całym zaprezentowanym cyklu, można dojść do konkluzji, że „vivere” oznacza też: „żyć intensywnie”. Przeć przed siebie z szeroko wyciągniętymi w górę rękami, jak możemy to zobaczyć w pracy zatytułowanej „Run – Man – Rain”. Kroki jednak prowadzą do Wewnątrz i na Zewnątrz. Jeśli przyjrzeć się tym pracom jeszcze bardziej, trudno nie oprzeć się wrażeniu, że to „otwarcie” jest w rzeczywistości gestem uchylenia oraz zamknięcia. Ukazana bowiem intymność poddana jest zapośredniczeniu i wizualnemu cyzelowaniu, co sprawia, że wyczuwa się wyraźnie dystans do świata i modela. Przede wszystkim przejawia się to poprzez działanie światła – sztucznego jak w ikonostasie. Nie zmienia tego nawet fakt, że fotografie z wystawy „Vivere” były wykonane w Bolonii, Mediolanie i Genui. Autorka najwyraźniej (i – jak się wydaje – słusznie) nie chciała wpisać się w gęstą od symbolicznych konotacji topikę „włoskiego” światła, które zastąpiła znaczącym przebarwieniem prac. Nieomal w każdym kadrze, zewsząd i znikąd „spada” na ludzi i obiekty poblask przyjmujący najróżniejszą skalę nasycenia ochrą. Barwa ta – jak wiadomo – posiada alchemiczną konotację, zaś jej intensywność jest produktem utleniania. W cyklu „Vivere” jest coś z tej przemiany, a dynamika napięć obrazów jest bez wątpienia powiązana z kontekstem Wnętrza i Zewnętrza.
Z jednej więc strony fotografie wizualizują emocje i stany transowe, którymi owładnięci są portretowani ludzie. I chociaż są uwikłani w grę (a to w zabawę, a to w odgrywaną samotność), można odnieść wrażenie, że wszystko w tym świecie dzieje się na „trapezie”, między sztuką, życiem i śmiercią. Choć znaleźć tu też można utajoną erotykę, obrazowaną jednak bardziej poprzez formę aniżeli treść. Mimo pewnego naddanego dramatyzmu, Izabella „Degardo” Pajonk nie sięga po drastyczne środki. Dlatego odbiorcy nie straszą „trzewia” przedstawienia – nie znajdziemy na tych fotografiach krwi, wydzielin ani jakichkolwiek pochodnych rozkładu, które stały się dobrym sposobem na publikację prac w pismach „fotograficznych”...
Z drugiej zaś strony, świat „Vivere” jest pogrążony w permanentnym flashu, który wydaje się być emanacją podskórną, wręcz głębinową, a co zaskakujące - ewokacją płynącą „od” artystki. Stąd nie trudno domyślić się, że Izabella „Degardo” Pajonk sportretowała przede wszystkim samą siebie (własne „lustro”), a następnie – zajęła się przygodnością „aury” (artykułowanej w geście i recepturze „lustra” przedstawienia). Ten ostatni kontekst – aury i swoistej „auralności” – który niektórym odbiorcom może wydawać się wiodącym leitmotivem prac, jest zarazem dystynkcją i poszlaką. Aura, jako chyba wiodąca narracja cyklu „Vivere”, pełni tu podwójną funkcję: odsyła ku kontekstowym kliszom wizualnym, ale jednocześnie pozostaje jakimś wewnętrznym punctum zdjęć. Jej dyskurs wiedzie przez incydentalność światła, którym otacza się Izabella „Degardo” Pajonk, i które „emanuje” z języka, w jakim przemawiają do nas te prace.
Jeśli wrócimy do reprezentacji, jeżeli spróbujemy na moment przejąć się wydziedziczeniu i samotności, scenerii wyludnionych ulic albo wnętrz oraz siatce matowego nieba, na którym próżno szukać słońca, gwiazd i księżyca (jest tu coś z dusznej atmosfery, jaką spotkać możemy w pracach Nan Goldin), okaże się niebawem, że wszystko w tym świecie jest częścią spektaklu. Dzieje się to na planie anegdoty, ale równocześnie uwidacznia się w samej strukturze fotografii. Teatralizacja dotyczy zarówno sposobu przedstawienia portretowanego, jak i stylu portretowania. Świat „kosmetyków” świata artykułowany jest tutaj urodą maski i maskowania. To nader misterna pajęczyna, którą autorka oplata całe połacie świata przedstawionego. Biegnący na deszczu człowiek, kamienie brukowe, lampa wisząca na drutach, nie są zindywidualizowane. Powoływany przez artystkę detal pogrążony jest w ochrowej mgle, stając się ułamkiem wieczności, która rozciąga się na „tu i teraz”. Podobnie dzieje się z czasem, ulegającym zawieszeniu bądź „rozmiękczeniu”. Nawet zegar nie wskazuje jego upływu, będąc jedynie rekwizytem w odgrywanych scenach.
Zamiast autentyczności i dokumentalizmu – ujawnia się w tym świecie „koturn”. Buduje go – jak u De Chirico – scenografia pasaży, wielkich kolumn, zmurszałych fasad, cienistych bram i zaułków, których architektura jest jakby przedwieczornym śpiewem miękkiej geometrii. Chociaż Izabella „Degardo” Pajonk pokazuje enklawy miasta oraz strzępy nieba, nie są to żywioły otwartych przestrzeni, lecz paragrafy autorskiego „tekstu”. Wszystkie korytarze i wnętrza prowadzą do autorki. Stąd ekshibicjonizm tych prac wyraża się właśnie przez ich wyrafinowany manieryzm, który może niektórych razić albo... fascynować.
W „Vivere” świat ma jedynie pozornie telluryczny wymiar. Jego osie przebiegają we wszystkich kierunkach i różnicują się, choć „pióro” artystki pisze wyraźnie znaczonym atramentem. Bo – w istocie – jest to pisanie podmiotu. W jego tożsamościowej materii ukryte są zarówno emocje, jak i funkcja „pisania” fotografii. Zarazem ten cokolwiek postmodernistyczny wybieg jest wpisany w bardzo modernistyczną konwencję.
Graffiti na murach, cyfry na cyferblacie wielkiego zegara, gestykulacja osób idących ulicą – wszystko to są litery, słowa, zdania zaprzęgnięte w wizualny krój. Nie dajmy się jednak zwieść narracji melancholijnych światów nasączonych ułudą sennego karnawału. Oniryzm i izolacjonizm są tutaj jak mantry, jak klekot modlitewnych młynków, którymi „grała” Izabella „Degardo” Pajonk podczas swych wędrówek po Dalekim Wschodzie. Co najwyraźniej wracają jako echa z czasu przemieszczania. Erudycja artystki może niektórych męczyć lub zniechęcać. By ożywić stworzony przez nią świat, trzeba zmienić styl lektury i „wejść” w rzeczywistość karnawału, w którym stawką nie jest przyleganie realu i widzialności, ale podważenie jej statusu. Nie o krew tutaj chodzi, ale o miedzioryt ciała, nieba, kamienia...
Izabella „Degardo” Pajonk: VIVERE – BOLOGNA 2004.
Paweł Głowacki
Jaszczurka, która nie czuje lęku
W 1914 roku Giorgio de Chirico maluje "Tajemnicę i melancholię ulicy". Arkady, pod którymi nieludzko wolno, tak jak niewidzialne słońce, idą tylko cienie kolumn. Czarne, prostokątne jamy okien bez szans na głowę. Południowa ściana kamienicy - obojętna biel. Obojętna? Północna ściana kamienicy - obojętna szarość. Obojętna? Dwie obojętności kamienne. Dobrze. Ale wobec kogo, wobec czego obojętne?
Pod szarymi arkadami wóz jak wagon drewniany z otwartymi drzwiami. W środku dobrze widać pełno doskonale nieruchomego powietrza. Obojętnie żółta ulica, obojętnie żółty plac, co ginie za węgłem obojętnej kamienicy. Już nie pytać o smak obojętności. Daleko, na krawędzi dachu, wyraźnie tańczy czerwona chorągiewka. Tak, gdzieś wysoko wiatr wieje nie wiadomo skąd i nie wiadomo dokąd, bo przecież nie ma już nikogo, kto by nazwał kierunki. Tak, niepojęty ruch mas powietrza pod niebem w kolorze dawno wystygłych popiołów - to jedyna na obrazie de Chirico forma życia. Jedyna, bo ludzi tu już nie ma. To co po nich zostało, to tylko cienie, a i one mogą być ledwie złudzeniem sennego oka.
Na żółtym placu cień, albo złudzenie cienia człowieka, co przed chwilą, nie wiadomo jak odległą, skręcił za róg szarej kamienicy. Jak wielki wiatr na moment zajdzie na ziemię, wydmucha cień. Dziewczynka, albo cień dziewczynki biegnie i patyczkiem toczy obręcz, albo cień obręczy. Za dwie, albo pięć godzin, gdy słońce dotknie godziny zmierzchu, obręcz łagodnie rozmyje się, na amen spłowieje dziewczynka.
To wszystko. De Chirico namalował puste miejsca po ludziach, namalował spokój pustki opuszczonego miasta. Jedno ze zdjęć fotograficznego cyklu "Vivere", co go migawką Izabella "Degardo" Pajonk uczyniła, całe jest jak ta "Tajemnica i melancholia ulicy".
Oto miasto. Jakieś miasto. Ulica jakiegoś miasta, obojętne w którym punkcie świata. Mówmy - Miasto. I mówmy - Ulica. Ulica - wąska, długa, pełna nieusuwalnych cieni, cieni-mchów na wiekowych, nieludzko wiekowych kamieniach, z arkadami po obu stronach. Ulica i ani jednego człowieka na Ulicy. Żadnego śladu, ani w powietrzu, ani na kamieniach, ani w cieniach kolumn. Nawet najlichszych resztek śladu. Wielki brak. Kojący brak? Ulga? Jest prawie tak, jakby tu nigdy nikogo nie było. Jest Nic. Pełne dziwnej czerwieni jakby stu naraz zachodzących słońc - Nic. Spokojne Nic na jakiejś wreszcie pustej Ulicy świata, w jakimś Mieście świata, Mieście pełnym karmazynowych mchów. I to już też jest wszystko.
Cała reszta zdjęć Pajonk jakby tylko po to tkwi wokół, by się właśnie tą czerwoną melancholią pustej ulicy zakończyć. Wcześniej dużo jest ludzi na wszystkich Ulicach i Placach karmazynowego Miasta. Tańczą, biegną, uśmiechają się, wymachują sztandarami, klaszczą, na skórę twarzy i ramion przyjmują ciepłe krople ogromnego deszczu. Ktoś półnagi, z ramionami uniesionymi na znak ostatecznego zwycięstwa, przebiega tuż obok wciąż jeszcze szeroko otwartych drzwi Świątyni. Jeszcze jest dzień? Jest dobrze? Tak, jeszcze jest dzień. Jest dobrze.
A później już nie ma dnia. Zawsze tak jest.
Tkwi w tej prawidłowości banalnej jakaś pięść lodowata, jakaś twarda nieuchronność. Nieuchronność słowa Pustoszenie. Pustoszenie Pokoju, Pustoszenie Kamienicy, Pustoszenie Ulicy, Pustoszenie Miasta, Pustoszenie Świata. Bo później zawsze jest tak, że mrze dzień, więc i mrze Powietrze, mrze - Pustoszejąc. Nocami wrota świątyń zawsze są zamknięte.
Jeden z rozdziałów "Dziennika Powrotu" Sławomira Mrożka jest portretem nieuchronności Pustoszenia. Parę chwil przed dniem, w którym pisarz miał ostatecznie opuścić swe meksykańskie ranczo, wszystko, co nie było ludzkie, już czuło ten niedaleki odjazd. W pracowni pisarza zaczęła oto - już zupełnie bez wcześniejszego lęku - buszować jaszczurka. Łaziła po jakby już swoim, na powrót swoim, bo kiedyś odebranym. I teraz Mrożek widzi tamte kamienie starożytnych, nie wiedzieć kiedy opuszczonych miast Inków, kamienie na powrót okutane dżunglą, okutane na amen.
Tak więc, na opuszczonej Ulicy opuszczonego Miasta nic, tylko wielkie Nic, a jeśli jednak coś, to tylko karmazynowe mchy gęstniejących cieni. Wcześniej były tutaj skóry, zęby, uniesione ręce, dobre, otwarte wrota i ciepłe deszcze, za dnia było tutaj jeszcze wszystko. Aż wreszcie słońce dotknęło godziny zmierzchu. Powoli zaczęli znikać ci, co musieli znikać. Powoli zaczęli znikać ci, co nie musieli znikać. Powoli zniknęło wszystko, co miało zniknąć. De Chirico namalował, Pajonk sfotografowała ulgę opuszczonego Miasta. W tych "portretach" dobre jest to, że nie ma w nich żadnej pretensji do ludzi, którzy tu kiedyś byli i sobą przestrzeń "męczyli". Ta namalowana, sfotografowana ulga Miasta nie jest tego Miasta goryczą wobec ludnej przeszłości. Ot, zwyczajnie, jest lżej, bo lżej jest.
A za chwilę będzie już tak lekko, jak w południowoamerykańskich dżunglach. Póki co u Pajonk, gdzieś na niebie, na tle stu naraz zachodzących słońc, widać kruchą kreskę lotni i punkcik ludzkiej głowy tuż pod kruchą kreską lotni. Póki co wiemy, na co patrzy punkcik. Ostatni? Pewnie tak.
Ostatni punkcik głowy jeszcze widzi dachy Miasta, wciąż patrzy na karmazynowe dachy Świata. Patrzy, ale i ma cierpką pewność, że nikt już nie zobaczy tam żadnego kota. Za moment, tuż koło najpiękniejszego z kominów pustego Miasta, obojętnie, doskonale obojętnie przejdzie pierwsza jaszczurka, która nie czuje lęku.
|